Nie było sensu przekonywać Cord, że nie powinna mi towarzyszyć. Po zakończeniu pikniku najzwyczajniej w świecie wsiedliśmy do jej aportu i ruszyliśmy w drogę. Musieliśmy cofnąć się trzydzieści mil, żeby znaleźć prowadzącą na północ drogę, która nie skończy się przed górami. W pierwszym miasteczku na tej drodze zużyłem całą swoją kartę płatniczą na opłaty za paliwo, jedzenie i ciepłe ubrania. Później używałem karty fraa Jaada.
Ładowaliśmy właśnie zakupy do aportu, kiedy zatrzymał się przy nas Ganelial Crade. Obok niego w szoferce siedział Sammann i obaj szeroko się uśmiechali, co było dla mnie widokiem całkiem nowym. Nie musieli ogłaszać, że wybierają się z nami; i tak nie mieliśmy w tej sprawie nic do powiedzenia. Zrobili podobne zakupy jak my; Crade miał pudełko po nabojach pełne pieniędzy, a Sammann zarejestrowane w piszczku informacje, których używał zamiast pieniędzy. Miałem wrażenie, że każdy dostał fundusze od swojej społeczności.
Widok Crade’a wcale mnie nie ucieszył. Jeżeli mieszkańcy Sambie naprawdę płacili mu za tę podróż, nasuwały się nieuniknione pytania o prawdziwy cel jego działań.
Trójkołowiec Crade’a znów zajmował większość skrzyni ładunkowej jego aportu, toteż największe bagaże trafiły do naszego wozu. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd jedziemy i czego powinniśmy się spodziewać, ale byliśmy z grubsza zgodni co do tego, że Orolo z jakiegoś powodu udał się w góry. W górach mogło być chłodno i musieliśmy przygotować się na zimne biwaki — stąd w naszym bagażu pojawiły się takie rzeczy jak zimowe koce, namioty, kuchenki i paliwo. Sammann miał nadzieję, że uda mu się wytropić Orola za pomocą piszczka. Crade zamierzał wypytywać o niego napotkanych po drodze współwyznawców.
Wsiedliśmy więc do swoich pojazdów i ruszyliśmy na północ. Czekała nas dwugodzinna przejażdżka do podnóża wzgórz, gdzie Crade znał dogodne miejsce na nocleg. Pozwoliłem mu prowadzić: koniecznie chciał to robić, ja nie miałem siły z nim walczyć, a Cord z przyjemnością jechała jego śladem. Wyprostowany Crade przy sterach i Sammann skulony nad wyświetlaczem swojego superpiszczka robili dobre wrażenie. Nie pojechałbym za żadnym z nich z osobna, ale ponieważ prawie w żadnej sprawie nie potrafili się porozumieć, uznałem, że możemy się na nich zdać.
Żałowałem rozstania z Lio i Arsibaltem, z którymi mogłem o wszystkim porozmawiać, kiedy jednak skręciliśmy na północ, w stronę gór, żal po ich stracie ustąpił miejsca uldze. W ciągu ostatniej doby tyle się dowiedziałem — nie tylko o statku Kuzynów, ale przede wszystkim o świecie, w którym przeżyłem ostatnie dziesięć i pół roku — że nie potrafiłem wszystkiego ogarnąć za jednym zamachem. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: gdybym w koncencie usłyszał o słomianym dachu nad cylindrami zawierającymi odpady radioaktywne, musiałbym przetrawić tę wiadomość i spokojnie się z nią oswoić. Czułem się znacznie lepiej, kiedy mogłem po prostu siedzieć obok mojej koligatki i gapić się przez przednią szybę aportu ze świadomością, że moim jedynym zadaniem jest pogoń przez pustkowie za zwariowanym fraa. Poprzedniej nocy, w bazyjskim klasztorze, przyswoiłem sobie pewne nowe fakty przez sen. Liczyłem po cichu na to, że i teraz zadziała podobny mechanizm: jeżeli przez kilka najbliższych dni zajmę umysł innymi sprawami, może uda mi się zrozumieć więcej, niż gdybym przez tydzień klęczał w celi i do upojenia dyskutował w kredowniach.
