Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 173
Перейти на страницу:

A śmierć uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej i sko­czy­ła mu na spo­tka­nie. Jej na pew­no nikt nie za­rzu­ci par­tac­twa.

Ma­gicz­ne świa­teł­ko zga­sło o wie­le szyb­ciej niż sko­wyt ka­pła­na.

Sa­kiew­ka peł­na węży

Dzień koń­czył się prze­pięk­nym za­cho­dem słoń­ca.

Był to je­den z tych za­cho­dów, kie­dy słoń­ce, to­nąc w mo­rzu, zda­je się pod­świe­tlać od spodu jego po­wierzch­nię, aż cały wid­no­krąg pło­nie róż­ny­mi od­cie­nia­mi szkar­ła­tu. Nie było wia­tru, ale po­wie­trze mia­ło prze­dziw­ny aro­mat, spra­wia­ją­cy, że lu­dzie od­dy­cha­li peł­ną pier­sią i uśmie­cha­li się mi­mo­wol­nie. Każ­dy uczci­wie pra­cu­ją­cy czło­wiek po­wie, że w taki wie­czór nie­wie­le jest rze­czy lep­szych niż ku­fel chłod­ne­go piwa w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół i słu­cha­nie plo­tek do póź­nej nocy.

Alt­sin opie­rał się o mur od­dzie­la­ją­cy Kla­we­lę od resz­ty mia­sta i pa­trzył w stro­nę mo­rza.

Po­ło­żo­na po­ni­żej Sta­ra Przy­stań, dziel­ni­ca ma­ry­na­rzy, ry­ba­ków i szkut­ni­ków, odzia­ła się w pur­pu­rę ostat­nich pro­mie­ni słoń­ca i wy­glą­da­ła na­praw­dę ład­nie. Bia­łe ścia­ny do­mów, ta­wern i ma­ga­zy­nów przy­bra­ły ko­lor sta­re­go wina, a cie­nie mię­dzy nimi wy­glą­da­ły jak po­cią­gnię­cia pędz­lem sza­lo­ne­go ma­la­rza. Ca­łość z pew­no­ścią war­ta była ob­ra­zu. Albo przy­naj­mniej szki­cu.

Zło­dziej nie miał w tej chwi­li nic wię­cej do ro­bo­ty poza po­dzi­wia­niem wi­do­ków. Od kil­ku­na­stu lat Wy­so­kie Mia­sto od­gra­dza­ło się od resz­ty Pon­kee-Laa mu­rem, do­bu­do­wu­jąc jego ko­lej­ne frag­men­ty w mia­rę, jak Rada zbie­ra­ła na nie pie­nią­dze. Hra­bio­wie i ba­ro­no­wie, za­rów­no ci ze sta­rych ro­dów, jak i no­wo­bo­gac­cy, któ­rzy ku­pi­li ty­tu­ły już po odej­ściu Im­pe­rium, naj­wy­raź­niej nie ży­czy­li so­bie, żeby ma­ry­na­rze, drob­ni kup­cy, ry­ba­cy i inna ho­ło­ta wcho­dzi­ła bez prze­szkód na ich pięk­ne uli­ce. A że Kla­we­la była dziel­ni­cą Wy­so­kie­go Mia­sta po­ło­żo­ną naj­bli­żej por­tu, jej mur był naj­wyż­szy i naj­le­piej strze­żo­ny.

Alt­si­no­wi nie po­zo­sta­wa­ło więc nic poza po­dzi­wia­niem gry świa­tła i cie­nia w po­ło­żo­nych ni­żej re­jo­nach mia­sta. Zresz­tą, je­śli w mie­ście ist­nia­ło coś bar­dziej re­gu­lar­ne­go niż wscho­dy i za­cho­dy słoń­ca, to był nim wła­śnie roz­kład dnia ba­ro­no­wej Le­wen­der. A to ozna­cza­ło, że lada mo­ment San­wes przej­dzie przez furt­kę w mu­rze.

W chwi­li, gdy to po­my­ślał, skrzyp­nę­ły za­wia­sy, roz­le­gło się uni­żo­ne „Mi­łe­go wie­czo­ru, pa­ni­czu” i mi­nę­ła go wy­so­ka, szczu­pła po­stać. Zło­dziej przez chwi­lę mie­rzył ją wzro­kiem, pa­trząc z mie­sza­ni­ną roz­ba­wie­nia i nie­sma­ku na ob­ci­słe, skó­rza­ne spodnie, je­dwab­ną ko­szu­lę, atła­so­wą pe­le­ryn­kę fan­ta­zyj­nie prze­rzu­co­ną przez ra­mię i ja­sne loki, w mod­nym nie­ła­dzie spa­da­ją­ce na ple­cy. Ba­wi­da­mek, psia­krew.

Alt­sin gwizd­nął na pal­cach i od­kle­ił się od muru. San­wes sta­nął, obej­rzał się przez ra­mię i wy­szcze­rzył dość głu­pio.

– Mam po­le­ce­nie od Gru­be­go. – Alt­sin nie ba­wił się w po­wi­ta­nia.

– Ooo? Przy­po­mniał so­bie o mnie?

– Przez trzy dni ra­czej cię nie za­po­mniał. Chodź, sią­dzie­my tam. – Alt­sin wska­zał naj­bliż­szy mu­rek. – Nie chcę, żeby zro­bi­ło się zbie­go­wi­sko, jak bę­dziesz pła­kał i szlo­chał.

