Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Zdaje się, że jak dotąd dobrze się nim zajmują — powiedziała niepewnie ciemnowłosa.
— Ale będzie pani miała również okazję zaproponować sprzedaż innym zainteresowanym stronom — rzekł admirał, marszcząc brwi. — Ostrzegam panią, że w tej sprawie może wybuchnąć wojna przetargowa. To bardzo możliwe.
— Ma pan w ręku silny argument, który zabezpiecza pańskie interesy, admirale. Nikt inny w Obszarze Jacksona nie ma tego, czego chcę. Pan ma. I vice versa. Jesteśmy chyba skazani na zawarcie umowy.
Z ust Jacksończyka nie można było usłyszeć lepszej zachęty. Zgódź się, zawrzyj tę umowę! — pomyślał, a potem zastanowił się: właściwie, z jakiego powodu? Po co ci ludzie chcieli go zabrać? Na zewnątrz wiatr wzbił w górę chmurę śniegu. Biały tuman zabębnił w okna.
Zabębnił w okna…
Lilly zaraz po nim zorientowała się, co się dzieje. Jej ciemne oczy otworzyły się szerzej. Nikt inny jeszcze nie spostrzegł, że deszcz lodowych drobinek nagle ustał. Odwrócił głowę od okna, napotykając zaskoczone spojrzenie Lilly, która otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć.
Okno eksplodowało do wewnątrz.
Szybę wykonano ze szkła bezodpryskowego; zamiast ostrych odłamków posypała się na nich kaskada gorących maleńkich grudek. Obydwie Dendarianki zerwały się na równe nogi, Lilly krzyknęła, a Hawk skoczył, żeby zasłonić ją własnym ciałem, z ogłuszaczem w dłoni, który pojawił się nie wiadomo skąd. Za oknem zawisł jakiś wielki autolot: do pokoju wskoczył jeden, potem, drugi, trzeci… czterech żołnierzy. Pod przezroczystymi bio — powłokami mieli kombinezony chroniące przed ogniem porażaczy nerwów; ich twarze zasłaniały kaptury i gogle. Serie z ogłuszacza Hawka rozbijały się z trzaskiem o pancerze, nie robiąc intruzom żadnej krzywdy.
Więcej zdziałasz, jeśli rzucisz w nich tym cholernym ogtuszaczem! Rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu jakiejś broni: noża, krzesła, nogi od stołu, czegokolwiek, czym mógłby rzucić w na pastników. Z komunikatora kieszonkowego jednej z Dendarianek odezwał się stłumiony kobiecy głos, który krzyczał:
— Quinn, tu Elena. Coś właśnie opuściło osłonę siłową budynku. Mam na odczytach duże wyładowania energii — co się tam dzieje, u diabła? Potrzebujecie wsparcia?
— Tak! — wrzasnęła impulsywna, uskakując przed wiązką z ogłuszacza, która z trzaskiem goniła ją po dywanie. Bawią się w berka. A więc chcieli ich wziąć żywcem, a nie zabić. Hawk wreszcie poszedł po rozum do głowy, uniósł okrągły stół i zrobił szeroki zamach. Udało mu się trafić jednego z żołnierzy, ale inny położył go wiązką z ogłuszacza. Lilly stała zupełnie nieruchomo i milczała. Podmuch zimnego wiatru załopotał nogawkami jej szerokich spodni. Nikt do niej nie celował.
— Który to Naismith? — zadudnił wzmocniony głos jednego z opancerzonych napastników. Trójka Dendarian musiała chyba przystąpić do pertraktacji bez broni; ciemnowłosa zwarła się z przeciwnikiem. Nie pozostał mu żaden wybór. Chwycił Rowan za rękę i zrobił unik, a następnie, kryjąc się za krzesłem, ruszył do rury windowej.
— Brać obu — zawołał dowódca, przekrzykując hałas. Jeden z żołnierzy skoczył w kierunku wyjścia, by odciąć im drogę ucieczki; kiedy odnalazł bliski cel, w świetle mrugnął prostokątny wylot jego ogłuszacza.
— Niedoczekanie! — ryknął admirał, z impetem rzucając się na żołnierza, który zachwiał się, tracąc z muszki cel. Kiedy razem z Rowan znikali w rurze windowej, dojrzał jeszcze, jak wiązka z ogłuszacza dowódcy trafia admirała w głowę. Obie Dendarianki też zostały ogłuszone.
