Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Jeśli masz do swojego kha-dara aż takie zaufanie...
– Nie mniejsze niż ktoś, kto sprowadził tu całą swoją rodzinę.
Błąd. Cholera, cholera, cholera! Niech najbardziej parszywy z wszystkich demonów Mroku nasra na mój bezmyślny jęzor!
And’ewers nie zmienił wyrazu twarzy. Zatrzeszczało tylko, gdy powoli rozprostował palce.
– Poszukacie go? Dla nas? – głos kowala był spokojny, jakby rozmawiali o wczorajszej pogodzie. – Jeśli poślę na tyły rydwany, nie ujadą kilku mil. Wiem, że koczownicy mają tam swoje patrole. Ale ty i twoi ludzie... Has i Orne twierdzą, że potraficie je ominąć. Pojedziecie?
Głupie pytanie.
Wyruszyli bez słowa. Niiar poprawił tylko tarczę na plecach, Landeh otworzył manierkę i wylał kilka kropel wina na grzywę swojego konia, na szczęście. Lea skrzywiła się i odcięła toboły wiszące po bokach siodła. Walnęły o ziemię i tak zostały.
Znaleźć Laskolnyka. Z ich talentami nie powinno to być aż tak trudne, jeśli kha-dar rzeczywiście prowadził na Wyżynę kilkanaście tysięcy koni, Janne powinien wypatrzyć go ptasimi oczyma, a Lea wyczuć. Co prawda sytuacja w ciągu ostatnich dni zmieniała się kilka razy, więc mógł po prostu nie wiedzieć, co się dzieje, ale to, że nie próbował do tej pory skontaktować się z Wozakami, nie wróżyło dobrze. Zgodnie z pierwotnymi planami Verdanno powinni właśnie umacniać pod górami wielki obóz, spod którego powoli ruszałaby pierwsza karawana. Tymczasem obóz New’harr był już siedemdziesiąt mil od Olekadów i szedł na spotkanie dwóch Synów Wojny.
Cholera jasna, potrzebowali Laskolnyka, nawet jeśli prowadziłby tylko pięćdziesiąt koni.
Minęli ostatnie wozy i ruszyli w wędrówkę po wzgórzach. Landeh uniósł wyżej zdobyczną lancę z kawałkiem czarnej szmaty na szczycie. Dopóki w pobliżu znajdują się rydwany pełne gorącogłowych szczeniaków, lepiej być widocznym z daleka. I mieć nadzieję, że szczeniaki pamiętają, że dzisiaj ten sygnał znaczy – najpierw pytaj, potem szarżuj.
Rozdział 7
Nie bolało tak bardzo, jak się spodziewała. Ból był, oczywiście, ale nie odbierał zmysłów ani nie paraliżował woli. Dawał się wytrzymać. Kilka miejsc – tam, gdzie wbito haki – pulsowało tępo, czuła, jak strużki krwi spływają jej po plecach i piersi, ale w gruncie rzeczy to było nic. Na dobrą sprawę mogła podnieść ręce i dotknąć tych ran. Mogłaby, gdyby była jedną z tych na wpół mitycznych bohaterek z opowieści Verdanno, złapać pęk rzemieni, na którym wisiała, i podciągnąć się w górę. Podciągnąć się jedną ręką, drugą wyciągnąć haki, opuścić się bezszelestnie na ziemię, udusić strażnika i uciec.
Tak.
Te myśli najdobitniej świadczyły o tym, że odpływa w obłęd, ale dzięki nim zrozumiała, na czym polega ta tortura.
Nie dało się uciec w ciemność, ból był, ale nie na tyle silny, by pozbawić przytomności, zabrać ofiarę w krainę spokoju. Stały, monotonny, jednolity... Lecz nie on stanowił główną torturę.
Oddychanie. Ostrza przebiły w kilku miejscach mięśnie i gdy nabierała mocniej powietrza, zagłębiały się bardziej, rozrywały ciało, a ból rósł. Więc oddychała płytko i powoli, jednak co jakiś czas musiała spróbować zaczerpnąć tchu głębiej, mimo iż kolejne strumyki krwi spływały po ciele.
Żeby o tym nie myśleć, rozglądała się na boki.
Gdy słońce wzeszło wyżej, zrozumiała, dlaczego zadali sobie tyle trudu i powiesili ją w tym miejscu. Nie tylko dlatego, by miała widok na całą nieckę i by podrażnić Sahrendey. Przede wszystkim jednak dlatego, by wszyscy, także koczownicy Danu Kreda, widzieli, co dzielny wojownik zrobił z krnąbrną niewolnicą i w jaki wspaniały sposób upokorzył nielubianych sprzymierzeńców.
