Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 152
Перейти на страницу:

To zdanie, rzucone w ciężko akcentowanym meekhańskim, miało gorzki posmak. Jakby Key’la nie istniała albo była bezrozumnym zwierzątkiem.

– Amenray zabronił mi używania leków, ale nic nie mówił o pożywieniu.

– A ty po raz pierwszy w życiu go posłuchałaś, maneya? A zapach maści i ziół, który unosi się w tym namiocie, po prostu przywlokłaś ze sobą.

– Tak właśnie się stało, ueneya.

Czerwone wargi wykrzywił kwaśny uśmiech.

– Jesteś najbardziej nieposłuszną niewolnicą, jaka chodzi po tym obozie. Ale mój mąż bardzo cię lubi, a ja zbyt cenię twoje umiejętności, by karać za byle drobiazg. Nie okłamuj mnie jednak w żywe oczy, bo sprawdzę, która z nas jest dla niego ważniejsza.

Meekhanka pochyliła się w głębszym ukłonie.

– Wybacz, pani. Bez tych leków ona mogłaby umrzeć, a nie sądzę, by amenray tego chciał. Nie po tym, jak ją tu przywiózł.

Czarnowłosa uśmiechnęła się szerzej, mniej złośliwie.

– Tak lepiej. To kłamstewko ma pozory prawdy. Choć nie sądzę, aby umarła, to nie zdołam ci udowodnić, że łżesz. Ale nie lekceważ mnie więcej, Tsaeran.

Kolejny ukłon.

– Nie lekceważę. Ale nie pozwolę... – Drobne dłonie zacisnęły się w pięści. – Nie mogę pozwolić... nie chcę...

– Wiem. Zna twoją słabość. Gdyby ci pozwolić, każdy kulawy pies i sparszywiały kot trafiałby do twojego namiotu. Zamiast marnować czas, lepiej idź szykować leki i narzędzia. Twoje umiejętności wkrótce będą potrzebne.

– Ale...

Wysoka kobieta rzuciła kilka słów w jakimś miejscowym narzeczu, a uzdrowicielka pobladła nagle, zgięła w ukłonie i nie oglądając za siebie, wyszła.

Zostały same.

– Wiesz, co jej powiedziałam?

Key’la mimowolnie wykonała gest w anaho’la. „Nie wiem”.

– Odpowiadaj słowami!

– Nie wiem.

– Wiesz, kim jestem?

– Nie wiem.

– Nazywam się Saonra Womreys. Jestem żoną tego, który cię tu przywiózł. Nie przyznał mi się do tego od razu, dopiero wczoraj wieczorem przed opuszczeniem obozu powiedział, że jesteś w naszym namiocie. Mężczyźni... – Umalowana twarz wykrzywiła się w dziwacznym grymasie. – Ulegają emocjom, a potem mówią, wiesz, skarbie, mam na boku jakieś dziecko. Sam nie wiem, jak do tego doszło.

Grymas przerodził się w szalony uśmiech.

– Całymi miesiącami uczyłam się na pamięć tysięcy imion, a on pilnował, żebym żadnego nie pominęła. Wielu z nas uczy się ich, żeby pamiętać, kim byliśmy, bo nawet psie truchło zasługuje, by pamiętać jego imię.

Powiedziała to tak szybko i z taką pasją w głosie, że Key’la z początku nie była pewna, czy dobrze ją zrozumiała. Tym bardziej że meekh kobiety był nie najlepszy, niezgrabny i sztywny. Ale właśnie ze względu na tę pasję nie odważyła się odezwać.

– A teraz on robi coś takiego. Przywozi do naszego namiotu wozackie szczenię, które wyrwał z paszczy stepowych ścierwojadów. A ja widzę, jak krwawi w nim serce.

Uśmiech znikł.

– Widzisz, mała dziewczynko. On złożył kiedyś przysięgę, że za to, co zrobiliście, będzie wami pogardzał. Za zdradę, której się dopuściliście, i tchórzostwo, które okazaliście. Że jeśli spróbujecie wrócić, podpali wasze wozy i będzie grzał się przy ich ogniu. Takie przysięgi łatwo składać, gdy rany są świeże, ale z czasem nawet blizny przestają swędzieć. Nowi wrogowie, nowe walki, wiara, że nigdy nie zdobędziecie się na odwagę, by wrócić.

Key’la nie wytrzymała.

– To nasza ziemia.

– Nie! To była wasza ziemia, dopóki jej nie porzuciliście, a z nią całej swojej przyszłości. Dopóki nie zdradziliście. Znaleźliście sobie nowe ziemie, pod opieką Meekhanu, za tarczami jego żołnierzy. To my zostaliśmy tutaj, i musieliśmy walczyć o każdy dzień. On... i inni... i ja... – Kobieta zacisnęła pięści. – Rany się zabliźniły. Gdyby nie ty... gdyby nie ona...

