Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Rand pamiętał, iż niezależnie od tego, jak dobrym był szermierzem, jak wiele sobie przypominał, wciąż pozostawało dużo do nauki.
Kontynuowali sparring. Rand nie liczył, kto wygrywał poszczególne wymiany ciosów. Po prostu walczył i cieszył się tą chwilą. W końcu poczuł się wyczerpany w przyjemny sposób – nie utrudzony – lecz w sposób, jaki odczuwał niegdyś. Było to zmęczenie po dobrze wykonanej pracy.
Ociekając potem, Rand uniósł swój ćwiczebny miecz, dając Tamowi znak, iż kończy walkę. Tam postąpił krok do tyłu, podnosząc swój miecz. Starszy mężczyzna uśmiechnął się.
Stojący nieopodal w pobliżu latarni Strażnicy zaczęli bić brawo. Nie stanowili wielkiej publiczności – było ich tylko sześciu – lecz Rand ich zauważył. Panny podniosły swe włócznie, salutując.
– Miało to swój ciężar, prawda? – zapytał Tam.
– Jaki ciężar? – zapytał Rand.
– Ciężar utraconej ręki, który cały czas dźwigałeś.
Rand popatrzył na swój kikut.
– Tak. Sądzę, że w tym właśnie on tkwił.
Sekretne przejście Tylin, prowadzące do ogrodów, kończyło się wąską dziurą znajdującą się niedaleko od miejsca, w którym Mat rozpoczął swoją wspinaczkę. Mat przeczołgał się, strzepnął kurz z barków i kolan, a potem odwrócił się i popatrzył na balkon. Wspiął się na wyższe partie budynku, a później wymknął się z jego wnętrza. Być może kryła się w tym jakaś lekcja. Być może Matrim Cauthon powinien poszukać sekretnych przejść, zanim zdecydował się wspiąć na ten cholerny trzypiętrowy budynek.
Cichutko wszedł na teren ogrodów. Rośliny nie miały się dobrze. Paprocie powinny mieć więcej liści, zaś drzewa były nagie niczym Panny w łaźni. Nic dziwnego. Cała ziemia usychała szybciej niż chłopak w Bel Tine, któremu brakowało partnerek do tańca. Mat był pewien, że winien temu był Rand. Rand albo Czarny. Każdy problem w życiu Mata był związany z którąś z tych postaci. Te płomienne kolory…
Mech wciąż rósł. Mat nigdy nie słyszał, by mech występował w ogrodzie, ale mógłby przysiąc, że tutaj hodowano go na skałach, a nawet tworzył on pewne wzory. Prawdopodobnie w sytuacji, gdy wszystkie rośliny umierały, ogrodnicy hodowali cokolwiek, co tylko mogli.
Aby znaleźć Tuon, musiał jej szukać i przeczesywać wyschnięte krzaki i obumarłe kwietniki. Spodziewał się, że spotka ją siedzącą spokojnie i oddającą się rozmyślaniom, ale powinien był wiedzieć, że będzie inaczej.
Mat kucnął za paprociami, niewidoczny dla mniej więcej tuzina ludzi ze Straży Skazańców, którzy otaczali Tuon kręgiem, podczas gdy ona ćwiczyła, przyjmując rozmaite pozycje walki. Oblewało ją padające z dwóch latarni dziwne, stonowane światło. W latarniach coś się paliło, lecz nie widać było płomienia.
Światło padało na jej delikatną, gładką skórę w odcieniu ziemi. Tuon miała na sobie wyblakłą a’solmę, suknię rozciętą po bokach, dzięki czemu widać było błękitne nogawice. Tuon była szczupłej budowy; Mat popełnił kiedyś błąd, zakładając, iż oznacza to, że dziewczyna jest krucha. W tym przypadku było inaczej.
Teraz, gdy już się nie ukrywała, znowu całkowicie ogoliła głowę. Brak włosów nie szpecił jej, jakkolwiek dziwnie to wyglądało. Przesunęła się w krąg błękitnego światła, z zamkniętymi oczami wykonując sekwencję ręcznych zasłon bojowych. Wydawała się walczyć z własnym cieniem.
Mat wolał dobry nóż – albo, lepiej, swój ashandarei – niż walkę gołymi rękami. Im więcej było przestrzeni pomiędzy nim a człowiekiem usiłującym go zabić, tym lepiej. Tuon nie wydawała się jej potrzebować. Obserwując ją, Mat zdał sobie sprawę, ile miał szczęścia w nocy, gdy ją pojmał. Choć nieuzbrojona, była śmiertelnie niebezpieczna.
Tuon zwolniła, machając przed sobą rękami, jak gdyby kreśląc jakiś wzór. Następnie gwałtownie wypchnęła je w bok. Wzięła głębszy oddech i przeniosła ręce na drugą stronę, obracając się całym ciałem.