Po prawej miała obóz Sahrendey. W świetle dziennym mogła w pełni ocenić jego wielkość, namioty ciągnęły się na przestrzeni co najmniej mili i znikały za grzbietem wzgórza. To było całe ruchome miasto. Gdzieś za nią znajdowało się obozowisko plemion Kyh Danu Kreda, nie mogła obrócić głowy, by mu się przyjrzeć, lecz sądząc po odgłosach i odległym gwarze, równie wielkie. Przed sobą widziała panoramę całej niecki, łącznie z fragmentem rzeki, i jeśli dobrze rozróżniała kierunki, karawana powinna pojawić się na wzgórzach po jej lewej stronie. Jakieś sześć, siedem mil równego terenu, na którym to Verdanno będą na dole, a koczownicy nieco wyżej.
Śmiertelna pułapka dla wozów i rydwanów.
Musiała zrobić głębszy wdech, zabolało.
Zagryzła wargi.
Nie będzie płakać.
Następną godzinę wytrzymała, obserwując zabawy wrogów. Niechęć między plemionami wywodzącymi się z rdzennych Se-kohlandczyków a tymi, które zostały przez nich podbite, była większa, niż sądziła. Obie strony spędziły poranek na prowokowaniu się i szukaniu zaczepki, jakby fakt, że zbliżają się jej rodacy, stanowił tylko drobną uciążliwość.
Dopiero teraz zauważyła, że obozowisko Sahrendey otacza szeroki na kilka stóp pas starannie skoszonej trawy, za którym wędrują uzbrojeni w łuki i włócznie strażnicy. Wojownicy Danu Kreda demonstracyjnie podjeżdżali do tego miejsca, niektórzy powoli, inni galopem, jakby mieli zamiar naruszyć teren Sahrendey. I w ostatnim momencie, gdy łuki strażników już się napinały, zawracali konie i z dzikim śmiechem cwałowali wzdłuż wyznaczonej przez ściętą trawę linii. Inni zatrzymywali konie tak, że ich przednie kopyta ryły w ziemi tuż przy zakreślonej granicy, wzbijając w powietrze kępy trawy. Cal dalej i poleje się krew.
Ale żaden nie ośmielił się posunąć o ten cal. Nie przy obozie zajmowanym przez Wilki. Zresztą sami Glyndoi nie pozostawali dłużni Se-kohlandczykom. Któryś ze strażników obozowiska „przypadkiem” wypuścił strzałę tak, że wbiła się piędź od kopyt jednego z koni koczowników, wierzchowiec spłoszył się i szarpnął w tył, drobiąc nogami i potrząsając łbem. Odpowiedzią była salwa śmiechu i wyzywające gwizdy spomiędzy namiotów. Jeździec spłoszonego zwierzęcia krzyknął coś rozgniewany, wyszarpnął szablę z pochwy i spiął konia, gotów do przekroczenia granicy. Śmiech i gwizdy momentalnie umilkły, łuki napięły się mocniej, twarze skamieniały.
Rozległ się krótki, przeszywający uszy gwizd, a koczownik w końcu ściągnął wodze i z warknięciem, które mogło być tylko przekleństwem, schował broń. Po kolejnych kilku gwizdach on i jego towarzysze zawrócili i znikli za grzbietem wzgórza.
Key’la odetchnęła. Nie mogła już wytrzymać, czuła, jak haki rozrywają ledwo zasklepione rany i gęsta krew znów płynie. Żeby nie jęknąć, mocniej zagryzła zęby.
Trzy dni? Nie wytrzyma do wieczora.
Lecz jedna rzecz Se-kohlandczykom z pewnością nie wyszła. Glyndoi zachowywali się, jakby nie istniała, jakby dwieście jardów od ich obozu wisiał zwykły kawałek mięsa. Nawet jeśli wśród jeźdźców, którzy na chwilę ukazali się pomiędzy namiotami, był jej wybawca, nie dał znaku, że jej los cokolwiek go obchodzi.
Och... przeklęci mordercy. Jak ktoś ma na rękach krew ośmiu tysięcy dzieci, to śmierć kolejnego jest dla niego równie nieważna jak zeszłoroczny deszcz. Ale i tak wiele by dała, żeby spojrzeć mu w oczy, a potem... O czym to wspominała uzdrowicielka? Splunąć pod nogi i rozetrzeć plwocinę stopą? Teraz byłoby trudno, ale nawet samo splunięcie powinien zrozumieć. Po co wróciliście, pytali. Teraz rozumiała, co czaiło się w głębi ich oczu. I jego, i tej szalonej kobiety.
Strach.
Strach przed sprawiedliwą zemstą i karą.
Oddech i ból. Krew w ustach.
* * *
Nie brakowało jej rozrywek. Przed południem pojawiło się kilku chłopców, w tym jeden z jej prześladowców. Chciała zapytać, jak tam noga jego towarzysza, lecz zabrakło jej tchu.