Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Lio… — Tym razem odezwała się Cord. — Mnóstwo ludzi tutaj nosi broń. Rozumiem, skąd to nieporozumienie, ale uwierz mi, Estemard nie zamierzał do was strzelać.
Nikt się nie odezwał.
— Dajcie spokój, smutasy… — ciągnęła Cord. — Czas na piknik.
— Piknik? — zdziwiłem się.
— Po zakończeniu nabożeństwa urządzamy wspólne gotowanie na placu przed arką — wyjaśnił Estemard. — Jeśli tylko pogoda dopisze.
Interwencja Cord wyraźnie podniosła go na duchu.
Wyjrzałem na dwór i napotkałem spojrzenie stojącego na patio Arsibalta. Uniósł brwi.
Tak. Estemard został deolatrą.
Mieszkając w koncencie, wyobrażaliśmy sobie dzikusów jako długowłosych nieokrzesańców. Estemard wyglądał jak emerytowany chemik, który wybrał się na jednodniową wycieczkę za miasto.
Otaksował mnie wzrokiem.
— Ty musisz być Erasmas — stwierdził, jakby to coś wyjaśniało.
Odetchnął głęboko i otrząsnął się z resztek szoku, jakiego doznał, gdy Lio pomógł mu się wyciągnąć na podłodze.
— Dobrze. Zapraszam wszystkich na piknik. Musicie mi tylko obiecać, że nie będziecie nikogo napastować. — Widząc, jak sprzeciw pomalutku toruje sobie drogę z mojego mózgu do twarzy i ust, uśmiechnął się i dodał: — Przynajmniej dopóki sami nie zostaniecie napadnięci, ale to wydaje mi się mało prawdopodobne. Tutejsi ludzie są bardziej tolerancyjni wobec deklarantów niż deklaranci wobec nich.
— Gdzie jest Orolo?
Fraa Jaad, cały czas zwrócony do nas plecami i w tej chwili oglądający z bliska zdjęcia kopalni odkrywkowej, zaskoczył nas wszystkich swoim głębokim, wpadającym w infradźwięki basem:
— Udał się na północ.
Na twarzy Estemarda odmalowało się zdumienie, ale po chwili znów się uśmiechnął, gdy dotarło do niego, jak tysięcznik się tego domyślił.
— Fraa Jaad ma rację.
— Weźmiemy udział w tym… pikniku — oznajmił fraa Jaad, wymawiając fluksyjskie słowo ostrożnie, jakby chwytał je pęsetą. — Lio, Erasmas i ja pojedziemy na końcu, z Ganelialem Crade’em.
Polecenie Jaada przeciekło na patio i ludzie zawrócili do pojazdów. Lio wyjął magazynek z pistoletu i oddał jedno i drugie — osobno — Estemardowi, który zawahał się, ale w końcu wyszedł razem z Criscanem. Gdy tylko zniknęli za furtką, fraa Jaad zaczął zdejmować poprzypinane do ścian arkusze. Lio i ja pospieszyliśmy z pomocą, oddając mu cały plon. Większość fototypów zostawił w spokoju: zebrał tylko te przedstawiające dziurę w ziemi i podał je mnie.
Następnie wyszedł do klauzury, upchnął wszystkie arkusze w koksowniku i wyjął z szafki zapałki.
— Z napisu na etykiecie wnoszę, że to wytwór praksis służący do rozpalania ognia — powiedział.
Pokazaliśmy mu, jak używać zapałek, a wtedy on podpalił arkusze Orola. Staliśmy nad koksownikiem do samego końca, aż wszystkie spłonęły. Fraa Jaad rozgarnął popiół patykiem.
— Czas na piknik — stwierdził.
Zjeżdżając spiralą z kopca (i telepiąc się na skrzyni pojazdu Crade’a jak butelki w skrzynce), od czasu do czasu spoglądaliśmy w dół, gdzie na zielonym placyku w środku osady przygotowania szły pełną parą. Wyglądało na to, że mieszkańcy Sambie traktują swoje pikniki równie poważnie jak nabożeństwa.
Fraa Jaad siedział pogrążony w myślach i nie odzywał się prawie przez całą drogę. Dojeżdżaliśmy do Sambie, kiedy zabębnił pięścią w dach szoferki i po orthyjsku poprosił Crade’a o krótki postój. Crade odparł (łamanym, naprawdę barbarzyńsko brzmiącym orthyjskim), że chętnie zaczeka.
Nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś taki jak Crade może znać nasz język — ale miało to sens. Antybazyjczycy nie ufali kapłanom i innym pośrednikom; uważali, że każdy powinien sam studiować święte pisma. Najczęściej ograniczali się do czytania fluksyjskich przekładów, ale nietrudno było sobie wyobrazić, że jakaś wyjątkowo zagorzała i odosobniona sekta — taka jak mieszkańcy Sambie — zgłębiła klasyczny orthyjski specjalnie w tym celu, żeby nie składać swoich nieśmiertelnych dusz w ręce tłumaczy.
Fraa Jaad kazał mi wysiąść. Zeskoczyłem z tyłu i pomogłem mu zejść ze skrzyni — głównie po to, żeby okazać mu szacunek, bo wcale nie potrzebował mojej pomocy. Przeszliśmy może ze sto kroków, do zakrętu, skąd roztaczał się wyjątkowo piękny widok na pustynny płaskowyż i piętrzące się za nim, na północy, góry, nadal upstrzone płatami śniegu i plamami cienia rzucanego przez chmury.
— Tak musiał się czuć Protas, spoglądając z góry na Ethras — powiedział fraa Jaad.
Uśmiechnąłem się, ale nie roześmiałem. Wielu uważało prace Protasa za naiwne, wzmianki o nich zwykle brzmiały kpiąco i ironicznie, ale moda na całkowite ich odrzucenie przychodziła i odchodziła już chyba ze sto razy i nie sposób było powiedzieć, co myśli o nich fraa, którego matem przez ostatnie sześćset dziewięćdziesiąt lat był zamknięty na cztery spusty. Im dłużej tak stałem, przyglądałem mu się i podążając za jego spojrzeniem, podziwiałem grę światła i cienia na górskich zboczach, tym bardziej się cieszyłem, że udało mi się powstrzymać niemądry chichot.
— Jak sądzisz, co widział Orolo, kiedy patrzył stąd na góry? — zapytał fraa Jaad.
— Umiał docenić piękno — odparłem. — Uwielbiał oglądać panoramę z gwiezdnego kręgu.
— I myślisz, że widział w niej piękno? To bezpieczna odpowiedź, bo widok rzeczywiście jest urokliwy. Ale o czym myślał? Jakie związki dostrzegał dzięki pięknu?
— Nie wiem, co odpowiedzieć.
— Nie odpowiadaj. Zapytaj.
— A tak konkretnie… co chcesz, żebym zrobił?
— Idź na północ. Pójdź za Orolem i go znajdź.
— Tredegarh znajduje się na południowy wschód stąd.
— Tredegarh… — powtórzył takim głosem, jakbym obudził go ze snu o tamtym miejscu. — Tam pojedziemy po pikniku, ja i cała reszta.
— Wystarczająco nagiąłem reguły, upierając się przy dotarciu tutaj — przypomniałem mu. — Straciliśmy cały dzień…
— Cały dzień. Cały jeden dzień!
Tysięcznikowi musiało się wydać zabawne, że tak się przejmuję stratą jednego dnia.
— Gonitwa za Orolem może potrwać miesiące — mówiłem dalej. — Za takie spóźnienie do Tredegarhu mogę zostać odrzucony. A na pewno każą mi przeczytać dalsze rozdziały.
— Do którego doszedłeś?
— Do piątego.
— Do dziewiątego.
Najpierw pomyślałem, że mnie poprawia. Potem zląkłem się, że wydaje na mnie wyrok. Aż w końcu dotarło do mnie, że to on przeczytał dziewięć rozdziałów.
Musiało mu to zająć lata.
Ale dlaczego? W co takiego się wpakował?
Czy przez Księgę postradał zmysły?
Jeśli jednak był szalony albo niereformowalny, to dlaczego został powołany? Dlaczego właśnie on, a nie jakiś inny tysięcznik? I dlaczego po voco jego bracia i siostry śpiewali mu na pożegnanie tak, jakby ktoś wyrwał im serce z piersi?
— Mam mnóstwo pytań — powiedziałem.
— Najskuteczniejszym sposobem na znalezienie odpowiedzi będzie wędrówka na północ.
Otworzyłem usta, żeby powtórzyć swój wcześniejszy sprzeciw, ale uciszył mnie gestem.
— Dołożę wszelkich starań, żebyś nie został ukarany.
Nie rozumiałem, jak to możliwe, żeby miał takie wpływy na konwoksie, ale zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć mu to prosto w oczy. A skoro stchórzyłem, mogłem zakończyć tę rozmowę tylko w jeden sposób.
— Dobrze — zgodziłem się. — Po pikniku wyruszę na północ. Chociaż nie rozumiem, co to właściwie znaczy…