Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 253
Перейти на страницу:

— Lio… — Tym razem odezwała się Cord. — Mnóstwo ludzi tutaj nosi broń. Rozumiem, skąd to nieporozumienie, ale uwierz mi, Estemard nie zamierzał do was strzelać.

Nikt się nie odezwał.

— Dajcie spokój, smutasy… — ciągnęła Cord. — Czas na piknik.

— Piknik? — zdziwiłem się.

— Po zakończeniu nabożeństwa urządzamy wspólne gotowanie na placu przed arką — wyjaśnił Estemard. — Jeśli tylko pogoda dopisze.

Interwencja Cord wyraźnie podniosła go na duchu.

Wyjrzałem na dwór i napotkałem spojrzenie stojącego na patio Arsibalta. Uniósł brwi.

Tak. Estemard został deolatrą.

Mieszkając w koncencie, wyobrażaliśmy sobie dzikusów jako długowłosych nieokrzesańców. Estemard wyglądał jak emerytowany chemik, który wybrał się na jednodniową wycieczkę za miasto.

Otaksował mnie wzrokiem.

— Ty musisz być Erasmas — stwierdził, jakby to coś wyjaśniało.

Odetchnął głęboko i otrząsnął się z resztek szoku, jakiego doznał, gdy Lio pomógł mu się wyciągnąć na podłodze.

— Dobrze. Zapraszam wszystkich na piknik. Musicie mi tylko obiecać, że nie będziecie nikogo napastować. — Widząc, jak sprzeciw pomalutku toruje sobie drogę z mojego mózgu do twarzy i ust, uśmiechnął się i dodał: — Przynajmniej dopóki sami nie zostaniecie napadnięci, ale to wydaje mi się mało prawdopodobne. Tutejsi ludzie są bardziej tolerancyjni wobec deklarantów niż deklaranci wobec nich.

— Gdzie jest Orolo?

Fraa Jaad, cały czas zwrócony do nas plecami i w tej chwili oglądający z bliska zdjęcia kopalni odkrywkowej, zaskoczył nas wszystkich swoim głębokim, wpadającym w infradźwięki basem:

— Udał się na północ.

Na twarzy Estemarda odmalowało się zdumienie, ale po chwili znów się uśmiechnął, gdy dotarło do niego, jak tysięcznik się tego domyślił.

— Fraa Jaad ma rację.

— Weźmiemy udział w tym… pikniku — oznajmił fraa Jaad, wymawiając fluksyjskie słowo ostrożnie, jakby chwytał je pęsetą. — Lio, Erasmas i ja pojedziemy na końcu, z Ganelialem Crade’em.

Polecenie Jaada przeciekło na patio i ludzie zawrócili do pojazdów. Lio wyjął magazynek z pistoletu i oddał jedno i drugie — osobno — Estemardowi, który zawahał się, ale w końcu wyszedł razem z Criscanem. Gdy tylko zniknęli za furtką, fraa Jaad zaczął zdejmować poprzypinane do ścian arkusze. Lio i ja pospieszyliśmy z pomocą, oddając mu cały plon. Większość fototypów zostawił w spokoju: zebrał tylko te przedstawiające dziurę w ziemi i podał je mnie.

Następnie wyszedł do klauzury, upchnął wszystkie arkusze w koksowniku i wyjął z szafki zapałki.

— Z napisu na etykiecie wnoszę, że to wytwór praksis służący do rozpalania ognia — powiedział.

Pokazaliśmy mu, jak używać zapałek, a wtedy on podpalił arkusze Orola. Staliśmy nad koksownikiem do samego końca, aż wszystkie spłonęły. Fraa Jaad rozgarnął popiół patykiem.

— Czas na piknik — stwierdził.

Zjeżdżając spiralą z kopca (i telepiąc się na skrzyni pojazdu Crade’a jak butelki w skrzynce), od czasu do czasu spoglądaliśmy w dół, gdzie na zielonym placyku w środku osady przygotowania szły pełną parą. Wyglądało na to, że mieszkańcy Sambie traktują swoje pikniki równie poważnie jak nabożeństwa.

Fraa Jaad siedział pogrążony w myślach i nie odzywał się prawie przez całą drogę. Dojeżdżaliśmy do Sambie, kiedy zabębnił pięścią w dach szoferki i po orthyjsku poprosił Crade’a o krótki postój. Crade odparł (łamanym, naprawdę barbarzyńsko brzmiącym orthyjskim), że chętnie zaczeka.

Nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś taki jak Crade może znać nasz język — ale miało to sens. Antybazyjczycy nie ufali kapłanom i innym pośrednikom; uważali, że każdy powinien sam studiować święte pisma. Najczęściej ograniczali się do czytania fluksyjskich przekładów, ale nietrudno było sobie wyobrazić, że jakaś wyjątkowo zagorzała i odosobniona sekta — taka jak mieszkańcy Sambie — zgłębiła klasyczny orthyjski specjalnie w tym celu, żeby nie składać swoich nieśmiertelnych dusz w ręce tłumaczy.

Fraa Jaad kazał mi wysiąść. Zeskoczyłem z tyłu i pomogłem mu zejść ze skrzyni — głównie po to, żeby okazać mu szacunek, bo wcale nie potrzebował mojej pomocy. Przeszliśmy może ze sto kroków, do zakrętu, skąd roztaczał się wyjątkowo piękny widok na pustynny płaskowyż i piętrzące się za nim, na północy, góry, nadal upstrzone płatami śniegu i plamami cienia rzucanego przez chmury.

— Tak musiał się czuć Protas, spoglądając z góry na Ethras — powiedział fraa Jaad.

Uśmiechnąłem się, ale nie roześmiałem. Wielu uważało prace Protasa za naiwne, wzmianki o nich zwykle brzmiały kpiąco i ironicznie, ale moda na całkowite ich odrzucenie przychodziła i odchodziła już chyba ze sto razy i nie sposób było powiedzieć, co myśli o nich fraa, którego matem przez ostatnie sześćset dziewięćdziesiąt lat był zamknięty na cztery spusty. Im dłużej tak stałem, przyglądałem mu się i podążając za jego spojrzeniem, podziwiałem grę światła i cienia na górskich zboczach, tym bardziej się cieszyłem, że udało mi się powstrzymać niemądry chichot.

— Jak sądzisz, co widział Orolo, kiedy patrzył stąd na góry? — zapytał fraa Jaad.

— Umiał docenić piękno — odparłem. — Uwielbiał oglądać panoramę z gwiezdnego kręgu.

— I myślisz, że widział w niej piękno? To bezpieczna odpowiedź, bo widok rzeczywiście jest urokliwy. Ale o czym myślał? Jakie związki dostrzegał dzięki pięknu?

— Nie wiem, co odpowiedzieć.

— Nie odpowiadaj. Zapytaj.

— A tak konkretnie… co chcesz, żebym zrobił?

— Idź na północ. Pójdź za Orolem i go znajdź.

— Tredegarh znajduje się na południowy wschód stąd.

— Tredegarh… — powtórzył takim głosem, jakbym obudził go ze snu o tamtym miejscu. — Tam pojedziemy po pikniku, ja i cała reszta.

— Wystarczająco nagiąłem reguły, upierając się przy dotarciu tutaj — przypomniałem mu. — Straciliśmy cały dzień…

— Cały dzień. Cały jeden dzień!

Tysięcznikowi musiało się wydać zabawne, że tak się przejmuję stratą jednego dnia.

— Gonitwa za Orolem może potrwać miesiące — mówiłem dalej. — Za takie spóźnienie do Tredegarhu mogę zostać odrzucony. A na pewno każą mi przeczytać dalsze rozdziały.

— Do którego doszedłeś?

— Do piątego.

— Do dziewiątego.

Najpierw pomyślałem, że mnie poprawia. Potem zląkłem się, że wydaje na mnie wyrok. Aż w końcu dotarło do mnie, że to on przeczytał dziewięć rozdziałów.

Musiało mu to zająć lata.

Ale dlaczego? W co takiego się wpakował?

Czy przez Księgę postradał zmysły?

Jeśli jednak był szalony albo niereformowalny, to dlaczego został powołany? Dlaczego właśnie on, a nie jakiś inny tysięcznik? I dlaczego po voco jego bracia i siostry śpiewali mu na pożegnanie tak, jakby ktoś wyrwał im serce z piersi?

— Mam mnóstwo pytań — powiedziałem.

— Najskuteczniejszym sposobem na znalezienie odpowiedzi będzie wędrówka na północ.

Otworzyłem usta, żeby powtórzyć swój wcześniejszy sprzeciw, ale uciszył mnie gestem.

— Dołożę wszelkich starań, żebyś nie został ukarany.

Nie rozumiałem, jak to możliwe, żeby miał takie wpływy na konwoksie, ale zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć mu to prosto w oczy. A skoro stchórzyłem, mogłem zakończyć tę rozmowę tylko w jeden sposób.

— Dobrze — zgodziłem się. — Po pikniku wyruszę na północ. Chociaż nie rozumiem, co to właściwie znaczy…

1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)