Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 210
Перейти на страницу:

— Nie. Na pew­no nie. Czar­ni nie­wol­ni­cy nie pój­dą na wschód. Nie, gdy kil­ka­dzie­siąt mil stąd otwie­ra im się dro­ga do domu.

Po to wła­śnie tam była. By pa­trzeć i słu­chać. Gdy Ka­hel-saw-Kir­hu wspo­mi­nał o do­bi­ciu Han­ta­ra Seh­ra­wi­na i po­now­nym roz­nie­ce­niu po­wsta­nia w Ge­ghii Pół­noc­nym, Uwa­re Lew miał twarz jak wy­rzeź­bio­ną z ma­ho­niu. Na­wet brew mu nie drgnę­ła. A gdy pa­dły sło­wa o por­cie… przy­wód­ca Uawa­ri Nahs mi­mo­wol­nie, lek­ko, le­ciu­teń­ko, po­krę­cił gło­wą. Nie pój­dą na wschód. Zresz­tą, co by im to dało? Prze­cież nie po­pły­ną do Me­ekha­nu, a póź­niej­sza pró­ba po­wro­tu na za­chod­nią gra­ni­cę Da­le­kie­go Po­łu­dnia za­pew­ne skoń­czy­ła­by się rze­zią.

— A pod Po­mwe?

Ten błysk, któ­ry po­ja­wił się w oku czar­ne­go ol­brzy­ma, gdy pa­dła na­zwa mia­sta.

— Pod Po­mwe pój­dą. Dla ze­msty. I pew­nie dla łu­pów. Ale po­tem… Zo­sta­wią ich. Przy­kro mi, kha-dar.

Uśmiech­nął się tyl­ko.

— Dla­cze­go? Pew­nie wszy­scy się tego spo­dzie­wa­ją. Ale to zna­czy, że pod Po­mwe na­sza Pani Pło­mie­ni spo­tka całą po­tę­gę Krwa­we­go Ka­hel­le. Po­nad sto ty­się­cy nie­wol­ni­ków. A na­prze­ciw sta­nie ona i nie­do­bit­ki Ge­ghij­czy­ków, któ­re nie wia­do­mo, ile są war­te i co zro­bią.

— I my, kha-dar.

— No. I my. Tyl­ko tym ra­zem, je­śli los nie spła­ta nam fi­gla, bę­dzie­my po dru­giej stro­nie. Jako ofi­cjal­ne po­sel­stwo Im­pe­rium. Pa­mię­tasz?

Wy­obra­zi­ła to so­bie. Cza­ar­dan. Dy­plo­ma­ta­mi. Dag ob­wie­szo­na ple­mien­ny­mi amu­le­ta­mi, mała i py­ska­ta Lea, ple­czy­sty Jan­ne, na­wet na naj­więk­szym ko­niu wy­glą­da­ją­cy, jak­by do­sia­dał kuca, Ko­ci­mięt­ka z twa­rzą po­dra­pa­ną i opuch­nię­tą tak, że le­d­wo wi­dział na oczy. I resz­ta. Zbie­ra­ni­na. Ła­chu­dry. Po­wsi­no­gi odzia­ne byle jak i uzbro­jo­ne w byle co.

— Coś cię śmie­szy?

— Och, nic, kha-dar, zu­peł­nie nic.

Uśmie­cha­ła się na­wet wte­dy, gdy po roz­kul­ba­cze­niu i opo­rzą­dze­niu ko­nia kła­dła się na zbyt krót­ką drzem­kę.

Interludium

W za­mian za tru­chło kró­la Pół­no­cy oprócz ło­dzi ofia­ro­wa­no mu tak­że pe­le­ry­nę z tu­zi­na li­sich fu­ter i skó­rę mor­sa, bo ahe­rom naj­wy­raź­niej nie mie­ści­ło się w gło­wie, że moż­na prze­żyć na pół­no­cy w ha­bi­cie na­rzu­co­nym na weł­nia­ne por­t­ki i ko­szu­lę. A może taka była te­raz cena za wy­chu­dzo­ne­go niedź­wie­dzia? Nie py­tał. Odzie­nie upchnął na dnie ło­dzi, ale przy­ję­cia kil­ku ka­wał­ków su­szo­ne­go mię­sa, nie więk­szych niż mały pa­lec, któ­re pró­bo­wa­no mu wci­snąć, już od­mó­wił. Nie mógł­by ich prze­łknąć za nic w świe­cie. Nie po tym, co zo­ba­czył w obo­zie.

Aher­ska łódź, zwa­na qa­imu, oka­za­ła się kon­struk­cją ze skór roz­pię­tych na szkie­le­cie z wie­lo­ry­bich ko­ści, dłu­gą na dwa­dzie­ścia stóp, sze­ro­ką na sześć. Na­wet gdy­by na­bra­ła wody, wszy­te w bur­ty wor­ki wy­peł­nio­ne po­wie­trzem za­pew­nia­ły jej pły­wal­ność, a skó­rza­ny ża­giel i pro­sty ster po­zwa­la­ły dość spraw­nie po­ru­szać się wśród fal. Łódź mia­ła na wy­po­sa­że­niu na­wet dwa wio­sła, choć Alt­sin za­mie­rzał z nich ko­rzy­stać tyl­ko w osta­tecz­no­ści.

