Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin wstał z murku, otrzepał spodnie.
– Ale to dobrze, że oddałeś Cetronowi pieniądze, bo inaczej palcem by nie kiwnął. Kazał mi wyrzucić cię z miasta. – Chłopak uśmiechnął się złośliwie, widząc bladość na twarzy Sanwesa. – No, dobrze, żartowałem. Kazał mi odprowadzić cię do Czarnej Bramy. Za nią jest gospoda, masz tam poczekać, aż ktoś się z tobą skontaktuje i powie, co dalej. Cetron spróbuje jakoś dogadać się z rzeźnikami. Idziemy.
– Altsin. Czekaj, ja nie mogę...
Złodziej uniósł brwi.
– Będzie z ciebie ładny kawałek siekanego mięsa. O co tym razem chodzi?
– Ja... wziąłem zlecenie. I pieniądze. Nie mogę się teraz wycofać... chodzi o małą robótkę w Pofeerze. Trzeba tylko gdzieś wejść i...
Altsin przerwał mu uniesieniem dłoni, przymknął oczy, policzył w myślach do dziesięciu.
– Poczekaj. Nic nie mów. Bawisz się w utrzymanka, pieszczoszka bogatych szlachcianek, i jednocześnie w złodzieja. To twój wybór. Ale, do ciężkiej cholery, nie w tym samym czasie. Nie możesz przychodzić do baronowej – i tego samego dnia zakradać się do Wysokiego Miasta, żeby coś ukraść. Gdy pojawiłeś się w dzielnicy, mnóstwo ludzi widziało tę twoją śliczną buźkę. Służba, strażnicy przy murze, jej znajomi. Jeśli ktokolwiek cię teraz zobaczy w innej dzielnicy Wysokiego Miasta, będziesz pierwszym podejrzanym. Na dodatek Gruby wyraźnie zakazał nam się tam pokazywać.
– Ale ja już wziąłem pieniądze... – Jasnowłosy powtórzył to trochę płaczliwie. – I nie mogę ich oddać.
– Bo?
– Bo to spłata przegranej w kości, dobrze?! Grałem z kimś, on miał więcej szczęścia i zanim się zorientowałem, byłem mu winny trochę pieniędzy. No dobrze, nie patrz tak na mnie, dużo pieniędzy... Dwa... dwadzieścia orgów.
– Tylko tyle? Baronowa nie spłaci długów kochasia? Taka skąpa?
Sanwes żachnął się wyraźnie.
– Nie mów tak o Biedronce.
– Biedronce...? – Altsin zaśmiał się krótko. – To jak ciebie nazywa? Żuczkiem? – Wczepił się spojrzeniem w twarz Sanwesa, obserwując pokrywający jego policzki rumieniec. – Nie wierzę... Naprawdę?
– I co z tego?!
– Nic, robaczku, nic. – Złodziej wyszczerzył się tak, że należało zacząć się obawiać, czy zaraz głowa nie pęknie mu na pół. – To co? Pokłóciliście się o to, do kogo należy który kwiatek i nie spłaci cię? To tylko dwadzieścia orgów, więcej wydaje na rękawiczki.
Sanwes opuścił wzrok.
– Nie wezmę od niej pieniędzy – rzucił krótko. – Poza tym to dwadzieścia cesarskich – wyszeptał.
Cesarski org. Moneta tej samej wielkości, co zwykły org. Tyle tylko, że złota. Bawidamek nie podnosił oczu.
– Zapłacił mi – dodał szybko, zanim Altsin zdążył otworzyć usta. – Powiedział, że robota jest na jakieś dwadzieścia pięć cesarskich, więc dodał pięć i pakunek. Bo to ma być jakaś zabawa możnych. To najlepsze, słuchaj. Nie mam tam nic ukraść, tylko podrzucić. Nawet jak kogoś zobaczą, to nie będzie kłopotów, słowo. Nic nie zginie. To co? Pójdziesz ze mną?
– Po co?
– A tak, na wszelki wypadek. Zabezpieczyłem się, ale wiesz, jak to mówią, lepiej zawsze mieć ścianę za plecami. I żeby Cetron był spokojny. Dziś w nocy robota, jutro o świcie znikam z miasta. Umowa stoi?
Złodziej przez chwilę patrzył w milczeniu na towarzysza.
– Zgoda. Ale najpierw pieniądze.
– Jakie pieniądze?
– Te pięć cesarskich. Dzięki temu będę wiedział, że nie znikniesz gdzieś w środku nocy. Już!
Po chwili wahania mała sakiewka zmieniła właściciela.
– No, to teraz jestem spokojny, przyjacielu.
* * *
Altsin leżał na łóżku, przykryty grubą stertą koców, skutecznie niepozwalającą mu się poruszyć. Mimo to miał takie dreszcze, że ledwo nadążał wzrokiem za Cetronem, który zaprzestał wreszcie kręcić się po pokoju i stanął przy złodzieju. Przywódca gildii zacisnął dłonie w pięści, aż trzasnęły kości i przez chwilę wyglądało na to, że odwinie się i zdzieli leżącego kułakiem wielkości kowalskiego młota. Z widocznym wysiłkiem opanował się i znów zaczął chodzić po pomieszczeniu. Lewo, prawo, lewo, prawo, lewo...
Wygląd Cetrona kłamał. Był średniego wzrostu, średniej tuszy, a z siwą czupryną i jasnymi oczami, ukrytymi pod siwymi brwiami, wyglądał jak zażywny i budzący zaufanie kupiec albo rzemieślnik. Z pewnością nie sposób byłoby go posądzić o to, że przewodzi ponad dwóm setkom złodziei, włamywaczy, rzezimieszków i oszustów. Nie licząc takich okazyjnych podwładnych jak Altsin. Tylko dłonie nie pasowały do tego obrazu. Mężczyzna miał wielkie, ciężkie łapy kowala albo cieśli, a portowe legendy opowiadały o tym, jak kiedyś wybił uderzeniem pięści dziurę w burcie łodzi.
Altsin od chwili odzyskania przytomności nie spuszczał oczu z dłoni Grubego. Mówiły one o ich właścicielu więcej niż mimika, głos i spojrzenie. W tej chwili były to bardzo wściekłe dłonie.
– Widzę, że już doszedłeś do siebie. – Cetron zatrzymał się znów i jakby świadomy, że ręce go zdradzają, założył je na plecy. – Leż, bo ci szwy popękają. Masz poszarpaną skórę i złamane dwa żebra. A i tak wyglądasz lepiej niż Sanwes – stwierdził spokojnie.
Młody złodziej spróbował podnieść się z łóżka, ale ćmiący ból w prawym boku unieruchomił go skuteczniej niż warstwa koców.
– Zabili go jak psa – wystękał, czując kulę żółci podjeżdżającą do gardła. – Jak zwierzę. Sześciu strażników rzuciło się na niego i tłukli go pałkami, aż zmienił się w kupę okrwawionego mięsa. A najpierw ten fircyk wbił mu miecz w brzuch.
Ze spojrzenia Cetrona nie dało się niczego wyczytać, tylko mięśnie ramion napięły mu się wyraźnie.
– Zabroniłem wam się zbliżać do Wysokiego Miasta – powiedział powoli. – Zabroniłem tego głośno, wyraźnie i stanowczo.
– Mieliśmy nic nie kraść...
– Nie rób ze mnie durnia, Alt! – warknął. – Zakaz był wyraźny i nie zawierał żadnych wyjątków. Przynajmniej wydawało mi się, że nie zawiera. Powinienem cię teraz wrzucić do rzeki.