Czy ją kochał?
Pytanie wprawiło Mata w zakłopotanie. Krążyło po obrzeżach jego umysłu od tygodni, niczym szczur próbujący dobrać się do zboża. Nie było to pytanie w rodzaju tych, jakie zadawał sobie Matrim Cauthon. Matrim Cauthon martwił się jedynie o dziewczynę na jego kolanach i następny rzut kośćmi. Zagadnienia związane z miłością lepiej było pozostawić Ogirowi, który miał czas, by siedzieć i patrzeć, jak drzewa rosną.
Poślubił ją. To był przypadek, czyż nie? Te cholerne lisy powiedziały mu, że on ją poślubi. Ona zaś zaakceptowała ten ślub. Nadal nie wiedział dlaczego. Miało to coś wspólnego z omenami, o których mówiła? Zaloty w ich przypadku przypominały bardziej grę niż romans. Mat lubił gry i uczestniczył w nich, by wygrywać. Ręka Tuon była nagrodą. Teraz, gdy już ją zdobył, co miał z nią zrobić?
Tuon kontynuowała wykonywanie pchnięć, poruszając się niczym trzcina na wietrze. Przechylenie się w ten sposób, ruch w inny sposób. Aielowie nazywali walkę tańcem. Co pomyśleliby o tym? Tuon poruszała się z gracją dorównującą Aielom. Jeśli bitwa była tańcem, to wykonywano go do muzyki jak z hałaśliwej karczmy. Ten taniec wykonywany był do kołyszącej melodii mistrzowskiego śpiewaka.
Coś przemknęło za plecami Tuon. Mat spiął się, wpatrując się w ciemność. Ach, to tylko ogrodnik. Zwyczajnie wyglądający człowiek w czapce na głowie, z pomarszczonymi policzkami. Prawie niewart poświęcania mu uwagi. Mat przestał zwracać na niego uwagę i pochylił się do przodu, by móc lepiej przyjrzeć się Tuon. Uśmiechnął się, widząc, jak jest piękna.
„Właściwie dlaczego ogrodnik jest tu o tej porze?” – pomyślał Mat. „To musi być dziwny gość”.
Mat spojrzał w stronę tego człowieka raz jeszcze, ale trudno go było wyraźnie dostrzec. Ogrodnik stanął pomiędzy dwoma Strażnikami Skazańców. Wydawali się nie zwracać na niego uwagi. Mat także nie powinien. Strażnicy musieli ufać temu człowiekowi…
Mat sięgnął do rękawa wyjmując ukryty w nim nóż. Uniósł go, nie zastanawiając się nawet dlaczego. Kiedy to robił, musnął lekko jedną z gałęzi.
Tuon otworzyła oczy i, pomimo iż światło było słabe, spojrzała wprost na Mata. Miał w rękach nóż i był gotów nim rzucić.
Następnie spojrzała przez ramię.
Mat wykonał rzut, zaś w ostrzu noża odbiło się błękitne światło. Nóż o włos ominął podbródek Tuon, trafiając ogrodnika w ramię w chwili, gdy ten podnosił swój nóż. Mężczyzna sapnął, zataczając się. Mat wolałby ugodzić go w gardło, nie chciał jednak ryzykować trafienia Tuon.
Tymczasem Tuon, zamiast zachować się rozsądnie i usunąć, skoczyła ku ogrodnikowi, sięgając do jego gardła. Sprawiło to, że na twarzy Mata pojawił się uśmiech. Na nieszczęście zabójca miał dość czasu – a Tuon lekko straciła równowagę – by rzucić się do tyłu i przepchnąć pomiędzy zaskoczonymi strażnikami. Drugi sztylet Mata wylądował w ziemi, obok pięty skrytobójcy, który zniknął w mroku nocy.
Sekundę później trzech mężczyzn – każdy z nich ważący mniej więcej tyle, co mała budowla – zwaliło się na Mata, przyciskając jego twarz do wyschłej ziemi. Jeden z osiłków nastąpił mu na nadgarstek, a drugi wydarł mu ashandarei.
– Stać! – warknęła Tuon. – Uwolnijcie go! Gońcie tamtego drugiego, głupcy!
– Tamtego drugiego, Wasza Wysokość? Nie było nikogo takiego.
– W takim razie do kogo należy ta krew? – zapytała Tuon, wskazując na widniejącą na ziemi ciemną plamę, którą pozostawił zabójca. – Książę Kruków dostrzegł to, czego wy nie zauważyliście. Przeszukajcie teren!
Żołnierze ze Straży Skazańców nieśpiesznie zeszli z Mata. Mężczyzna jęknął. Co ci ludzie mieli w głowie? Siano? Mat nie lubił, gdy nazywano go „Jego Wysokością”, ale odrobina respektu by się przydała. Przynajmniej na tyle, by nikt na nim nie siadał, ot co.