W cza­sie przy­go­to­wań do dro­gi sza­man po­czę­sto­wał zło­dzie­ja opo­wie­ścią o ło­wach na wie­lo­ry­by, któ­re jego lud urzą­dza z po­kła­dów ta­kich ło­dzi, o wbi­ja­niu w cia­ła zwie­rząt har­pu­nów, do któ­rych przy­wią­za­no pły­wa­ki z fo­czych skór, i o wska­ki­wa­niu na grzbie­ty umie­ra­ją­cych ol­brzy­mów, by do­bić je cio­sa­mi włócz­ni. Skur­czy­byk ob­se­syj­nie ucze­pił się my­śli o se­zo­nie po­lo­wań, któ­ry roz­pocz­nie się już, lada chwi­la.

Alt­sin nie prze­ry­wał mu opo­wie­ści, bo po co? Obóz wy­glą­dał tak źle, jak się tego spo­dzie­wał, na do­da­tek, co od­krył z pew­nym zdzi­wie­niem, od­le­gła o trzy mile prze­łęcz, za któ­rą ahe­ro­wie mo­gli­by szu­kać schro­nie­nia, zo­sta­ła za­blo­ko­wa­na. Czuł to. Żoł­nie­rze roz­ło­ży­li się tam obo­zem i umac­nia­li po­dej­ście. Na ra­zie nie wię­cej jak ty­siąc lu­dzi, ale ko­lej­ne od­dzia­ły nad­cią­ga­ły już z co naj­mniej trzech stron. Na­wet ten ty­siąc wy­star­czył­by, by po­wstrzy­mać hor­dę szkie­le­tów le­d­wo po­włó­czą­cych no­ga­mi z gło­du, ale wi­dać Im­pe­rium bar­dzo nie ży­czy­ło so­bie nie­pro­szo­nych go­ści w swo­ich gra­ni­cach, więc nie za­mie­rza­ło ry­zy­ko­wać.

Ja­kim spo­so­bem wy­czuł tych żoł­nie­rzy? Skąd wie­dział, ilu ich jest? Czy to ja­kiś szcze­gól­ny in­stynkt odzie­dzi­czo­ny po Bi­tew­nej Pię­ści ob­da­rzał go taką wie­dzą, czy też może – choć wo­lał­by, by nie oka­za­ło się to praw­dą – wśród żoł­nie­rzy byli czci­cie­le Re­agwy­ra, więc po pro­stu sły­szał ich mo­dli­twy i proś­by? Z dru­giej stro­ny, od­cię­cie się od men­tal­ne­go szu­mu do­cho­dzą­ce­go z prze­łę­czy nie było trud­ne. Wy­star­czy­ło, że sku­pił się na czym­kol­wiek, a na­cisk w gło­wie bladł i zni­kał.

Tak jak ro­bił to te­raz, gdy po­trze­bo­wał peł­nej kon­cen­tra­cji i ca­łe­go do­świad­cze­nia, by ste­ro­wać ło­dzią. Qa­imu mimo roz­mia­rów wa­ży­ła nie wię­cej niż dwie­ście fun­tów, więc każ­da fala ko­ły­sa­ła nią nie­bez­piecz­nie na boki. Za to była wy­star­cza­ją­co lek­ka, by Alt­sin mógł sam prze­cią­gnąć ją na skraj pola kry i spu­ścić na wodę.

Lód top­niał w oczach, mo­rze szu­mia­ło już nie da­lej jak kil­ka mil od obo­zo­wi­ska, więc uda­ło mu się roz­wi­nąć ża­giel, za­nim słoń­ce za­szło. An­day’ya naj­wy­raź­niej cał­kiem od­pu­ści­ła, albo – co rów­nie praw­do­po­dob­ne – zbie­ra­ła siły do ko­lej­ne­go star­cia. Wal­ki z tym czymś, co zło­dziej tak upar­cie ści­gał od tylu dni.

Czym­że było że­glo­wa­nie nocą po lo­do­wa­tym oce­anie peł­nym kry w po­rów­na­niu z do­bro­wol­nym pa­ko­wa­niem się mię­dzy młot bo­skie­go gnie­wu a ko­wa­dło nie­zna­nej po­tę­gi?

Wy­ciecz­ką. Pie­przo­ną wy­ciecz­ką w to­wa­rzy­stwie śpie­wa­ją­cych po­boż­ne pie­śni mni­szek.

Skrę­cił gwał­tow­nie, by wpły­nąć w szcze­li­nę mię­dzy dwo­ma pły­ta­mi lodu. No do­bra, oszu­ki­wał ile wle­zie. Już go prze­sta­ło zdu­mie­wać, jak ła­two, in­stynk­tow­nie przy­cho­dzi mu ko­rzy­sta­nie z ma­gii. To były wie­dza oraz umie­jęt­no­ści Bi­tew­nej Pię­ści, a on po pro­stu je miał. Czuł Moc wszę­dzie wo­kół, tak jak ryba w oce­anie musi czuć wodę. Po­tra­fił ją wy­ko­rzy­stać, prze­kuć na siłę, cie­pło, ruch… Z punk­tu wi­dze­nia de­li­kat­nych, pre­cy­zyj­nych aspek­to­wa­nych cza­rów jego umie­jęt­no­ści były pry­mi­tyw­ne i pro­stac­kie ni­czym wa­le­nie dwu­dzie­sto­fun­to­wym mło­tem w ju­bi­ler­skie ko­wa­deł­ko, ale za to jak­że po­tęż­ne. Jak strasz­li­wie, nie­sa­mo­wi­cie i obłęd­nie nę­cą­ce…

Dla­te­go ża­giel jego ło­dzi wy­peł­niał wiatr, ster po­ru­szał się ła­two i spraw­nie, a pła­ty lodu same roz­su­wa­ły się przed qa­imem.

1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)