Zjeżdżali nieznośnie wolno. Gdyby on i Rowan mogli się dostać do generatora zasłony siłowej, może włączyliby jaz powrotem i uwięzili napastników w środku? Ścigał ich skwierczący ogień ogłuszaczy, odbijając się świetliście od ścian. Jakimś cudem odwrócili się w powietrzu, szczęśliwie lądując na nogach, po czym wycofali się do korytarza. Nie było czasu na wyjaśnienia. Chwycił Rowan za rękę, którą przycisnął do czytnika dłoni w zamku, wduszając łokciem wyłącznik zasilania. Żołnierz, który ich gonił, wrzasnął i spadł z wysokości trzech metrów.
Skrzywił się na dźwięk głuchego łomotu, a potem pociągnął Rowan w głąb korytarza.
— Gdzie są generatory? — zawołał przez ramię. Zewsząd zbiegały się zatrwożone Durony. Z przeciwległego końca korytarza wypadło dwóch ludzi straży Domu Fell w zielonych mundurach, kierowali się w stronę rury windowej prowadzącej na ostatnie piętro. Po której stronie walczą? Wciągnął Rowan za najbliższe otwarte drzwi.
— Zamknij! — wydyszał. Posłusznie wcisnęła blokadę zamka. Byli w apartamencie jakiejś Durony. Znalazłszy się w ślepym zaułku, nie mogli wprawdzie kontynuować ucieczki, lecz odsiecz już chyba nadciągała. Nie wiadomo tylko, która strona otrzyma wsparcie. Cos właśnie opuściło osłonę siłową budynku… Od wewnątrz. Ekran można było opuścić tylko od wewnątrz. Zgiął się wpół, chwytając z trudem powietrze. Płuca paliły, serce waliło jak oszalałe, ból rozsadzał klatkę piersiową, a przed oczami tańczyły ciemne kręgi. Mimo to dowlókł się do okna, próbując ocenić sytuację. Zza ściany, za którą znajdował się korytarz, dobiegały przytłumione okrzyki i dudnienie.
— Jak tym draniom udało się wyłączyć zasłonę siłową? — wyrzęził, łapiąc się parapetu. — Nie słyszałem żadnej eksplozji. Ktoś zdradził?
— Nie wiem — odrzekła z troską w głosie Rowan. — To zewnętrzna ochrona, która należy do ludzi Fella.
Spojrzał na przysypany śniegiem plac parkingowy obok Obszaru. Biegało tam kilku innych mężczyzn w zielonych strojach, nawołując się, wskazując w górę, chowając się za zaparkowanym pojazdem i próbując wycelować wyrzutnię pocisków. Inny strażnik gwałtownie machał rękami, starając się ich powstrzymać; gdyby chybili, pocisk mógłby trafić w piętro i zabić wszystkich. Skinęli głowami i czekali.
Wciągając szyję i przyklejając twarz do szyby, próbował spojrzeć jak najdalej w lewo, w górę. Opancerzony autolot nadal wisiał przy oknie.
Napastnicy zaczęli się już wycofywać. Niech to szlag! Nie było szans włączyć osłony siłowe j. Jestem za wolny. Autolot zadygotał, gdy żołnierze w pośpiechu wsiadali z powrotem na pokład. Mignęły ręce, podające małą postać w szarym stroju, która przez moment znalazła się sześć pięter nad betonem. Bezwładny żołnierz także został wciągnięty do pojazdu. Nie zostawiali żadnych rannych, których można by później przesłuchać. Rowan, zaciskając zęby, odciągnęła go od okna.
— Zejdź z linii ognia!
Opierał się.
— Odlatują! — zaprotestował. Powinniśmy walczyć z nimi teraz, dopóki są na naszym terenie…
Z dołu poderwał się drugi autolot, wyłonił się zza starej ściany Obszaru. Mały cywilny model, nieuzbrojony i nieopancerzony, dzielnie nabierał wysokości. Przez przezroczysty dach dostrzegł niewyraźnie jakąś postać w szarym mundurze, która siedziała za sterami; błysnęły zaciśnięte zęby. Opancerzony pojazd napastników odchylił się i oddalił od okna. Autolot Dendarian próbował go staranować, by zmusić do lądowania. Trysnęły iskry, trzasnął plastik i zgrzytnął metal, lecz opancerzony autolot umknął, a mały pojazd zawirował jak bąk i wylądował na drodze z potwornym trzaskiem.
— Założę się, że wynajęty — jęknął, obserwując całą scenę. — Będą musieli zapłacić. Niezły manewr, prawie się udał. — Rowan! Czy któreś z tych autolotów na dole należą do was?
— To znaczy, do grupy? Tak, ale…
— Daj spokój. Musimy zejść.