Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
— Nigdzie nie jest bezpiecznie. — Jest zmęczony; ta usmarowana anielska twarz, zwisające w strąkach włosy. Josh wyglądał na przerażonego, chociaż to jego instynkty ocaliły ich spod ognia. Tworzyli parę, z której jeden znał teren, a drugi miał prawidłowe odruchy; dla Maziana stanowili trudny do rozgryzienia problem. — Strzelano już kiedyś do ciebie? — zapytał go. — Nie chodzi mi o statek… z bliska? Przypomina ci się coś?
— Nie pamiętam.
— Naprawdę?
— Powiedziałem, że nie pamiętam.
— Znam stację. Każdą dziurę, każde przejście; i jeśli znowu zaczną kursować promy, jeśli jakiekolwiek statki zaczną latać do kopalń i z powrotem, przedostaniemy się za pomocą tych kart w pobliże doków, wmieszamy się w brygadę ładowaczy, wejdziemy na statek…
— I dokąd polecimy?
— Na Podspodzie. Albo do kopalń pozaplanetarnych. W żadnym z tych miejsc nikt o nic nie pyta. — To była mrzonka. Wymyślił ją, żeby pocieszyć siebie i Josha. — A może Mazian zadecyduje, że nie może się tu dalej trzymać. Może po prostu odleci.
— Jeśli to zrobi, najpierw wysadzi wszystko w powietrze. Zniszczy stację, a razem z nią instalacje na Podspodziu. Czy wycofując się pozostawiłby Unii bazę, którą mogłaby wykorzystać przeciwko niemu?
Damon zachmurzył się słysząc z ust Josha prawdę, z której zdawał sobie przecież sprawę.
— A masz lepszy pomysł, co robić dalej?
— Nie.
— Mogę się ujawnić, negocjować w sprawie przywrócenia do władzy, ewakuowania ze stacji…
— Wierzysz w to?
— Nie — przyznał. Tę możliwość też już odrzucił. — Nie.
Światło zgasło. Komputer odciął im zasilanie. Tylko wentylacja działała nadal.
— Ależ nie ma potrzeby — powiedział cicho Porey; jego pokryta bliznami twarz była nieprzenikniona. — Pańska obecność nie jest tu już potrzebna, panie Lukas. Spełnił pan swój obywatelski obowiązek. Niech pan teraz wraca do swojego mieszkania. Jeden z moich ludzi zadba o to, aby dotarł pan tam bezpiecznie.
Jon rozejrzał się po centrum dowodzenia obstawionym przez żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami i oczyma utkwionymi w technikach z nowej zmiany, którzy zasiadali właśnie za pulpitami; dotychczasowa zmiana udała się pod strażą na spoczynek. Zebrał się w sobie, żeby wydać polecenia szefowi obsługi komputera i urwał w pół słowa, widząc jak żołnierz z głuchym chrzęstem pancerza opuszcza precyzyjnym ruchem karabin.
— Panie Lukas — powiedział Porey — ludzi rozstrzeliwuje się za ignorowanie rozkazów.
— Jestem zmęczony — wyjąkał nerwowo. — Z przyjemnością odejdę, sir. Niepotrzebna mi eskorta.
Porey skinął ręką. Jeden z żołnierzy stojących przy drzwiach wykonał sprężysty zwrot w miejscu i czekał na niego. Przepuścił Jona przodem, a kiedy znaleźli się na korytarzu, zrównał się z nim; chcąc nie chcąc, Jon musiał przystać na jego towarzystwo. Mijali po drodze innych żołnierzy znowu rozstawionych na posterunkach w spokojnym już, noszącym ślady niedawnych zamieszek niebieskim jeden.
Dokowały dalsze jednostki Floty. Cofnęli się zacieśniając perymetr i w końcu zdecydowali się wejść do doków, co wydawało się Jonowi niedopuszczalnym błędem w sztuce wojennej, ryzykiem, którego powodów nie rozumiał. Ryzyko Maziana stawało się teraz jego ryzykiem. Ryzykiem Pell, bo Mazian wrócił.
Może, pomyślał ze zgrozą, Unia została pobita. Może utrzymywano coś w tajemnicy. Może nastąpi opóźnienie w przejęciu stacji przez Unię. Myśl, że rządy Maziana mogą się przeciągnąć, napawała go niepokojem.
Nagle z windy zatrzymującej się przed nimi w niebieskim jeden wysiadła grupka żołnierzy, żołnierzy noszących inne insygnia. Zastąpili mu drogę i pokazali eskortującemu go żołnierzowi jakąś karteczkę.