Zrobiła krok w przód, a dziewczynka zawiesiła wzrok na długim nożu kołyszącym się w pochwie przy jej pasku. Ona jest szalona – tylko o tym mogła myśleć. Byłoby wyjątkową złośliwością losu, gdyby teraz zginęła z ręki tej dziwacznej kobiety.

Dzieląca je odległość zmniejszyła się o kolejny krok i Key’la również zacisnęła pięści. Nie cofnie się. Nie okaże strachu.

– Gdybyś była... – czarnowłosa syczała przez zęby. – Gdybyś była kimś takim jak tamten, Amureh nie zmarnowałby na ciebie nawet śliny. Ale nie, ty musisz być małym dzieckiem, związanym i tłuczonym pałkami, ale tak dzielnym, by kopać i gryźć.

Dzielnym? Miała ochotę się roześmiać. Ona? Największy tchórz, jaki kiedykolwiek jechał w karawanie?

– Wiesz, co usłyszała ode mnie nasza maneya? Wiesz, co zrobił mój mąż? Nie wiesz, co zrobił. – Znów ten dziwny akcent i słowa wyrzucane jak pociski. – Wziął swój maleyh i pojechał na zachód, między wzgórza. Wasz obóz zbliża się do nich i rydwany wędrują po grzbietach wzgórz jak chrząszcze po padlinie. Ścieramy się, my i oni, a krew ścieka w jary i doliny.

Zacisnęła jeszcze mocniej pięści.

– Mój mąż szuka zapomnienia w niepotrzebnej walce. Przysłał nawet łup, chcesz zobaczyć?

Warknęła coś krótko, a klapa namiotu odchyliła się i weszły dwie kobiety wlokące za sobą ciało. Tsaeran szła obok i próbowała w ruchu opatrywać rannego.

Na kolejną komendę Saonry rzuciły mężczyznę na ziemię i wyszły. Żadna się nawet nie obejrzała.

– Mógłby leżeć na środku obozu i nikt nie rzuciłby w niego kamieniem ani nie dotknął go kijem. Po prostu zdechłby, a potem wyciągnęlibyśmy jego ścierwo w step i zostawili, żeby kruki i dzikie psy miały uciechę. Ale mój mąż zażyczył sobie, żebym utrzymała go przy życiu, bo może powie coś o waszych planach.

Key’la nie odrywała wzroku od mężczyzny. Verdanno, łucznik z rydwanu, zgubił gdzieś hełm, choć zyskał drugi, bo skrzepła krew pozlepiała mu już włosy w twardą skorupę. Pikowaną przeszywanicę, nałożoną dodatkowo na kolczugę, miał w strzępach, sama kolczuga przecięta była tak głęboko, że widziała spodni pancerz i błyskającą w czerwonej ranie kość. Oddychał ciężko, twarz miał zmiażdżoną jak po uderzeniu bojowym młotem, zarówno nos jak i usta wyglądały niczym olbrzymie, opite krwią kleszcze.

– Mówić to on raczej nie będzie, ale kto go tam wie. Jesteście jak wszy, trudno was zabić. – Czarnowłosa przez chwilę wyglądała, jakby chciała splunąć. – Powiedz mi, mała sawenjo, czy mam rozkazać go opatrzyć, czy pozwolić, by tu zdechł?

– Już kazałaś.

– O tak. Kazałam. Bo jestem dobrą żoną głupiego mężczyzny, który myśli, że rozwalenie kilku łbów może zaleczyć rozdrapaną ranę. Więc posłucham mojego męża... a wy dopilnujcie, żeby przeżył.

Odwróciła się i wyszła z namiotu.

Uzdrowicielka natychmiast dopadła rannego.

– Pomóż mi.

Następny kwadrans wypełniło szarpanie się z ciężkim ciałem, zdejmowanie pancerza, obmywanie ran, a uwzględniając, że był typowym Wozakiem, czyli miał powyżej sześciu stóp wzrostu i ważył jakieś dwieście funtów, cudem było, że tak szybko się uwinęły. Na szczęście mężczyzna nadal pozostawał nieprzytomny, więc nie rzucał się, nie jęczał i nie machał rękami. Tsaeran ograniczała się do krótkich komend, „potrzymaj”, „przyciągnij”, „obróć”, „uważaj”. Widać było, że ma wprawę w zdejmowaniu pancerzy z ciężko rannych. Odezwała się pełnym zdaniem, dopiero gdy ułożyły go na posłaniu i obandażowały większość ran.

– Ona nie jest złą osobą.

Key’la, zajęta zmywaniem krwi z twarzy rannego, nie odpowiedziała.

1 ... 103 104 105 106 107 108 109 110 111 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)