Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 152
Перейти на страницу:

Der’eko, jeden z jej braci, wyprowadzał swoje rydwany dalej niż jakikolwiek inny Kanewey i wracał z tuzinami se-kohlandzkich trupów przywiązanymi za wozami. Wymieniał tylko zranione konie, wyrywał strzały z burt rydwanów i wracał polować dalej. Na tyczce przymocowanej do burty zatknął pęk zdobycznych hełmów, bogowie wiedzą, skąd mu to przyszło do głowy, inni to skopiowali, a teraz jego Fala, idąc do ataku, do łoskotu kopyt dokładała wściekły brzęk obijającego się o siebie żelaza. Wykuwał własną legendę i widać już było, że jego woźnice pojadą za nim w ogień.

Co zresztą powiedzieć o samym En’leyd, którego wszyscy synowie wykpili się jak na razie kilkoma powierzchownymi ranami, a najmłodsza córka została porwana i zakatowana przez odwiecznego wroga? Kto ich prowadził do bitwy, doświadczony dowódca czy ojciec szukający zemsty i odkupienia?

I gdzie, do ciężkiej cholery, był Laskolnyk?

* * *

Mimo wszystko wędrówka dała im w kość. Niektóre wozy odpadły, złamały osie lub uszkodziły koła, a w takich wypadkach And’ewers był bezwzględny. Konie wyprzęgano, niezbędne rzeczy przenoszono na inne pojazdy, a resztę palono, choćby to był najpiękniejszy z rodowych wehikułów o ścianach z rzeźbionego drewna i szybach z kryształu. Jeśli jakiś koń doznał w walce kontuzji lub rany, która go spowalniała, odprawiano krótki obrzęd i powierzano go „łasce Laal”, czyli zostawiano na pastwę losu. Tu Wozacy okazywali się pragmatyczni, skoro Pani Stepów dopuszczała, by na jej ziemiach żyły wilki, lisy, a czasem nawet górskie lwy, to znaczy, że taki był jej zamiar i jeśli porzucone zwierzę padnie ofiarą drapieżników, to z jej woli. Kocimiętka podziwiał ich też za to, że mimo własnych zwyczajów, walcząc z konnicą, nie wahali się. Ich strzały i oszczepy położyły już tysiące wierzchowców koczowników, a jedyną reakcją były krótkie modlitwy odmawiane co wieczór po zatrzymaniu się.

Tak jak wczoraj wieczorem, gdy rozbijano obóz między wzgórzami. Główna karawana rozsiadła się na szczycie największego z nich, zalegając tam niczym zmęczony, dyszący ciężko zwierz, a na grzbietach sąsiednich wzniesień rozstawiono mniejsze obozy, które miały strzec głównych sił przed niespodziewanym atakiem. Kocimiętka uważał, że to zbytek ostrożności, jeśli koczownicy wpuścili ich tak głęboko, to nie po to, by ryzykować starcie w terenie, na którym łatwiejsza jest obrona niż atak. Obozowisko na szczycie wzgórza trzeba atakować pod górkę, przyjmując grad pocisków i kontrataki rydwanów. Nie, jeśli teren, ku któremu zmierzali, był taki, jakim go opisywano, czyli stanowił szeroką na kilka mil nieckę, zamkniętą z trzech stron wzgórzami, a z czwartej rzeką, gdzie wszystko widać jak na dłoni, to dowódca se-kohlandzkiej jazdy powinien przyjąć bitwę właśnie tam.

Poza tym... O tym nikt głośno nie mówił, ale każdy, kto miał oczy i rozum, widział, że beczki z wodą wysychały w tempie błyskawicznym. To dlatego tak wielkie karawany nigdy wcześniej nie poruszały się po Wyżynie. Między Olekadami a Lassą nie było strumyków, studni ani źródeł, które mogłyby zapewnić im dość wody. Trzydzieści tysięcy ludzi, trzydzieści tysięcy zwierząt, trudna wędrówka, ciągłe potyczki i starcia, w których zwierzęta dają z siebie wszystko. Konie Verdanno należały do bardzo odpornych na głód i pragnienie, ale to znaczyło jedynie tyle, że mogły wytrzymać nieco więcej niż zwykłe, zwłaszcza że pracowały ciężej niż zwykłe. Każdy wypijał od ośmiu do piętnastu galonów wody dziennie, szczególnie konie bojowe, zaprzęgane do rydwanów i odbywające dalekie rajdy. Sześćdziesięciogalonową beczkę zaprzęg rydwanu osuszał w dwa dni. A takich zaprzęgów były tysiące. Tak wielkie karawany muszą się poruszać małymi skokami, od wodopoju do wodopoju, narzucając bezwzględny reżim w sprawie wody, można nieco przedłużyć ich życie, ale tylko o kilka dni. Coś za coś, siła w zamian za uzależnienie od pragnienia.

