Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 137
Перейти на страницу:

W budynku roiło się już jednak od strażników. Na pewno będą zatrzymywać każdego i przepuszczać dopiero po potwierdzeniu tożsamości. Nie mógł raczej wyskoczyć przez okno i sfrunąć pięć pięter niżej, choć bardzo pragnął. Och, mieć czapkę niewidkę…

Ach, tak!

— Zanieś mnie! Możesz mnie zanieść?

— Sądzę, że tak, ale…

Kiedy drzwi zaczęły się otwierać, podbiegł do nich i tyłem wskoczył jej na ręce.

— Po co? — zapytała.

— Zrób to, zrób to! — syknął przez zęby. Wywlokła go na korytarz. Spod wpółprzymkniętych powiek obserwował panujący bałagan, ale nie musiał udawać, że ma przyspieszony oddech — miał naprawdę. Za kordonem funkcjonariuszy ochrony, którzy blokowali wejście na ostatnie piętro, tłoczyły się Durony w różnym wieku. — Poproś doktor Chrys, żeby wzięła mnie za nogi — mruknął półgębkiem.

Nie mogąc przez chwilę się z nim kłócić, Rowan zawołała:

— Chrys, pomóż mi! Musimy go zabrać na dół!

— Och… — Domyślając się, że chodzi o nagłą pomoc medyczną, doktor Chrys nie zadawała żadnych pytań. Chwyciła go za kostki i po kilku sekundach torowały sobie drogę przez tłum. Widząc dwie biegnące doktor Durony, które niosły bladego, prawdopodobnie rannego człowieka, uzbrojeni ludzie w zielonych uniformach usunęli się na bok, pozwalając im przejść.

Gdy znaleźli się na parterze, Chrys próbowała biec w stronę skrzydła kliniki. Przez moment szarpały go w dwie strony, ale w końcu wyswobodził stopy z uścisku zaskoczonej Chrys i wyrwał się z ramion Rowan, która ruszyła za nim w pogoń. Razem zatrzymali się przy drzwiach wyjściowych.

Uwagę strażników przykuło dwóch ludzi trzymających wyrzutnię pocisków; powiódł wzrokiem w stronę, w którą skierowali broń — ich cel oddalał się coraz bardziej, niknąc w śnieżnych chmurach. Nie, nie, nie strzelać…! Wyrzutnia stęknęła; świetlna eksplozja wstrząsnęła autolotem, ale nie strąciła go na ziemię.

— Zaprowadź mnie do największego i najszybszego pojazdu, jaki macie na chodzie — wykrztusił, łapiąc oddech. — Nie pozwolimy im uciec. — Nie możemy też pozwolić ludziom Fella wszystkiego schrzanić. — Pospiesz się!

— Dlaczego?

— Te zbiry właśnie porwały mojego… mojego brata — wydyszał. — Trzeba ich gonić. Jeśli się uda, posadzić na ziemi, jeżeli nie — gonić. I nie zgubić, Dendarianie muszą mieć jakieś posiłki. Albo Fell. Lilly jest jego poddaną, prawda? Baron musi zareagować. Albo ktoś inny. — Drżał na całym ciele. — Jeżeli ich zgubimy, to przepadnę na zawsze. Na to liczą.

— Co byśmy zrobili, gdyby udało się nam ich złapać? — sprzeciwiła się Rowan. — Właśnie próbowali cię porwać, a ty chcesz ich ścigać? To zadanie dla służby bezpieczeństwa!

— Jestem… jestem… — Kim, kim jestem? Przestał się jąkać i zorientował się, że znów przed oczami zaczynają mu latać białe płatki. O nie, tylko nie to…

Wzrok zaraz mu się poprawił, kiedy syknął hiporozpylacz, a on poczuł na ramieniu lodowaty dotyk. Doktor Chrys podtrzymywała go, a Rowan unosiła mu powiekę i zaglądała w źrenicę, drugą ręką chowając do kieszeni hiporozpylacz. Przez chwilę poczuł dziwne szkliste oszołomienie, jakby zawinięto go w celofan.

— To powinno pomóc — powiedziała Rowan.

— Wcale nie — poskarżył się, ale z ust dobył mu się tylko niezrozumiały bełkot.

Wcześniej wywlokły go z holu, w pobliże rury windowej, która prowadziła do podziemnej części kliniki. Atak konwulsji trwał zaledwie parę chwil. Wciąż istniała szansa — szamotał się w uścisku Chrys, która mocniej zacisnęła ręce.

Zza rogu zaczął się zbliżać tupot kroków, ale nie ciężkich butów strażników, tylko lżejszych, raczej kobiecych. Lilly, która się pojawiła w towarzystwie doktor Poppy, miała zaciętą minę.

