Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
„... wy i my, siodła, rydwany...”.
„... bojowe wozy”.
„Pokonamy ich, przepędzimy”.
„Oni słuchali chętnie”.
„Mówili: dobry plan”.
„Mówili: pojedziemy z wami”.
„Jak tylko nasze sokoły wrócą...”.
„... wypędzimy (nie znała tego znaku)”.
„Nie wrócili... Imperium...”.
„... usypało z ich kości wzgórze”.
„Yawenyr... usłyszał plotki o naszych planach”.
„Powiedział im... udowodnijcie wierność”.
„Zabijcie zakładników”.
„Oni... tchórzliwe psy...”.
„... łaszące się do nóg pana...”.
„Wykopali doły... wypełnili je...”.
„... ciałami naszych dzieci...”.
„Ośmioma tysiącami ciał”.
Dobrzy ludzie. Chciało jej się krzyczeć. Wrzeszczeć i płakać jednocześnie. Dobrzy ludzie... I ci, bezwiednie powtórzyła niezrozumiały gest w av’anaho, ośmielali się spluwać na wspomnienie Verdanno. Ale przecież tak to działa, wyrządzisz komuś straszliwą krzywdę, to starasz się odebrać mu godność i honor, bo wtedy łatwiej jest spojrzeć sobie w oczy.
Czekała, wpatrzona w ciemność. Wzrok przyzwyczaił się, rozróżniała już poszczególne zwierzęta w tabunach. Nigdzie jednak nie spostrzegła wartowników, więc albo Glyndoi czuli się bardzo pewnie, albo strażnicy znajdowali się za końmi. To by znaczyło, że musi wybrać naprawdę dobrego wierzchowca i liczyć na szczęście.
Kilkadziesiąt szybkich kroków wyniosło ją poza linię namiotów, kuśtykała kulawym truchtem, zaciskając zęby i powstrzymując jęki, gdy tylko stawała na lewą nogę. Konie powitały ją podenerwowanymi parsknięciami, więc stanęła na chwilę nieruchomo, by mogły poczuć jej zapach i ocenić, czy stanowi zagrożenie. Miała nadzieję, że noc i dzień w namiocie Glyndoi i ukradziona szata zmylą zwierzęta. Oceniała je, wszystkie wyglądały na dobrze odżywione i szybkie, na dodatek były duże, większe niż konie Se-kohlandczyków. Ale i Glyndoi są więksi niż zwykli koczownicy, być może miało z tym coś wspólnego mieszanie krwi, o którym wspomniał konający łucznik.
Tym większa była ich wina.
Odwróciła się, żeby rzucić okiem na obozowisko, i zaparło jej dech. Tysiące namiotów. Zajmowały całą krawędź niecki, rozciągając się na milę w obie strony i najpewniej ciągnąc się też za wzniesieniem. Naprawdę byli tu wszyscy Sahrendey. Co do jednego.
Gdyby miała jakąś magiczną moc, postarałaby się, by wszyscy już tu pozostali.
Ostrzegło ją to, że konie zaczęły parskać, mimo iż się nie poruszyła. Ale było już za późno. Ciemna ręka zakryła jej usta, a w uszy wgryzł się ponury szept:
– Tak myślałem, że jeśli ktokolwiek będzie próbował nocą uciec z obozu, to będziesz właśnie ty.
Mówiący miał okropny akcent, a jego głos słyszała pierwszy raz w życiu, ale w sposobie, w jaki to powiedział, było coś osobistego. Następne zdanie wyjaśniło wszystko.
– Syn mojego druha będzie utykał do końca życia, bo moja własna matka nie upilnowała niewolnicy. Ale jak już pokonamy wasz obóz, zdobędę dość koni i złota, by opłacić mu pomoc najlepszych czarowników.
Czyli jednak przegryzłam to ścięgno – zdążyła pomyśleć, zanim uderzył ją w głowę, i zapadła w ciemność.
* * *
Czekali aż do świtu, nim zaczęli, ale wtedy poświęcili jej mnóstwo czasu. Najpierw dali jej pić i nakarmili do syta, przemocą wlewając zimną polewkę i gorzko pachnącą wodę w usta. Starannie wybrali miejsce: na skraju obozowiska Sahrendey, na szczycie niewielkiego wzniesienia, z którego roztaczał się doskonały widok na całą dolinę. Starannie rozstawili stelaż. Trzy długie tyczki, związane z jednej strony i rozstawione w trójkąt niczym szkielet najprymitywniejszego namiotu. Tylko że teraz nie miały wisieć na nim zwierzęce skóry.