— Pójdziesz z nami — zwrócił się do Jona jeden z nich. — Kapitan Porey kazał mi… — zaprotestował, ale drugi z żołnierzy dźgnął go pod żebra lufą karabinu i popchnął w stronę windy. Europa, przeczytał na naszywkach. Żołnierze z Europy. A więc przybył sam Mazian.
— Dokąd idziemy? — spytał przerażony. Żołnierz z Afryki został w niebieskim jeden. — Dokąd mnie zabieracie?
Nie doczekał się odpowiedzi. Celowo udawał zastraszonego. Wiedział, dokąd się udają… i jego podejrzenia potwierdziły się, kiedy wysiedli z kabiny w dokach i skierowali się do oświetlonego rękawa przejściowego statku stojącego w doku.
Nigdy jeszcze nie był na pokładzie statku wojennego. Pomimo wymiarów zewnętrznych było tutaj ciasno jak na frachtowcu. Ta ciasnota przyprawiała go o klaustrofobię. Karabiny w rękach postępujących za nim żołnierzy wcale nie poprawiały mu samopoczucia i kiedy tylko się zawahał, skręcając w lewo i wsiadając do windy, otrzymał szturchańca lufą w plecy. Było mu niedobrze ze strachu.
Wiedzieli, że jego mózg wciąż pracuje. Starał się wmówić sobie, że to wojskowe honory, że Mazian pragnie się spotkać z nowym komendantem stacji, że Mazian blefuje albo chce go nastraszyć. Ale z tego miejsca mogli robić, co im się żywnie podobało. Mogli wypchnąć go w próżnię zsypem na śmieci i nikt by go nie odróżnił wśród tysięcy dryfujących tam teraz zamarzniętych na kość ciał, stanowiących plagę dla zgarniaczy oczyszczających sąsiedztwo stacji, które musiały zamrażać je w pęczki i wyrzucać dalej w kosmos. Co za różnica. Usiłował wziąć się w garść zdając sobie sprawę, że albo uda mu się teraz, albo wszystko skończone.
Wypchnęli go z windy na korytarz obstawiony żołnierzami i wprowadzili do kabiny szerszej od większości innych pomieszczeń na statku, gdzie pośrodku stał okrągły stół otoczony pustymi fotelami. Kazali mu usiąść w jednym z tych foteli, a sami stanęli wyczekująco z karabinami przewieszonymi przez ramię.
Wszedł Mazian. Ubrany był w prosty, ciemnozielony skafander, twarz miał wymizerowaną. Jon podniósł się z szacunkiem z miejsca; Conrad Mazian dał mu ręką znak, że może usiąść. Do pomieszczenia weszło jeszcze paru ludzi, którzy zajęli swoje miejsca przy stole. Żaden z nich nie był kapitanem — sami oficerowie Europy. Jon rzucał ukradkowe spojrzenia na każdego po kolei.
— Panie tymczasowy komendancie stacji — odezwał się cichym głosem Mazian. — Panie Lukas, co się stało z Angelo Konstantinem?
— Nie żyje — powiedział Jon starając się stłumić wszystkie swoje reakcje oprócz tych niewinnych. — Wichrzyciele wdarli się do biur stacji. Zabili jego i wymordowali cały personel.
Mazian patrzył na niego nieruchomym wzrokiem milcząc wymownie. Jon zaczął się pocić.
— Podejrzewamy — ciągnął dalej Jon starając się odgadnąć myśli kapitana — że mógł to być jakiś spisek, uderzenie na inne biura, otwarcie drzwi w Q, zgranie tych wszystkich wypadków w czasie. Prowadzimy śledztwo.
— Co ustaliliście?
— Jeszcze nic. Podejrzewamy obecność agentów Unii, którzy przeniknęli w jakiś sposób na stację podczas przyjmowania uchodźców. Niektórych przepuszczono, może w Q pozostali jacyś ich przyjaciele albo krewni. Na razie jest dla nas zagadką, jak zdołali nawiązać kontakty. Podejrzewamy o współudział strażników… powiązania z czarnym rynkiem.
— Ale niczego konkretnego jeszcze nie ustaliliście?
— Jeszcze nie.
— I nie ustalicie tego w najbliższym czasie, prawda, panie Lukas?
Serce zaczęło mu bić w przyśpieszonym tempie. Nie dopuszczał na twarz przerażenia; miał nadzieję, że mu się to udaje.
— Przepraszam za to zaniedbanie, kapitanie, ale mieliśmy sporo roboty z tłumieniem zamieszek, z usuwaniem szkód… ostatnio pracujemy pod rozkazami pańskich kapitanów Mallory i…