Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Słońce w pełnej chwale wyszło nad horyzont.
* * *
Ten „dzień” obfitował w niespodzianki. Najpierw w jednym z jarów znaleźli coś, co wyglądało jak ruiny. Szereg kwadratowych podestów, nie wyższych niż na stopę, wystawało z gruntu. Musieli zejść na dno, by to sprawdzić. Kwadraty miały boki o długości od dziesięciu do przeszło czterdziestu stóp. Zbudowano je z tego samego kamienia co i drogę, lecz jeśli kiedykolwiek coś na nich postawiono, nie został po tym żaden ślad. Po godzinnych oględzinach Kenneth zarządził kontynuowanie wędrówki.
Potem, w czasie pierwszego postoju, zauważyli ruch na niebie. Trzy ciemne punkty przemierzały przestworza tuż nad horyzontem, daleko przed nimi. Trudno było ocenić zarówno odległość, jak i rozmiar stworzeń. Równie dobrze mogły to być wielkie ptaki, jak i latające miasta.
Punkty robiły się coraz mniejsze, w miarę jak się od nich oddalały, po czym znikły w bladej szarości. Od tej chwili nakazał wszystkim obserwację nieboskłonu.
Następnie, tuż przed kolejnym dłuższym odpoczynkiem, znaleźli ciała.
Cała kompania zgromadziła się wokół czterech trupów, tkwiących w szczelinie pod skalnym nawisem, zastygłych na wieczność w dramatycznych pozach. Przegapiliby je, gdyby nie psy, lecz nawet one nie odważyły się podejść do zwłok, tylko zatrzymały dobre dwadzieścia kroków od szczeliny i skomląc, wskazały ją ludziom.
Cztery ciała. Całkowicie zmumifikowane, lecz poza tym zachowane w doskonałym stanie. Nie licząc połamanych kości, ran i broni, która nawet po śmierci tkwiła w tych ranach.
Trzy z ciał należały do ludzi, jeśliby ktoś się uparł, by tak nazywać tych szarych zabójców. Wilk, Nur i Azger jednogłośnie stwierdzili, że jeśli to nie bracia, to przynajmniej bliscy kuzyni morderców szalejących po Olekadach. Zwłoki były zbyt stare, by mieć całkowitą pewność, ale szare stroje i szare ostrza w dłoniach zdradzały przynależność do jednej bandy. Ale czwarty trup, ten, który zapłacił im za swoją śmierć tą samą monetą...
Porucznik kazał go wyciągnąć ze szczeliny, by mieć pewność, że oczy ich nie mylą. Zabity miał prawie siedem stóp wzrostu i z całą pewnością nie był człowiekiem. Po pierwsze twarz, szeroka, z dziwnie zwierzęcymi rysami, płaskim nosem, a raczej nozdrzami, szeroko rozstawionymi oczyma i mocno zarysowanymi szczękami, w których wyróżniały się masywne kły. Po drugie włosy, krótkie, sztywne i grube. Po trzecie ręce. Cztery ramiona, po dwa z każdej strony ciała, zakończone normalnymi, pięciopalczastymi dłońmi, choć kciuki były odrobinę za długie.
Kenneth kazał dokładnie obejrzeć ciało, szukając... psiakrew, śladów maskarady, jakiejś konstrukcji, która przytrzymywałaby sztuczne ręce przy tułowiu, albo czegoś w tym stylu. Nic z tego, musiał przełknąć fakt, że zabity miał więcej kończyn niż ludzie, choć ubierał się dość normalnie, nosił zwykłe spodnie, rodzaj luźnego kubraka bez rękawów i buty ze skórzaną podeszwą.
Przy pasie miał pochwy od dwóch długich szabel albo broni, która szable przypominała, bo ich pióra rozszerzały się na trzy cale, a rękojeści były zdecydowanie dwuręczne. Jedno z takich ostrzy tkwiło w czaszce napastnika, który wbił czterorękiemu nóż w brzuch, drugie leżało pod skalną ścianą, złamane wpół. Stworzenie zabił cios w pierś tak silny, że sztych długiego noża wyszedł mu plecami, choć sądząc po ułożeniu ciał, jego morderca skonał w tej samej chwili ze zmiażdżonym gardłem. Ostatni zabójca miał rozrąbany bok, co jasno mówiło, jak zginął.
Wszyscy nosili ślady zażartej walki, każdy z trupów odniósł w niej przynajmniej kilka ran, co świadczyło o tym, że najpewniej bardzo chcieli się pozabijać. Nie wiadomo było tylko, czy wynik starcia ich usatysfakcjonował.
Sprawdzali ciała przez dłuższy czas, ale nawet połączone siły najlepszych tropicieli kompanii nie mogły zdziałać cudów. Na przykład odpowiedzieć, kim był ten czwororęki olbrzym i kiedy zginął. Te trupy mogły tu leżeć całe wieki. Dwie rzeczy były pewne: to, że martwa kraina miała swoich gospodarzy i była kiedyś polem bitwy, a rozpętane w czasie tego starcia Moce obróciły ją w pustynię. I to, że szarzy zabójcy byli jakoś z nią związani.