Key’la nie potrafiła rozpoznać przeznaczenia pęku rzemieni zakończonych hakami, który jej oprawcy wyciągnęli, gdy konstrukcja była już gotowa, i chyba trochę ich tym rozczarowała. Więc szybko rzucili ją twarzą do ziemi, przycisnęli, a potem... jeden z nich pochylił się i zaczął szybkimi, nadzwyczaj sprawnymi ruchami wbijać jej haki w plecy. Krzyknęła, zaskoczona, gdy pierwsze ostrze przebiło skórę i wyszło na zewnątrz, ale zaraz zacisnęła zęby. Nie. Nie będzie szlochać i płakać.
Wbili jej cztery ostrza w plecy, na wysokości łopatek, odwrócili i wbili następne cztery na piersi. Postawili ją na odwróconym cebrze pośrodku rusztowania, przerzucili pęk rzemieni przez szczyt tyczek i – a wtedy wiedziała już, co zrobią, choć wyobraźnia cofała się przed oczywistością – wykopali jej podporę spod stóp.
Szarpnięcie było miękkie, mniej bolesne, niż się spodziewała, a uczucie unoszenia się w powietrzu na tyle niezwykle, że prawie mogła zignorować ból.
Jeden z Se-kohlandczyków szturchnął ją, aż zakręciła się wokół własnej osi. Zacisnęła usta. Nie będzie krzyczeć.
Zaśmiali się tylko.
– Widzisz, sawenjo – odezwał się ten, który ją porwał. – Cała sztuczka polega na tym, żeby powiesić zwierzę tak, by jak najdłużej żyło. Widziałem raz, jak silny niewolnik dopiero po dziesięciu dniach przestał się ruszać, choć ptaki już po pięciu ucztowały na jego twarzy. Tobie daję trzy dni. Zostawię tu nawet ludzi, żebyś przedwcześnie nie nakarmiła wron swoimi oczami. Będziesz miała piękny widok.
Wskazał panoramę niecki. Grzbiety wzgórz, które miała teraz nieco po lewej, oświetlało już słońce, po prawej odległy o dwieście jardów obóz Sahrendey budził się do życia. Jeszcze jej nie zauważyli albo nie obchodziło ich, kogo Se-kohlandczycy wieszają o świcie. Dlaczego niby miałoby ich to obchodzić?
Za obozowiskiem koczowników niecka opadała łagodnie ku niebieszczącej się rzece. Szeroko rozlana, ciemna i spokojna.
– Twoi są już między wzgórzami, szli wczoraj przez cały dzień, potem rozbili obóz i wkrótce znów ruszą, prosto na ten bród. Bo to jedyny bród w okolicy, który przepuści taką karawanę. Już moglibyśmy ich zniszczyć, ale Ojciec Wojny przysłał rozkaz, by czekać z atakiem na jego przybycie. Chce osobiście dowodzić. Będziesz więc miała piękny widok na całą bitwę.
Koczownik mówił chrapliwie, zerkając co chwilę na obozowisko Sahrendey. Było jasne, że mógł wybrać sto innych miejsc, i że czeka na ich reakcję. Stała się zabawką, przedmiotem, który wyrywali sobie z rąk, byleby tylko dokuczyć pogardzanemu przeciwnikowi.
– Za to, co zrobiłaś jego synowi, mój druh chciałby cię zakopać żywcem w mrowisku. Nie mówię nie. – Uśmiechnął się oszczędnie, z wystudiowanym okrucieństwem. – Ale pomyślałem, że zrobimy to dopiero wtedy, gdy zostaniesz nad tą rzeką jako ostatnia ze swego parszywego plemienia, gdy już zobaczysz, jak spalimy wszystkie wasze wozy i zabijemy wszystkich twoich krewnych. Wtedy, jeśli będziesz jeszcze żyła, znajdziemy jakieś mrowisko.
Najwyraźniej bardzo, ale to bardzo chciał zobaczyć w jej oczach strach. Więc uśmiechnęła się tylko. Nee’wa uczyła ją od wielu lat, co to znaczy ostry język.
– Było dużo ochotników?
Zmarszczył brwi, zaskoczony.
– Oszalałaś ze strachu?
– Nie. – Pokręciła głową. – Pytam, czy do pilnowania mnie było wielu chętnych? Bo ci, którzy będą pilnować, nie pójdą do bitwy. I nie spotkają moich braci.
Przestał się uśmiechać, lecz ostrym warknięciem powstrzymał jednego ze swoich ludzi, który właśnie zamierzał się na nią rzemieniem.
– Dobrze. Bardzo dobrze. Nim umrzesz, każę ci wyrwać język i nakarmię nim swojego psa. Może zacznie głośniej szczekać. A teraz czekaj. Nim minie południe, powinnaś zobaczyć pierwsze wozy. Wpuścimy je tu, pozwolimy zobaczyć rzekę, a potem wszystkie spalimy. I wtedy znajdę dla ciebie mrowisko.
Ruszył i znikł za jej plecami. Jeden z jego ludzi został, chwilę przypatrywał się dziewczynie z namysłem, po czym usiadł, oparł plecami o jedną z tyczek i zamknął oczy.