Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Nie. Na pewno nie. Czarni niewolnicy nie pójdą na wschód. Nie, gdy kilkadziesiąt mil stąd otwiera im się droga do domu.
Po to właśnie tam była. By patrzeć i słuchać. Gdy Kahel-saw-Kirhu wspominał o dobiciu Hantara Sehrawina i ponownym roznieceniu powstania w Geghii Północnym, Uware Lew miał twarz jak wyrzeźbioną z mahoniu. Nawet brew mu nie drgnęła. A gdy padły słowa o porcie… przywódca Uawari Nahs mimowolnie, lekko, leciuteńko, pokręcił głową. Nie pójdą na wschód. Zresztą, co by im to dało? Przecież nie popłyną do Meekhanu, a późniejsza próba powrotu na zachodnią granicę Dalekiego Południa zapewne skończyłaby się rzezią.
— A pod Pomwe?
Ten błysk, który pojawił się w oku czarnego olbrzyma, gdy padła nazwa miasta.
— Pod Pomwe pójdą. Dla zemsty. I pewnie dla łupów. Ale potem… Zostawią ich. Przykro mi, kha-dar.
Uśmiechnął się tylko.
— Dlaczego? Pewnie wszyscy się tego spodziewają. Ale to znaczy, że pod Pomwe nasza Pani Płomieni spotka całą potęgę Krwawego Kahelle. Ponad sto tysięcy niewolników. A naprzeciw stanie ona i niedobitki Geghijczyków, które nie wiadomo, ile są warte i co zrobią.
— I my, kha-dar.
— No. I my. Tylko tym razem, jeśli los nie spłata nam figla, będziemy po drugiej stronie. Jako oficjalne poselstwo Imperium. Pamiętasz?
Wyobraziła to sobie. Czaardan. Dyplomatami. Dag obwieszona plemiennymi amuletami, mała i pyskata Lea, pleczysty Janne, nawet na największym koniu wyglądający, jakby dosiadał kuca, Kocimiętka z twarzą podrapaną i opuchniętą tak, że ledwo widział na oczy. I reszta. Zbieranina. Łachudry. Powsinogi odziane byle jak i uzbrojone w byle co.
— Coś cię śmieszy?
— Och, nic, kha-dar, zupełnie nic.
Uśmiechała się nawet wtedy, gdy po rozkulbaczeniu i oporządzeniu konia kładła się na zbyt krótką drzemkę.
Interludium
W zamian za truchło króla Północy oprócz łodzi ofiarowano mu także pelerynę z tuzina lisich futer i skórę morsa, bo aherom najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że można przeżyć na północy w habicie narzuconym na wełniane portki i koszulę. A może taka była teraz cena za wychudzonego niedźwiedzia? Nie pytał. Odzienie upchnął na dnie łodzi, ale przyjęcia kilku kawałków suszonego mięsa, nie większych niż mały palec, które próbowano mu wcisnąć, już odmówił. Nie mógłby ich przełknąć za nic w świecie. Nie po tym, co zobaczył w obozie.
Aherska łódź, zwana qaimu, okazała się konstrukcją ze skór rozpiętych na szkielecie z wielorybich kości, długą na dwadzieścia stóp, szeroką na sześć. Nawet gdyby nabrała wody, wszyte w burty worki wypełnione powietrzem zapewniały jej pływalność, a skórzany żagiel i prosty ster pozwalały dość sprawnie poruszać się wśród fal. Łódź miała na wyposażeniu nawet dwa wiosła, choć Altsin zamierzał z nich korzystać tylko w ostateczności.
W czasie przygotowań do drogi szaman poczęstował złodzieja opowieścią o łowach na wieloryby, które jego lud urządza z pokładów takich łodzi, o wbijaniu w ciała zwierząt harpunów, do których przywiązano pływaki z foczych skór, i o wskakiwaniu na grzbiety umierających olbrzymów, by dobić je ciosami włóczni. Skurczybyk obsesyjnie uczepił się myśli o sezonie polowań, który rozpocznie się już, lada chwila.
Altsin nie przerywał mu opowieści, bo po co? Obóz wyglądał tak źle, jak się tego spodziewał, na dodatek, co odkrył z pewnym zdziwieniem, odległa o trzy mile przełęcz, za którą aherowie mogliby szukać schronienia, została zablokowana. Czuł to. Żołnierze rozłożyli się tam obozem i umacniali podejście. Na razie nie więcej jak tysiąc ludzi, ale kolejne oddziały nadciągały już z co najmniej trzech stron. Nawet ten tysiąc wystarczyłby, by powstrzymać hordę szkieletów ledwo powłóczących nogami z głodu, ale widać Imperium bardzo nie życzyło sobie nieproszonych gości w swoich granicach, więc nie zamierzało ryzykować.
Jakim sposobem wyczuł tych żołnierzy? Skąd wiedział, ilu ich jest? Czy to jakiś szczególny instynkt odziedziczony po Bitewnej Pięści obdarzał go taką wiedzą, czy też może – choć wolałby, by nie okazało się to prawdą – wśród żołnierzy byli czciciele Reagwyra, więc po prostu słyszał ich modlitwy i prośby? Z drugiej strony, odcięcie się od mentalnego szumu dochodzącego z przełęczy nie było trudne. Wystarczyło, że skupił się na czymkolwiek, a nacisk w głowie bladł i znikał.
Tak jak robił to teraz, gdy potrzebował pełnej koncentracji i całego doświadczenia, by sterować łodzią. Qaimu mimo rozmiarów ważyła nie więcej niż dwieście funtów, więc każda fala kołysała nią niebezpiecznie na boki. Za to była wystarczająco lekka, by Altsin mógł sam przeciągnąć ją na skraj pola kry i spuścić na wodę.
Lód topniał w oczach, morze szumiało już nie dalej jak kilka mil od obozowiska, więc udało mu się rozwinąć żagiel, zanim słońce zaszło. Anday’ya najwyraźniej całkiem odpuściła, albo – co równie prawdopodobne – zbierała siły do kolejnego starcia. Walki z tym czymś, co złodziej tak uparcie ścigał od tylu dni.
Czymże było żeglowanie nocą po lodowatym oceanie pełnym kry w porównaniu z dobrowolnym pakowaniem się między młot boskiego gniewu a kowadło nieznanej potęgi?
Wycieczką. Pieprzoną wycieczką w towarzystwie śpiewających pobożne pieśni mniszek.
Skręcił gwałtownie, by wpłynąć w szczelinę między dwoma płytami lodu. No dobra, oszukiwał ile wlezie. Już go przestało zdumiewać, jak łatwo, instynktownie przychodzi mu korzystanie z magii. To były wiedza oraz umiejętności Bitewnej Pięści, a on po prostu je miał. Czuł Moc wszędzie wokół, tak jak ryba w oceanie musi czuć wodę. Potrafił ją wykorzystać, przekuć na siłę, ciepło, ruch… Z punktu widzenia delikatnych, precyzyjnych aspektowanych czarów jego umiejętności były prymitywne i prostackie niczym walenie dwudziestofuntowym młotem w jubilerskie kowadełko, ale za to jakże potężne. Jak straszliwie, niesamowicie i obłędnie nęcące…
Dlatego żagiel jego łodzi wypełniał wiatr, ster poruszał się łatwo i sprawnie, a płaty lodu same rozsuwały się przed qaimem.