Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 152
Перейти на страницу:

Wreszcie uspokoił się i widać było, że dużo by dał, żeby móc mówić. I że bardzo cierpi, fale bólu raz po raz mgliły mu wzrok. Ale nie rezygnował.

„Trzeba ostrzec”. „Muszę...”.

Key’la popatrzyła na niego z góry.

– Nic nie musisz, wojowniku. I niczego nie dasz rady zrobić, bo wkrótce umrzesz.

Zdumiała się, jak łatwo te słowa przeszły jej przez gardło. Umrzesz. Wiedziała, że ma rację, bo Tsaeran, uzdrowicielka, która przygarniała każdego psa w plemieniu, nie dała mu żadnych leków. Ani maści, ani wywarów. Najpewniej po dokładniejszym badaniu stwierdziła, że mężczyzna i tak skona.

– Jak chcesz kogokolwiek ostrzec, skoro ledwo możesz się ruszać?

Dłoń leżącego drżała, jakby targały nią bezwiedne skurcze. „Ty”. „Ty musisz”. Nawet te proste gesty były dziwnie niepewne.

– Tak. – Skinęła głową. – Ja muszę. Znaleźć konia i pojechać. Nie jestem już Verdanno, ale znam swoje obowiązki. Jednak mogę to zrobić dopiero po zmierzchu. Ukraść konia, mieć nadzieję, że mnie nie zrzuci, i pojechać na zachód, modląc się, by trafić na obóz.

Spojrzała mu w oczy. Patrzył przytomnie, zatrważająco przytomnie jak na kogoś, kto jedną nogą był już w drodze na sąd Białej Klaczy.

„Wybacz”.

– Nie ma czego. Do zmierzchu zostało trochę czasu. Zanim odejdziesz, opowiesz mi, co zrobili Sahrendey?

„Jesteś za młoda”.

Uśmiechnęła się i dotknęła palcem kilku sińców.

„Naprawdę, wojowniku?”.

Uciekł wzrokiem w bok, jakby nagle zrozumiał, że nie ma przed sobą zwykłej dziewczynki. „Wybacz”. „Opowiem”.

* * *

Umarł zaraz po tym, jak skończył opowiadać. Mowa niska, wyrosła z języka gestów, którymi woźnice przekazywali sobie wieści w czasie wędrówek gigantycznych karawan, nie nadawała się zbytnio do takich historii. Nabrzmiałych gniewem, nienawiścią i pogardą. Człowiek mówiący normalnie ma całą gamę narzędzi, żeby przekazać to, co naprawdę chce powiedzieć. Gesty, mimikę, intonację. Wypowiadane słowa mają często znaczenie drugorzędne. Ale w av’anaho, którym posługuje się ktoś ze zmiażdżoną twarzą, niemogący się na dodatek ruszać, są tylko słowa. Takie, które wypalają ci w sercu rany głębokie jak grzechy świata.

Wyślizgnęła się z namiotu, ledwo zaszło słońce. Łucznik, którego imienia nie poznała, zmarł jakąś godzinę wcześniej, tak, jakby łaska Pani Stepów zstąpiła na niego. Po prostu zamknął oczy, westchnął i jego pierś już się nie poruszyła. Key’la zmówiła krótką modlitwę nad ciałem, przykryła zmasakrowaną twarz kawałkiem materiału i czekała. Uzdrowicielka nie pojawiała się. Może ta ciężarna zabroniła jej przychodzić, a może rannych w walce było tak wielu, że musiała się nimi cały czas zajmować. Dziewczynka miała nadzieję, że jest ich naprawdę wielu, a jeszcze więcej martwych i konających, których czarne dusze zostaną stratowane przez Klacz.

Mordercy.

Ubrała się w swoje rzeczy, a przeszukawszy kilka pak, znalazła wreszcie coś w rodzaju luźnej szaty, sięgającej do kolan i wyposażonej w kaptur. W obozie musiały być straże, jeśli ją zaczepią, odezwie się do nich po meekhańsku, może uznają ją za jedną z niewolnic. O bieganiu nie było mowy, opuchlizna na kolanie zmalała, lecz nogę nadal miała sztywną, a gdy próbowała ją zgiąć, odzywał się paskudny ból. Z resztą obrażeń nie było lepiej, kilka razy zakręciło jej się w głowie, a nagłe kłucie w dole pleców przypomniało, że ma nerki. Ale było coś, co działało jak najlepszy lek przeciwbólowy.

Nienawiść i gniew.

Mordercy i zdrajcy.

„Zawarliśmy przymierze”, mówił Wozak w av’anaho.

„Przed Krwawym Marszem”.

„Z nimi”.

„Wiedzieliśmy, że jesteśmy zbyt słabi”.

