Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Rankiem w mniej niż dwa kwadranse wszyscy zwinęli się i byli gotowi do drogi, Kocimiętka uznał, że taka sprawność zawstydziłaby nawet meekhańską armię.
A And’ewers i tak wyglądał na niezadowolonego.
Minął ich oddział rydwanów, wracający – sądząc po stanie, w jakim znajdowały się konie – z dalekiego zwiadu. Woźnice pozdrowili go, unosząc dłonie, któryś zagwizdał. Odmachnął im, pokazując jeden z obelżywych gestów, których się ostatnio nauczył. Odpowiedziały mu gwizdy i śmiechy. Szczeniaki. Mają za sobą jedną bitwę i kilka starć, ale to nadal banda dzieciaków bawiących się w wojnę.
Po nocnej eskapadzie na południe, kiedy on i reszta czaardanu zapobiegli masakrze, stali się w obozie czymś w rodzaju honorowych gości albo maskotek. Każdy wóz stał przed nimi otworem, mężczyźni pozdrawiali ich jak równych sobie, a młode kobiety uśmiechały się zalotnie i pokazywały, gdzie będą nocować. Niiar, Landeh, Janne, zresztą na kopyta Laal, on sam, przyjęli niejedno zaproszenie. Dlaczegóż by nie? Co robiły Lea i Veria, nie wiedział, ale nie wyglądały na niezadowolone. Dlaczegóż by więc – powtarzał sobie w duchu – dlaczegóż do cholery, nie? W końcu jedziemy przez te cholerne wzgórza ku tej cholernej bitwie. Mamy trzy tysiące rydwanów, tysiąc wozów bojowych i trzydzieści tysięcy ludzi, a przeciw nam stanie... Oprócz sił Kyh Danu Kreda, który już pewnie zebrał większość swoich rzeźników, pewnie będą tam też Sahrendey.
Zeszłego wieczoru Verdanno starli się z kilkoma podjazdami, w których walczyli brodaci barbarzyńcy o twarzach pomalowanych w białe smugi. Podobno zaczęli się tak ozdabiać do bitwy dopiero ostatnimi laty, ale na Wschodzie nikt nie miał wątpliwości, kim byli. Białe Wilki, elita Sahrendey. Wieść o tym już się rozeszła i w całym obozie dawało się wyczuć paskudne napięcie.
Kocimiętka nie miał pojęcia, o co w tym chodzi, po prostu na wspomnienie o plemionach Amanewe Czerwonego w oczach Verdanno pojawiał się dziwny błysk. Był na wojnie i widział już coś takiego w spojrzeniach ludzi, dla których nie liczyło się nic poza zemstą i cudzą śmiercią. Wiedział też, że dobrze mieć w oddziale kilku takich desperatów, którzy bez wahania rzucą się do najbardziej szaleńczego ataku albo z radością zostaną na straconej pozycji, byleby tylko ujrzeć jeszcze raz krew wroga na własnym ostrzu. Ale cała armia z takim wzrokiem to zapowiedź nie bitwy, lecz rzezi. Nie będzie brania jeńców ani paktowania, nie będzie szansy na rozejm czy zawieszenie broni. Nie, żeby na coś takiego liczył, ale jak dowodzić, gdy twoi ludzie chcą tylko poczuć smak cudzej krwi w ustach? Na wieść, że Wilki są w pobliżu, kilka oddziałów rydwanów wbrew rozkazom wyrwało się do przodu i już nie wróciło. Nikt nie miał wątpliwości, jaki los je spotkał, ale to nie był największy problem. Jeśli już teraz Verdanno mieli kłopot z utrzymaniem dyscypliny, to co stanie się później? Gdy zobaczą szeregi znienawidzonych wrogów, wrzeszczących i prowokujących ich, czy się oprą? Gdy zobaczą, jak wróg zawraca i ucieka, nawet jeśli dla każdego, kto zachowa zimny umysł, będzie jasne, że to pułapka, czy posłuchają rozkazów i zostaną na miejscu? Nienawiść i pogarda dla wroga jest dobra w pieśniach i eposach, ale na polu bitwy to obosieczna broń. Wojnę należy toczyć tak, jak nauczyli tego wszystkich swoich sąsiadów Meekhańczycy, na zimno i z wyrachowaniem, kalkulując każdy krok i nie pozwalając, by o wyniku walki decydował bojowy szał. A później niech już sobie poeci dopisują, co chcą. A teraz to, co płonęło w oczach Wozaków, wróżyło źle. Ktokolwiek będzie nimi dowodził, będzie miał kłopot.
