Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Może odłożymy wszystkie sprawy? – spytała Terry. – I tak zajmowałam się nimi przez pół wieczoru…
– A ja nawet nie mogę ci pomóc… Chyba imperator powinien choć trochę orientować się w sytuacji.
– Nawet ma obowiązek – westchnęła Terry. Leżeliśmy na łóżku w imperatorskiej sypialni pałacu, w turkusowo-czerwonych strojach. Miecz rzuciłem na podłogę, pistolet wsunąłem pod poduszkę. Ceremonialny strój koronacyjny był obcy i niewygodny. Nic dziwnego, w końcu wstępowało w nim na tron kilka pokoleń tauryjskich imperatorów. Całe szczęście, że nie trzeba go nosić bez przerwy.
– Poproszę o mapę galaktyki – poleciła Terry. W półmroku nad łóżkiem zapłonął obłoczek różnobarwnych iskier.
– Ładnie – nie wytrzymałem.
– Tak. – Terry westchnęła. – Wyodrębnić Tara i planety sprzymierzone, powiększyć skalę.
Różnobarwnych iskier zrobiło się mniej. W centrum obłoku płonął teraz zielony punkt – Tar. Wokół niego kilkanaście żółtych – planety sprzymierzone. Kilka punktów świeciło czerwono – to światy niewchodzące w strefę wpływów Tara.
– Pokazać Ziemię i granicę wpływu Fangów – poleciłem. – W tej samej skali.
Dobrze, że sypialnia imperatorów ma takie imponujące rozmiary. W odległym kącie pokoju zapaliło się zielone światełko – Ziemia. A mniej więcej metr od sprzymierzonych planet Tara pojawiła się lekko skośna błękitna płaszczyzna, niknąca w ścianach, podłodze i suficie sypialni.
– Dwa kiloparseki – powiedziała Terry. – Obok.
– Wyodrębnić znane planety i bazy Fangów – poleciłem.
Za błękitną płaszczyzną rozbłysł rój ciemnopurpurowych światełek. Jedno z nich pulsowało. Fang – główna planeta i ojczyzna naszych wrogów.
– Dużo – podsumowała Terry. – Nie mniej niż chronokolonii. Jeśli dojdzie do wojny, siły będą wyrównane.
W milczeniu przyglądałem się płonącym w półmroku sypialni gwiazdozbiorom. Można by polecić pokazanie pozostałych chronokolonii… zresztą to nieistotne. Tar rzeczywiście znajduje się na ostrzu „igły”, na granicy między Ziemią a Fangami. Nikt nas nie wybawi od roli zatrutej strzały wycelowanej we wroga.
– Wiesz, czego nie wyjaśnił nam Maccord?
– No?
– Operacja „Igła”. Terry, zastanów się! Gwiazdy to przecież nie czołgi… to znaczy, nie gwiazdoloty bojowe, które mogą ruszyć w stronę Fangów, przebijając ich obronę. „Igła” ma sens tylko w jednym przypadku: gdy statki Fangów ruszana nas.
– I będziemy musieli przyjąć bój – potwierdziła spokojnie Terry. – Zgadza się. Maccord liczy właśnie na taki obrót wydarzeń. Jest pewien, że Fangowie zaatakują, a my będziemy się bronić. Mamy dogodną pozycję, Tar i sojusznicze planety mogą dość długo stawiać opór. Gdy Fangowie ugrzęzną w naszym sektorze przestrzeni, rzucą statki do szturmowania planet, dojdzie do walk w otwartym kosmosie… wtedy Ziemia będzie miała możliwość zaatakowania. Ale przecież Fangowie nie są idiotami! Po co mieliby atakować neutralne planety, skoro prościej ominąć nas i uderzyć w Federację Shedmona, w Związek Klena… Nie, nie prościej. Ale tak czy inaczej atakowanie Tara nie ma żadnego sensu.
– Oni nie posługują się ludzką logiką – przypomniałem.
– Ale jednak jakąś logiką, prawda?
– A jeśli ona głosi: im trudniej, tym lepiej? Im więcej strat, tym lepiej dla Fanga?
Po chwili milczenia dodałem:
– Najważniejsze, Terry, że Maccord liczy na taki właśnie ruch. A to znaczy, że całe to niezrozumienie psychiki Fangów to bzdura. Siewcy znają ich plany… albo sami popchną Fangów do spodziewanych działań.
– Prześpijmy się, Siergiej.
– Zaraz… Co to za planeta? – Wyciągnąłem rękę i dotknąłem żółtej iskierki na samym ostrzu „igły” Związku Tauryjskiego. Od linii granicznej Ziemia-Fang oddzielało ją kilka milimetrów. Najwyżej dziesięć parseków.