Kenneth nabrał co do tego pewności, gdy pokazali ciała dziewczynom.
Kailean tylko wzruszyła ramionami, a Daghena wyglądała, jakby próbowała sobie coś przypomnieć, ale po chwili machnęła ręką. Lecz ich więzień... Na początku Laiwa nie podnosiła w ogóle wzroku, zamknięta w klatce obojętności, ale kiedy postawili ją tuż przed rozciągniętym na ziemi ciałem, zamarła. Porucznik pierwszy raz w życiu widział, żeby ktoś tak całkowicie skamieniał. Jakby zamieniono ją w posąg.
A kiedy się odezwała, z jej ust popłynęła modlitwa. To nie był meekh ani żaden język, który potrafiłby zidentyfikować, ale jeśli to nie była modlitwa, Kenneth gotów był zjeść własną tarczę. Tylko modlitwy mają taką rytmikę, i to niezależnie od tego, w jakim języku są wznoszone. Tylko w modlitwie, szczerej modlitwie, potrafią się tak pochylać ramiona i skłaniać głowy, i tylko takiej modlitwie mogą towarzyszyć łzy. Nikt nie będzie płakał, recytując poezję erotyczną albo przeklinając.
Potem, tak samo nagle, jak się ożywiła, Laiwa znikła. Po prostu. Ukryła się we własnej głowie tak głęboko, że na powierzchni nie pozostał nawet ślad. Jakby w siodle siedział trup. Gdyby nie pozostałości łez na policzkach, można by całe zajście wziąć za wymysł, halucynację przemęczonego umysłu.
Od dwóch dni... dwóch umownych dni, nie udało im się też znaleźć kolejnego źródła wody.
Dzień wcześniej zabili drugiego konia.
Na następnym postoju będą musieli zabić kuca.
Droga, której starali się trzymać, zdawała się wieść donikąd.
* * *
Kocimiętka westchnął, zaklął i otarł pot z czoła. Sanawami. Właściwie powinien spodziewać się, jak te wzgórza będą wyglądać. Verdanno opisywali je dość dokładnie, opowiadając o nich jako o grzbietach wielkich ryb, płynących tuż pod powierzchnią wody. I mniej więcej tak właśnie wyglądały.
Olbrzymie, długie na dwie, czasem trzy i szerokie na pół mili wzniesienia, przecinające Wyżynę Lytherańską z północy na południe. Nie były wysokie, miały po sto, sto pięćdziesiąt jardów, jednak w tej dość płaskiej krainie i tak prezentowały się okazale. Nie stanowiły żadnej przeszkody dla wozów, konie radziły sobie z łatwością, lecz wymusiły zmianę szyku. Pancerny Wąż rozciągnął się na boki, skurczył, podciągnął tyły, zmieniając niemal w kwadrat. To oczywiście miało swój sens, gdyby karawana pozostawała rozciągniętą na milę kolumną, jej czoło – chowając się za wzgórzami – traciłoby co chwilę kontakt z zadkiem. Teraz on sam mógł przynajmniej, stojąc na szczycie wzgórza, ocenić ogrom przedsięwzięcia, którego podjęli się ci szaleńcy. Pięć tysięcy wozów, jakieś trzydzieści tysięcy ludzi i tyle samo koni. I wszystko to w wędrówce przez środek tej przeklętej wyżyny, prosto na hordę koczowników.
Stanął w strzemionach i rozejrzał się. Pojazdy płynęły leniwą rzeką, trzymając całkiem nieźle szyk, choć And’ewers ciągle wyglądał na niezadowolonego. Kocimiętka uważał, że jeśli uwzględnić, iż ledwo co piąty woźnica ma doświadczenie w powożeniu w karawanie, to i tak radzą sobie doskonale. Wbrew temu, co sobie wyobrażał, wewnątrz ochronnego kordonu, utworzonego z wozów bojowych, nie było wcale tak ciasno. Wozy mieszkalne i transportowe podróżowały w liczących około stu pojazdów grupach, mających własnego dowódcę i ścisłe miejsce w formacji. Każda taka grupa jechała w kolumnie szerokiej na pięć i długiej na dwadzieścia pojazdów, a jej woźnice mieli za zadanie tylko trzymać się swoich. Pomiędzy tymi mniejszymi karawanami pozostawało dużo miejsca, szerokimi alejami jeździły rydwany, czasem pojedynczo, czasem w sporych grupach, choć zdecydowana ich większość tworzyła kilkumilowy kordon ochronny wokół wędrującego obozu. Ten szyk zapewniał całości ruchliwość i zdolność do błyskawicznego okopywania się. Tak jak wczoraj wieczorem, gdy w ledwo dwa kwadranse pochód zamienił się z gigantycznej karawany w olbrzymi warowny obóz. Zewnętrzne ściany, składające się z trzech szeregów pancernych wozów, ścieśniły szyk, tworząc mur, mniejsze grupy wozów utworzyły własne ochronne formacje, w których wnętrzu znaleźli schronienie zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Całość wyglądała jak miasto, z dzielnicami i oddzielającymi je ulicami. Bardzo porządnie i po wojskowemu.