Po­de­szli, usie­dli. Ja­sno­wło­sy za­ga­pił się przez chwi­lę na za­chód słoń­ca. Zło­dziej trą­cił go bez­ce­re­mo­nial­nie w bok.

– Masz wy­nieść się z mia­sta. Naj­szyb­ciej jak się da.

Jed­na brew pa­ni­czy­ka po­wę­dro­wa­ła w górę.

– Ale dla­cze­go? Prze­cież pie­nią­dze od­da­łem...

– I dla­te­go, że od­da­łeś, uwa­ża cię za jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi i przy­słał mnie. Flen­was De­ra­nys i cała gil­dia rzeź­ni­ków cię szu­ka.

– Po co?

– Cho­dzi o tę nową po­tra­wę. Na­zy­wa się pasz­tet z idio­ty, czy ja­koś tak. Zwłasz­cza z tego, któ­ry uwo­dzi cór­kę mi­strza gil­dii, po czym wie­sza jej bie­li­znę, taką z wy­szy­tym mo­no­gra­mem, na głów­nym słu­pie por­tu. De­ra­nys do­wie­dział się w koń­cu kto to.

Alt­sin z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wał, jak twarz San­we­sa na prze­mian bled­nie i czer­wie­nie­je.

– Jak znaj­dę tego, kto...

– To co? Ją też za­bi­jesz? Oj­czu­lek przy­ci­snął có­recz­kę, a ta wszyst­ko wy­śpie­wa­ła. Zwłasz­cza po tym, jak ro­ze­szła się plot­ka, że jej uko­cha­ne­go czo­chra już inna pani. Do­bra cho­ciaż jest, ta ba­ro­no­wa?

San­wes prych­nął z wyż­szo­ścią.

– Nie roz­ma­wiam o ta­kich spra­wach.

– Oczy­wi­ście. A po­wie­sze­nie bab­skiej hal­ki na środ­ku por­tu to prze­cież zu­peł­nie coś in­ne­go. He, he, he. Nikt nie lubi Flen­wa­sa, więc wszy­scy nie­źle się ob­śmia­li, bo do­brze jest na­pluć do zupy temu na­dę­te­mu bub­ko­wi, ale dla­cze­go wła­ści­wie to zro­bi­łeś?

Ja­sno­wło­sy opu­ścił wzrok.

– Za­ło­ży­łem się – wy­du­kał.

– Co?

– Za­ło­ży­łem się.

Alt­sin przez chwi­lę pró­bo­wał zło­wić jego spoj­rze­nie. Wresz­cie wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ce­tron nie miał ra­cji. Ty nie je­steś głu­pi jak becz­ka ze­psu­tych śle­dzi. Ty je­steś dur­ny jak becz­ka ze­psu­tych śle­dzio­wych głów. Nie py­tam, z kim się za­ło­ży­łeś ani o co, bo ża­den za­kład nie jest wart po­ćwiar­to­wa­nia. Wi­dzia­łeś rzeź­ni­cze to­po­ry i ta­sa­ki?

– Wi­dzia­łem.

– A Gru­by opo­wia­dał ci, jak Nes­bord­czy­cy pró­bo­wa­li zdo­być mia­sto, za­raz po tym, jak Im­pe­rium ode­szło na wschód? Po­dob­no tyl­ko raz za­ata­ko­wa­li mury w miej­scu, któ­re­go bro­ni­ła gil­dia rzeź­ni­ków. Zo­sta­wi­li tam stos tru­pów wy­so­ki na dwóch chło­pa, a tar­cze, heł­my i zbro­je za­bi­tych były tak po­nisz­czo­ne cio­sa­mi rzeź­ni­czych to­po­rów, że to wła­śnie one po­szły w Fii­landz­kim Po­dat­ku.

San­wes nie od­ry­wał wzro­ku od swo­ich bu­tów.

– Może sta­ry Flen­was da się ugła­skać? – mruk­nął wresz­cie ci­chut­ko.

– Może. Choć gdy ostat­nim ra­zem go wi­dzia­łem, bie­gał po mie­ście z ta­sa­kiem i wrzesz­czał: „Za­bi­ję su­cze­go syna! Za­tłu­kę gnoj­ka! Wy­pa­tro­szę ścier­wo!”. A ra­zem z nim bie­ga­ło ja­kichś dzie­się­ciu krew­nych. Je­śli chcesz, mo­żesz spró­bo­wać z nim po­ga­dać. – Zło­dziej szturch­nął go w bok tak, że ten omal nie spadł z mur­ku. – Dur­niu! On chciał wy­dać swo­ją pier­wo­rod­ną za naj­młod­sze­go syna ba­ro­na Fren­ne­sa Gol­ne­ha. Ba­ron nie ma pie­nię­dzy, tyl­ko dłu­gi, rzeź­nik nie ma ty­tu­łu, za to ma mnó­stwo pie­nię­dzy. Wy­da­nie cór­ki za sy­nal­ka sta­rej ary­sto­kra­cji uła­twi­ło­by mu sta­ra­nia o szla­chec­two. Nie wiem co praw­da, co tym wszyst­kim mi­strzom gil­dii się po­krę­ci­ło we łbach, ale te­raz każ­dy z nich chce mieć ty­tuł i miesz­kać w Wy­so­kim Mie­ście. Nie­waż­ne. W każ­dym ra­zie ty nie tyle zhań­bi­łeś jego kwia­tu­szek, ile znisz­czy­łeś jego ma­rze­nia, bo ba­ron ze­rwał za­rę­czy­ny, a De­ra­nys nie ma wię­cej có­rek na wy­da­niu.

1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)