A gdyby nawet nie, to i tak nic mnie to nie obchodziło. Musiałem po prostu odpocząć.
Cord dużo rozmawiała z Roskiem przez piszczek. Pożegnali się w Sambie, bo Rosk musiał wracać do domu i pracy, a teraz okazało się, że muszą jeszcze pozałatwiać różne sprawy. Zamiast jednak odbyć jedną długą i produktywną rozmowę, nawiązywali i przerywali kontakt chyba z dziesięć razy. Trochę mi to działało na nerwy i zaczynałem już myśleć z nadzieją o chwili, gdy znajdziemy się w jakiejś dziczy, gdzie piszczek nie będzie działał. W końcu jednak się przyzwyczaiłem i zacząłem zastanawiać: jeżeli oni mieli sobie tyle do powiedzenia, mając w perspektywie zaledwie kilkudniową rozłąkę, to co powiedzieć o mnie i Ali? Ciągle miałem przed oczami malujący się na twarzy Tulii wyraz zaskoczenia, kiedy rozdzielaliśmy się poprzedniego dnia po południu. Część tego zaskoczenia na pewno była spowodowana przekonaniem Tulii, że zachowuję się wobec Ali jak potwór.
— Funkcjonuje teraz jakiś mechanizm przesyłania listów? — zapytałem Cord podczas jednej z przerw między jej mikro rozmowami z Roskiem.
— Stąd nie byłoby łatwo wysłać listu… ale tak, można to zrobić. — Uśmiechnęła się od ucha do ucha. — Chcesz napisać do dziewczyny, Ras?
Nigdy nie wspominałem jej o Ali, a pytanie przed chwilą zadałem zupełnie neutralnym tonem, dlatego byłem poruszony, a potem także zirytowany faktem, że z taką łatwością mnie rozgryzła. Nadal cieszyła się z mojej miny, kiedy piszczek zakwilił i dał mi chwilę na dojście do siebie.
— Opowiedz mi o niej — zaproponowała Cord, kiedy się rozłączyła.
— To Ala. Poznałaś ją. To ta…
— Pamiętam Alę. Polubiłam ją!
— Poważnie? Wtedy wcale nie wydało mi się to takie oczywiste.
— Podobnie jak wiele innych rzeczy — odparła Cord.
Powiedziała to tak lekko i niewinnie, że prawie przegapiłem sens tych słów. Na szczęście tak się nie stało i przez następną minutę mogłem siedzieć cicho i unosić się dumą.
— Praktycznie przez całe życie szczerze się nie znosiliśmy — przyznałem. — Zwłaszcza ostatnio. Ale potem zaiskrzyło. Całkiem niespodziewanie. To było coś fantastycznego.
Cord posłała mi wdzięczny uśmiech. Mało nie zjechała przy tym z drogi.
— Następnego dnia została powołana. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że szykuje się konwoks, więc dla mnie równie dobrze mogła po prostu umrzeć. Bardzo mnie to zasmuciło… tak sądzę. Starałem się o niej nie myśleć, dużo pracowałem. A potem, kiedy ja też zostałem powołany… Nawiasem mówiąc, to było wczoraj, a ja mam wrażenie, że minęło dziesięć lat. W każdym razie okazało się, że kiedyś jeszcze się może z Alą spotkamy. Tylko że parę godzin później postanowiłem pojechać okrężną drogą, która od tamtej pory stała się jeszcze bardziej okrężna. Na dobrą sprawę jestem teraz dzikusem i znowu muszę się liczyć z tym, że już nigdy nie zobaczę Ali. A wszystko przez to, że dałem się zmanipulować fraa Jaadowi. Można powiedzieć, że sprawy mocno się skomplikowały. Nawet sobie nie wyobrażam, ile musiałbym z nią wisieć na piszczku, żebyśmy sobie wszystko wyjaśnili.
Cord odebrała akurat następne połączenie od Roska. Zanim skończyła, byłem już gotowy z dalszym ciągiem:
— Słuchaj, ja się wcale nie skarżę. Po prostu wszystko się pomieszało. Takiego zamętu na świecie nie było od czasu Trzeciej Łupieży. Dzieje się tyle dziwnych rzeczy… że to zakrawa na kpinę z Dyscypliny.