Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
Dziesięć minut później Randall wszedł do swego gabinetu i znalazł kopertę opartą o kalendarz na biurku.
Była to depesza z Aten, podpisana przez opata Mitrosa Petropoulosa.
Opat istotnie był już w drodze do Amsterdamu i aż się palił do pracy. Miał przylecieć Air France z Paryża, nazajutrz o dziesiątej pięćdziesiąt.
Randall jęknął w duchu. Oto przybywał najwybitniejszy ekspert, a on nie miał mu kompletnie niczego do pokazania. Poczuł mdłości – ich przyczyną nie było napięcie nerwowe, lecz stracone zaufanie.
Nazajutrz rano Randall zjawił się na lotnisku Schiphol pół godziny przed przylotem samolotu opata. Popijając kawę – już trzecią tego ranka – czuł się przybity jak jeszcze nigdy dotąd. Nie wiedział, co powiedzieć opatowi poza prawdą, której wydawcy nie pozwalali ujawniać. Wyobrażał sobie konsternację opata na wieść o takiej stracie. Zastanawiał się także, czy Petropoulos nie nabierze podejrzeń, jakie nękałyjego samego już od wczorajszego wieczoru.
Akcja poszukiwania śladów prowadzących do papirusu utknęła bowiem w ślepej uliczce.
Heldering ze swymi ludźmi przesłuchał wszystkie osoby związane z Drugim Zmartwychwstaniem. Agenci zajrzeli do każdego zakamarka w każdym pokoju na obu piętrach Kransapolsky'ego. Sporządzili listę osób nieobecnych tego dnia w pracy i odnaleźli je w mieście, włącznie z doktorem Knightem w hotelu San Luchesio i Angela Monti w Victorii. Przeszukane zostało mieszkanie Groata, a także, jak podsłuchał Randall, agentom udało się zakraść do kwatery Hansa Bogardusa.
Ekipa Helderinga nie natrafiła na najmniejszy ślad zaginionego papirusu.
Wydawcy zamknęli się na naradzie z Helderingiem, nie zamierzając się poddawać ani ulegać panice. Wszystko było otoczone tajemnicą, natomiast Randalla nurtowały wątpliwości.
Zeszłej nocy siedział sam w hotelu Amstel, oddając się rozmyślaniom. Odebrał jeden telefon od Angeli, lecz zbył ją, kłamiąc, że ma ważne spotkanie z personelem w sąsiednim pokoju, obiecał zobaczyć się z nią nazajutrz wieczorem, czyli dzisiaj. Było to kolejne przygnębiające wydarzenie, ale nie mógł dłużej unikać Angeli.
Myśli, które nękały go wczoraj, wciąż mu towarzyszyły. Nagłe zniknięcie papirusu tuż przed przyjazdem opata nie mogło być przecież dziełem przypadku. Wzbraniał się jednak przed wyciągnięciem ostatecznych konkluzji. Powtarzał sobie wciąż od nowa, że zaginięcie papirusu uderzało w pięciu wydawców równie mocno jak w podstawy jego wiary. Niemożliwe, żeby zrobił to ktoś z nas, przekonywał się w myśli. A przecież kradzież papirusu przez kogoś z zewnątrz była jeszcze mniej prawdopodobna.
Cień podejrzenia i nieufności ciągle w nim tkwił, zaprzeczając wszelkiej logice.
– Pan Steven Randall proszony jest do informacji w holu głównym – usłyszał nagle komunikat z głośnika.
Co to mogło być?
Zapłacił szybko i wyszedł z kafeterii, kierując się do informacji. Podał swoje nazwisko i po chwili trzymał w ręce kartkę z wiadomością.
Pan Steven Randall proszony jest o telefon do pana George L. Wheelera w Krasnapolskym. Sprawa niecierpiąca zwłoki.
Po chwili Randall przyciskał już do ucha słuchawkę, nie mając pojęcia, czego się spodziewać. Wiedział tylko jedno: samolot z opatem Petropoulosem na pokładzie miał wylądować za cztery minuty.
Głos Wheelera zabrzmiał w słuchawce nie jak warknięcie czy dudnienie, lecz niczym dzwon, radosny dzwon.
– Steve, to ty? Wspaniałe wieści! Fantastyczne! Papirus się znalazł! Mamy go!
Serce skoczyło Randallowi do gardła.
– Nie uwierzyłbyś! – krzyczał rozradowany Wheeler. – Okazało się, że nikt go nie ukradł, był w sejfie przez cały czas! I co ty na to? Właściwie to znaleźliśmy go już tylko w akcie rozpaczy. Nie wiedzieliśmy kompletnie, co robić, i godzinę temu wymyśliłem, żeby jeszcze raz przeszukać sejf. Ale tym razem kazałem rozmontować wszystkie szuflady, wyjąć je i rozebrać na części. Dwóch gości wzięło się do roboty i kiedy wyjęli szufladę numer dziewięć, on tam był! Rozumiesz to? Wiesz, co się stało? Tylna ścianka szuflady się poluzowała i papirus razem z ochronną folią jakoś wyśliznął się przez tę szparę. Leżał po prostu za szufladą, pod ścianą sejfu. Na szczęście, dzięki Bogu, nic mu się nie stało, jest w nienaruszonym stanie. I co ty na to, Steve? Cieszysz się?