– Planeta Ar-Na-Tin. Przyłączyła się do Związku Tauryjskiego dwadzieścia trzy lata temu – oznajmił natychmiast informator. – Średnio rozwinięty świat, produkcja dominująca – żywność. Ludność – około dwóch miliardów. Potencjał wojskowy – znikomy. Forma rządów – dożywotnia prezydentura, z przeprowadzanym co dziesięć lokalnych lat referendum nad wotum zaufania. Prócz języka standardowego w użyciu jest siedem miejscowych dialektów…
– Wystarczy. Co oznacza nazwa planety w miejscowym języku? Sekunda przerwy, w głosie komputera pojawiły się przepraszające nutki.
– Wierny przekład nie jest możliwy. Dwa najbardziej prawdopodobne tłumaczenia: „najprostsza droga” lub też „najprostsza decyzja”.
– Niech to wszystko szlag trafi! – krzyknąłem, zrywając się łóżka.
Terry patrzyła na mnie z przestrachem.
Czy opowiedzieć jej o moich majakach z tamtego hiperprzejścia? Po co… zresztą to wcale nie były majaki. Jest granica, poza którą zbiegi okoliczności przestają być możliwe. Ktoś zdołał wejść w moją świadomość w momencie hiperskoku. I podać, w bardzo zawoalowany sposób, nazwę planety. Najprostsza droga jest najpewniejsza. Najprostsze rozwiązania są zawsze lepsze od skomplikowanych.
– Terry, będę musiał polecieć na tę planetę.
Uśmiechnęła się słabo.
– Teraz?
– Nie, oczywiście, że nie… wybacz – usiadłem obok niej, zawahałem się. – Atak Fangów zacznie się od tej planety. Ja to wiem.
Terry się nie zdziwiła.
– Bardzo możliwe. To wygodna baza pod względem strategicznym… i bardzo słabo chroniona.
– Zdołamy udzielić jej pomocy?
– Niezbyt dużej. Pięć, sześć statków średniej klasy, może krążownik i okręt liniowy. Nie można koncentrować wszystkich sił wokół planety, której nie sposób utrzymać. Mają słabą obronę planetarną, nawet nie jestem pewna, czy na Ar-Na-Tinie są siły wojskowe. Możliwe, że mają z dziesięć kutrów patrolowych. Zacofany świat.
Skinąłem głową. Zgadza się, nie należy walczyć o obcą planetę, która nie zatroszczyła się o własne bezpieczeństwo. Ale coś zależy od tej właśnie planety. Coś bardzo ważnego. Tego byłem pewien.
– Wyruszę tam jutro. Terry, połączysz się z Maccordem. Powiesz mu, że na podstawie dokładnych, podkreśl, bardzo dokładnych i pewnych wiadomości atak Fangów zacznie się od planety Ar-Na-Tin. Niech pomogą… jeśli nie siłami wojskowymi, to przynajmniej statkami pasażerskimi. Trzeba ewakuować ludność.
– Dwa miliardy? – Terry uśmiechnęła się słabo. – W ciągu jakiego czasu? Dwa dni, tydzień, miesiąc?
– Sześć dni – odpowiedziałem bez zastanowienia i zamilkłem, próbując zrozumieć, skąd wziął się w mojej świadomości ten termin.
– Siergiej! – Terry wzięła mnie za rękę. – Połącz się z Maccordem sam, natychmiast. I przekaż mu swoje informacje. To rzeczywiście pilne. A ja się położę spać. Wybacz, ale jestem potwornie zmęczona.
– Ukryć mapę – poleciłem. Barwne iskierki zgasły. – Terry, gniewasz się?
– Nie. – Popatrzyła mi w oczy. Spokojnie, bez urazy czy gniewu. – Siergiej, ja byłam pewna, że nie uda ci się stać z boku. W ten sposób bronisz również swojego świata… a już raz występowałeś w roli bohaterskiego zbawcy. Przed tym nie można uciec. Nikt nie zdoła cię powstrzymać.
– Ty możesz mnie powstrzymać. – Mówiłem szczerze.
– Nie. Jeśli cię powstrzymam, to już nie będziesz ty. Sama zmusiłam cię do grania tej roli i teraz nie mam prawa żądać niczego innego. Idź.
Zaczęła się rozbierać. A ja wyszedłem z sypialni jak automat. Łączność z Siewcami… Najlepiej łączyć się z pałacowego centrum hiperłączności – mniejsze prawdopodobieństwo, że sygnał zostanie przechwycony przez obcych. Idealnym wariantem byłaby Świątynia, ale do niej jest za daleko.