Dowodzenie też go zresztą martwiło. Jako były oficer lubił proste i konkretne struktury, jeden dowódca, jego zastępcy, a pod nimi coraz szersze szeregi podwładnych. Trójkąt, na którego szczycie jest wódz – generał, herszt, Ojciec Wojny, jak zwał, tak zwał – a na dole ciury czyszczące koniom kopyta. Tu było trzech dowódców, jeden od marszu, drugi od obrony i trzeci, od rydwanów, o niezbyt jasnej pozycji. Co zrobią, gdy wróg uderzy w chwili, gdy obóz będzie w trakcie okopywania? Kto w takiej chwili dowodzi?
Źle jest komplikować sobie życie nad miarę.
Zgrzytnął zębami.
Na dodatek And’ewers nie wypuszczał ich na zewnątrz. A wewnątrz karawany nie bardzo mogli pomóc. Janne wspominał o wielkiej masie ludzi, koni i namiotów gdzieś nad rzeką za wzgórzami, lecz jego talent miał swoje ograniczenia i nie pozwalał na sięgnięcie do umysłów ptaków oddalonych dalej niż kilka mil. Podobnie Lea, potwierdzała, że obóz wędruje w stronę wroga, ale z takiej odległości nie potrafiła określić, czy jest tam pięć, dziesięć czy pięćdziesiąt tysięcy konnych. Jego ludzie powinni pojechać naprzód, godzina, dwie szybkiej jazdy i zbliżyliby się na tyle, by dowiedzieć się więcej. Podjazdów koczowników nie obawiał się zbytnio, nie pierwszy raz w kilka koni bawiłby się z nimi w kotka i myszkę. Ale kowal pozostawał nieugięty. Jeśli pojedziecie, mówił bardzo rozsądnie, będę musiał przekazać wszystkim patrolom, że wyjechaliście na zewnątrz. Teraz sprawa jest jasna, widzą konnych, strzelają i szarżują, ale gdy wy opuścicie karawanę, moi woźnice i łucznicy zaczną się wahać. A to kosztuje. Będę niepotrzebnie tracił ludzi.
Niepotrzebnie. To było słowo, które mówiło wszystko. And’ewersa nie obchodziło, kto jest przed nim. Nie potrzebował tych wieści; choćby nad tą rzeką czekał na niego Ojciec Wojny ze wszystkimi siłami wolnych plemion, En’leyd nie zawróci ani nie zwolni. Być może nie miał wyjścia, karawana tej wielkości mogła się tu przeprawić tylko przez jeden dostatecznie rozległy bród, innymi przeciskałaby się pewnie przez miesiąc, a być może chodziło o coś innego.
Key’la.
Nie znaleziono ciała, choć szukano dokładnie, i wszyscy wiedzieli, że została porwana i najpewniej już nie żyje. Wśród Wozaków krążyły fantastyczne opowieści na jej temat i Kocimiętka wcale im się nie dziwił, ludzie potrzebują symboli, bo choć w czasie obrony poległy setki wojowników, to opowieść o małej dziewczynce, która ocaliła obóz i zapłaciła za to najwyższą cenę, chwytała za serca, a dłoniom kazała szukać broni. Podobno na ochotnika zgłosiła się do roznoszenia zapasów wzdłuż pierwszej linii obrony i biegała pod gradem strzał, mając za osłonę tylko małą tarczę; podobno została ranna, ale nie zrezygnowała z obowiązków; podobno to ona wymyśliła sztuczkę z fałszywym pożarem i podobno w czasie szturmu przebiegła przez pole śmierci, a łaska Pani Stepów uchroniła ją przed wrogimi pociskami. Podobno zmusiła dowódcę piechoty, by złamał rozkazy i rzucił ludzi do kontrataku. A, do cholery, minęły tylko dwa dni. Za pięć dziewczynka stanie się awenderi samej Laal, wcieleniem kawałka duszy bogini, która osobiście interweniowała, by ocalić wiernych wyznawców.
Skrzywił się i ruszył naprzód, zjeżdżając ze wzgórza. To prawda, takie opowieści są dobre dla armii, rozgrzewają krew i każą zapomnieć o własnym strachu. I, na Czarnogrzywą, on sam przyłapywał się na tym, że gdy ich słuchał, coś łapało go za gardło. Jak każdy z czaardanu znał rodzinę And’ewersa z Lithrew, nieraz podkuwał u niego konia, niejeden gąsiorek osuszył z jego starszymi synami i samym kowalem. Czasem nawet przyniósł małej kilka ciastek albo jakiś drobiażdżek, bo jak na dziecko w swoim wieku była bystra i dawała się lubić. Ale jeśli nawet taki stary, cyniczny sukinsyn jak Sarden Waedronyk, zwany Kocimiętką, pozwala sobie na wzruszenie, to co można powiedzieć o tych tysiącach gołowąsów idących do bitwy?