– No pewnie, że się cieszę, i to bardzo – odparł Randall niemal bez tchu.
– Przywieź swojego opata, wszyscy na niego czekamy. Niech przeczyta tekst i będzie po sprawie – zakończył Wheeler.
Randall odwiesił słuchawkę i stał oparty o ścianę budki, czując wielką ulgę.
– Wylądował samolot Air France z Paryża, lot numer dziewięćset dwanaście – rozległo się z głośników.
Ruszył ku wyjściu dla pasażerów, gdzie podróżni mieli się pojawić po odprawie celnej.
Był gotów na przyjęcie opata, na przyjęcie prawdy… i na trwanie w wierze.
Niesamowita scena, pomyślał Randall.
Od dwudziestu minut wszyscy stali, wpatrując się z uwagą, w zupełnej ciszy, w jedyną siedzącą osobę, w opata Mitrosa Petropoulosa z klasztoru Simopetra na górze Athos.
Sędziwy mnich pochylał się nisko nad brązowym papirusem, który został wyjęty z celofanowej koperty i umieszczony między dwiema szybami. Opat był całkowicie pochłonięty analizowaniem wyblakłych aramejskich znaków, naniesionych wąską kolumną na szorstkie podłoże. Raz po raz sięgał po grube szkło powiększające lub notował coś wiecznym piórem w leżącym obok notatniku.
Profesor Deichhardt, George Wheeler, monsieur Fontaine, sir Trevor Young oraz signer Gay da stali za plecami opata, utrzymując pełen szacunku dystans i obserwując w napięciu każdy jego ruch.
Za wydawcami krył się. kurator sejfu Groat, poważny, ale już spokojniejszy.
Randall – w towarzystwie profesora Jeffriesa, doktora Knighta, profesora Sobriera i monsiniora Riccardiego – stał przy wejściu do pomieszczenia, nie mogąc oderwać oczu od tego spektaklu o niewiadomym finale.
Zastanawiał się, czy nie czekają na wyrok śmierci. Spojrzał na zegarek. Minęło dwadzieścia pięć, nie, już dwadzieścia sześć minut.
Opat Petropoulos poruszył się nagle, prostując swą kruchą postać.
– Doskonale – odezwał się mocnym głosem, gładząc brodę i odwracając się do wydawców. – Jestem zadowolony.
Cisza została przerwana.
– Mogę wyjaśnić tę niezgodność – ciągnął opat. – Popełniono drobny błąd, zrozumiały w tych okolicznościach, w odczytaniu aramejskich znaków, a co za tym idzie, w przekładzie. Wystarczy poprawić ten błąd i nikt już nie będzie kwestionował tekstu. Jest autentyczny ponad wszelką wątpliwość.
Poważne, napięte twarze pięciu wydawców rozpromieniły się jak na komendę, emanując uczuciem ogromnej ulgi.
– Cudownie, cudownie! – zawołał profesor Deichhardt. – Więc na czym polegał ten błąd, wielebny ojcze?
Opat sięgnął po swój notatnik.
– Zdanie, które sprawiło nam tyle kłopotów, przełożono pierwotnie tak: „I Pan nasz, uciekając z Rzymu wraz z uczniami, przemierzył tej nocy żyzne pola na jeziorze Fucinus, które zostało osuszone przez cesarza Klaudiusza i było uprawiane przez Rzymian". Tłumacze musieli przeoczyć kilka niemal niewidocznych znaczków, kreseczek i zawijasów. Kiedy sieje dojrzy, słowa nieco się zmieniają i znaczenie zdania również. Prawidłowy przekład powinien więc brzmieć następująco: „I Pan nasz, uciekając z Rzymu wraz z uczniami, przemierzył tej nocy żyzne pola nad jeziorem Fucinus, które zostanie osuszone przez cesarza Klaudiusza i będzie uprawiane przez Rzymian". Jak widzicie, słowo „nad" odczytano błędnie jako „na" i w drugiej części zdania zmieniono czas przyszły na teraźniejszy. – Opat popatrzył po twarzach zebranych. – Wasz problem został rozwiązany, panowie. Wszystko już jest w porządku. Muszę też dodać, że obejrzenie na własne oczy rękopisu Jakuba było jednym z najbardziej poruszających wydarzeń w moim długim życiu. Jego odkrycie to szczytowy moment w duchowej historii człowieka. Ten tekst odmieni na lepsze całe chrześcijaństwo. Dziękuję wam, panowie, za możliwość tak bliskiego obcowania z Naszym Panem.