Tak naprawdę przebicie się do rzeki było dla Wozaków sprawą życia lub śmierci, obliczyli zapasy wody tak, że albo uzupełnią je nad Lassą, albo zginą. I nawet jeśli koczownicy nie dysponowali tak szczegółową wiedzą, to mieli przecież rozum i doświadczenie. Wiedzieli, że ich zadaniem jest tylko nie dopuścić wozów do wody. Nawet nie musieliby staczać bitwy, wystarczyło przetrzymać Verdanno kilka dni w oblężeniu.

Kocimiętka siedział już na koniu razem z resztą swoich. Nie, pomyślał, obserwując zwijanie obozowiska i ustawianie się w szyku. Ta bitwa się odbędzie. Za bardzo wszyscy jej pragną. Czują, że to już wkrótce, i nie mogą się doczekać.

Zeszłego wieczoru potwierdziło się ostatecznie, że z koczownikami Danu Kreda są Sahrendey, więc obóz będzie musiał walczyć z dwoma Synami Wojny naraz. Ale to zupełnie im nie przeszkadzało, co więcej, pragnęli tego. Część rydwanów pojechała już naprzód i znikła za grzbietem najbliższych wzgórz, część rozciągnęła się w linię chroniącą karawanę, lecz większość zajęła pozycję wewnątrz Pancernego Węża. Głębokie kolumny ustawiały się między wozami mieszkalnymi, gotowe do nagłego wypadu.

Szykowano się do bitwy i niech Laal spojrzy na nich łaskawym okiem.

Popędził konia w stronę wozu And’ewersa. En’leyd kazał go wezwać z samego rana, a wezwaniom dowódcy karawany się nie odmawia. Poza tym oficjalnie płacił im za usługi, nieprawdaż? Niiar, Landeh, Janne, Lea i Veria pokłusowali za Kocimiętką. Nie musiał wydawać żadnych rozkazów, wszyscy uzbroili się jak do bitwy, pancerze, hełmy, miecze, szable, topory i łuki. Całą piątka wiedziała równie dobrze jak on, że jeszcze dziś czeka ich prawdziwa walka.

Kowal przyjął go w jadącym wozie, gdzie naradzał się jeszcze z Awe’awerohem Mantoru, który na widok Kocimiętki skinął lekko głową i posłał mu coś na kształt uśmiechu. Lamerei był w pełnym bojowym rynsztunku, nie zdjął nawet hełmu, a co najdziwniejsze, przyjmował rozkazy And’ewersa, potakując co chwila i rzucając po kilka słów. To był uspokajający widok, najwyraźniej przed bitwą hierarchia dowodzenia przyjmowała odpowiedni kształt.

Po chwili dowódca Fal skłonił się lekko i opuścił toczący się wóz, niemal od razu wskakując na jadący obok rydwan. Woźnica strzelił lejcami i znikli w tumanie kurzu.

– Gorąco i sucho – skwitował ten widok kowal, wskazując Kocimiętce miejsce naprzeciw siebie. – Dawniej wiosny były tutaj bardzie mokre.

And’ewers przeszedł na meekh tak naturalnie, jakby kontynuował przerwaną przed chwilą rozmowę.

– Zeszłego roku mieliśmy długie lato i gorącą jesień, teraz mamy wczesną i upalną wiosnę, zdarza się. – Jeździec przytaknął. – Po co nas wezwałeś?

Zmierzyli się wzrokiem. Kocimiętka lubił kowala, bo chłop potrafił wypić, a jak przyszło komuś w mordę dać, to nieszczęśnik od razu nakrywał się nogami. Ale teraz siedział przed nim En’leyd, Oko Węża, jak mówili Verdanno, ktoś, kto miał na głowie całą armię. W byłym bandycie budził się żołnierz i oficer. Przyjął mniej swobodną postawę.

– Podziękowałem wam już za wykrycie pułapki? – zapytał kowal.

– Pewnie tak. Nie wracajmy do tego.

– Dobrze. Nie wracajmy. – And’ewers pokiwał głową. – Wiesz, gdzie jest Laskolnyk?

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)