„Że potrzebujemy konnicy”.

„Wsparcie dla naszych kół”.

„Oni...”.

„Przed pierwszą wojną...”.

„Przed przybyciem Se-kohlandczyków”.

„Byliśmy przyjaciółmi”.

„Handlowaliśmy”.

„Razem świętowaliśmy”.

„Mieszaliśmy krew”.

„Przyjaciele”.

Niewiarygodne, ile pogardy można wyrazić samymi oczami.

Zanim wyszła z namiotu, z kilku rzeczy ułożyła na swoim posłaniu podłużny tłumok i przykryła go pledem. Może się uda, a może da jej to tylko kilka uderzeń serca więcej. Nieważne. Jeśli kiedyś jeszcze spotka uzdrowicielkę, wywarczy jej w twarz, co sądzi o „dobrych ludziach”.

Nocne powietrze było chłodne, orzeźwiające, kilka wdechów przegnało zawroty głowy i rozjaśniło myśli. Rozejrzała się i odetchnęła z ulgą. Ten namiot znajdował się niemal na skraju obozowiska. Tylko kilka innych dzieliło go od otwartego terenu.

Obóz Glyndoi znajdował się na krawędzi olbrzymiej niecki, o kształcie podłużnego naczynia, w którym mama często podawała pieczoną gęś. Na to wspomnienie zakłuło ją w piersi i jednocześnie zaburczało w brzuchu. Teren lekko opadał, przechodził w gładką równinę o średnicy kilku mil, a potem odbijał w górę linią pofałdowanych wzgórz, odcinających się czarnymi grzbietami od nocnego nieba. Odszukała wzrokiem kilka znajomych gwiazd, tak, wzgórza były na zachodzie. Tam musiała jechać.

Wzięła jeszcze głębszy oddech. Powietrze pachniało dymem, wilgotną skórą i końmi. Ciche parsknięcia dobiegały gdzieś z przodu, od strony otwartej przestrzeni. To w końcu oczywiste, nikt nie trzyma wierzchowców między namiotami. Przymknęła oczy, zbierając się na odwagę i łajając za własne tchórzostwo. Miała wrażenie, że zza każdego z okolicznych namiotów przypatrują jej się złe oczy.

No, już – ponagliła własne nogi – naprzód. I nie skradaj się, idź, jakbyś miała coś do załatwienia.

Opowieść umierającego wojownika parzyła ją w środku ponurym żarem. Gdy tylko przymykała oczy, widziała drżącą dłoń kreślącą w powietrzu kolejne znaki.

„Przyjaciele”.

„Ze wszystkich plemion konnych ufaliśmy najbardziej im”.

„Gdy Yawenyr...”.

„... atakował Imperium”.

„Powiedział”.

„Dajcie zakładników”.

„Gwarancję uległości”.

„Byliśmy pobici”.

„Pokonani nie... odmawiają”.

„Daliśmy”.

„Tylko prosiliśmy”.

„Niech zakładników...”.

„... wezmą Sahrendey”.

„Oni są blisko”.

„Myśleliśmy... przyjaciele”.

„Myśleliśmy... prawie bracia”.

„Wiele krwi... zmieszaliśmy przez lata”.

„Yawenyr podbił ich...”.

„... przyłączył do swojej hordy”.

„Ale... przyjaciele... zaufanie”.

Pierwszych kilka kroków zrobiła ostrożnie, jakby stąpała po cienkim lodzie. Potem poszło łatwiej. Minęła dwa namioty i kryjąc się pod ścianą ostatniego, obejrzała teren przed sobą. Wąski sierp księżyca wisiał na niebie, ale było dość światła, by mogła się zorientować w terenie. Niecka naprawdę była duża, Key’la nie umiała dokładnie ocenić odległości, ale do wzgórz było ładnych kilka mil. Bez konia kuśtykałaby tam do świtu.

Na szczęście parę sporych, ruchomych plam w ciemności wskazywało miejsca, gdzie koczownicy zgromadzili swoje tabuny. Jutro te konie wezmą udział w bitwie. Chyba że ktoś zawiadomi nadciągający obóz o pułapce.

„...zaufanie”.

„Osiem tysięcy dzieci”.

„Po jednym na ród”.

„Zamieszkało pod namiotami”.

„Miały dwa, trzy... sześć lat”.

„Wojna z Imperium...”.

„... pięć krwawych lat...”.

„... my czekaliśmy...”.

„Słuchaliśmy”.

„Wojownicy Sahrendey...”.

„... pojechali na zachód”.

„Walczyć za nie swoją sprawę”.

„A my mówiliśmy ich wodzom...”.

„Porzućcie koczowników...”.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)