— Rowan, zabierz go stąd — powiedziała spokojnie mimo zadyszki. — Georish sam tu przyleci, żeby na miejscu zbadać tę sprawę. Wszystko ma wyglądać tak, jakby jego tu nigdy nie było. Tych żołnierzy przysłał któryś z wrogów Naismitha. Wersja oficjalna będzie brzmiała tak, że Dendarianie przylecieli szukać klona Naismitha, ale go nie znaleźli. Chrys, pozbądź się fizycznych dowodów jego obecności z pokoju Rowan i ukryj dokumentację. Idź!

Chrys skinęła głową i oddaliła się biegiem. Teraz Rowan pilnowała, aby nie upadł. Czuł dziwną bezwładność, jakby się roztapiał. Zamrugał oczami, otrząsając się ze skutków działania leku. Musimy gonić…

Lilly rzuciła Rowan bon kredytowy, a doktor Poppy podała jej kilka okryć i torbę lekarską.

— Wyprowadź go tylnym wyjściem i znikajcie. Użyj kodów ewakuacyjnych. Wybierz dowolne schronienie, zaszyj się, byle nie w obiekcie należącym do nas. Zgłoś się na bezpiecznym kanale z innego miejsca. Powinnam już wtedy wiedzieć, co mi się uda ocalić z tego bałaganu. — Pomarszczone usta odsłoniły na chwilę żółte zęby w gniewnym grymasie. — Ruszaj, dziewczyno!

Rowan posłusznie skinęła głową, w ogóle nie dyskutując, jak z oburzeniem zauważył. Choć ledwo powłóczył nogami, chwyciła go mocno za rękę i pociągnęła do towarowej rury windowej, przez suterenę do podziemnej kliniki. Ukryte drzwi na drugim poziomie prowadziły do wąskiego tunelu. Czuł się jak szczur w labiryncie. Rowan zatrzymywała się trzy razy, aby zwolnić jakieś zabezpieczenia.

Wyszli z tunelu pod jakimś innym budynkiem, a drzwi, zamknąwszy się za nimi, zniknęły, wtapiając się w tło ściany. Szli dalej zwykłymi tunelami technicznymi.

— Często korzystacie z tej trasy? — zapytał, dysząc.

— Nie. Ale za każdym razem, kiedy chcemy coś przenieść, tak żeby nie zarejestrowała tego warta przy bramie, która składa się z ludzi Fella.

Wreszcie dotarli do niewielkiego podziemnego garażu. Podeszli do małego niebieskiego lotniaka, dość starego i niepozornego. Wpakowała go na fotel pasażera.

— To nie w porządku — poskarżył się, czując, jak język znów staje mu kołkiem. — Admirał Naismith — ktoś musi lecieć za admirałem Naismithem.

— Naismith ma całą flotę najemników. — Rowan zapięła pas na fptelu pilota. — Niech sami zajmą się swoimi wrogami. Spróbuj się uspokoić i opanuj oddech. Nie chcę aplikować ci kolejnej dawki.

Lotniak wzniósł się w wirujący śnieg i zakołysał niepewnie, targany podmuchami wiatru. Miasto pod nimi szybko zmalało i zniknęło w mroku. Rowan przyspieszyła, zerkając kątem oka na swego przygnębionego towarzysza.

— Lilly na pewno coś zrobi — zapewniła go. — Ona też chce odzyskać Naismitha.

— To nie tak — mruknął. — To wszystko nie tak. — Wtulił się w kurtkę, którą okryła go Rowan. Włączyła też ogrzewanie.

Jestem nie tym klonem. Zdawało mu się, jakby nie przedstawiał sobą żadnej wartości, a jego jedyną zaletą był tajemniczy związek z admirałem Naismithem. A jeśli admirał Naismith wycofa się z Umowy, jedyną stroną nadal zainteresowaną jego osobą będzie Vasa Luigi dyszący pragnieniem zemsty za popełnione przez niego zbrodnie, których on nawet nie pamiętał. Nic niewart, niechciany, samotny i przerażony… Żołądek się skurczył, w głowie odezwał się pulsujący ból. Mięśnie napięły się jak struny.

Miał tylko Rowan. I, jak się zdawało, także admirała, który przybył tu po niego. Prawdopodobnie ryzykując życie. Dlaczego? Musze… coś zrobić.

— Przyleciała tu cała flota Najemników Dendarii? Admirał ma statki na orbicie? Na jakie posiłki może liczyć? Mówił, że potrzebuje czasu, żeby się skontaktować ze swoimi odwodami. Jak długo to może potrwać? Skąd Dendarianie tu przylecieli, z publicznego kosmoportu? Nie mogą wezwać wsparcia z powietrza? Ilu… ile… gdzie… — Jego mózg gorączkowo usiłował zebrać dane, którymi nie dysponował, aby nakreślić plan ataku.

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)