Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
I wtedy rozległ się piskliwy świergot języka Dołowców — to jeden z nich stojący przy wózku wołał coś do swoich współplemieńców rozproszonych po całym doku. Damon przestraszył się; Dołowcy zachowywali się zazwyczaj trwożliwie, gdy wokół panował spokój; żołnierz z eskorty też się przestraszył, opuścił karabin i rozejrzał się czujnie dookoła. Ale nie zobaczył nic oprócz spokojnych, zalęknionych ludzi i poważnych, okrągłookich Dołowców, którzy zamarli na chwilę, ale już powracali do przerwanych czynności. Damon skończył kanapkę, a wózek potoczył się dalej krzywizną doku pod górę, w kierunku zielonego.
Podszedł do nich Dołowiec ciągnący za sobą pudło, do którego zbierał puste plastikowe pojemniki. Josh zerknął niespokojnie na Dołowca, gdy ten wyciągnął do niego rękę, i oddał mu opakowanie; Damon wrzucił swoje do pudła i spojrzał przestraszony, gdy Dołowiec położył mu delikatnie dłoń na ramieniu. — Ty człowiek-Konstantin.
— Odejdź — wyszeptał chrapliwie. — Nie wypowiadaj mojego nazwiska, Dołowcu. Zabiją mnie, jeśli mnie znajdą. Bądź cicho i odjedź stąd szybko.
— Ja Niebieskozęby. Niebieskozęby, człowiek-Konstantin. — Niebieskozęby.
Przypomniał sobie. Tunele, postrzelony Dołowiec. Silne palce Dołowca zacisnęły się mocniej na jego ramieniu.
— Samica Dołowiec Lily przysyłać od Słońce-Jej-Przyjacielem, co wy nazywać Licja. Ona przysyłać nas, zrobić Lukasów spokojnych, nie wpuszczać do jej miejsce. Kochać ciebie, człowiek-Konstantin. Licja ona bezpieczna. Dołowcy wszędzie dookoła niej, dawać jej bezpiecznie. My zaprowadzić ciebie, ty chcieć?
Przez chwilę nie mógł złapać tchu.
— Żyje? Ona żyje?
— Licja jest bezpiecznie. Przysyłać ty przyjść, zrobić ci bezpiecznie z nią.
Starał się uporządkować myśli; wczepił się w futrzastą rękę i wpatrywał w okrągłe, brązowe oczy pragnąc dowiedzieć się daleko więcej, niż potrafił mu przekazać swym łamanym językiem Dołowiec. Potrząsnął głową.
— Nie. Nie. Gdybym tam poszedł, naraziłbym ją na niebezpieczeństwo. Ludzie-z-karabinami, rozumiesz, Niebieskozęby? Ludzie polują na mnie. Powiedz jej… powiedz jej, że jestem bezpieczny. Powiedz jej, że dobrze się ukryłem, powiedz jej, że Elena odleciała ze statkami. Jesteśmy cali i zdrowi. Czy ona mnie potrzebuje, Niebieskozęby? Potrzebuje mnie?
— Bezpiecznie w jej miejsce. Dołowcy z nią siedzieć wszyscy Dołowcy na Nadwyżu. Lily z nią. Satyna z nią. Wszyscy. Wszyscy.
— Powiedz jej… powiedz jej, że ją kocham. Powiedz jej, że nic mi nie jest i Elenie też. Kocham cię, Niebieskozęby.
Objęły go brązowe ramiona. Przytulił pośpiesznie Dołowca i ten puścił go, odsunął się jak cień i szybko zajął zbieraniem odpadków w pobliżu, oddalając się powoli. Damon rozejrzał się wokół w obawie, że ktoś mógł ich obserwować, ale nie dostrzegł niczego poza zdziwionym wzrokiem Josha. Odwrócił głowę i otarł oczy o ramię spoczywające na kolanach. Otępienie ustępowało; zaczynał się znowu bać, teraz miał się o co bać, miał kogoś, komu jeszcze może stać się krzywda.
— Twoja matka? — spytał Josh. — O niej mówił?
Skinął milcząco głową.
— Cieszę się — powiedział szczerze Josh.
Skinął drugi raz głową. Zamrugał oczyma i usiłował się skupić odnosząc wrażenie, że na jego mózg spadał cios za ciosem, i ten wreszcie pogubił się zupełnie.
— Damon.
Podniósł głowę i spojrzał tam, gdzie patrzył Josh. Spod horyzontu, od strony doku zielonego, schodził w karnym szyku oddział żołnierzy; zmierzali wyraźnie tutaj. Wstał spokojnie i nonszalancko, otrzepał ubranie, odwrócił się tyłem do doku zasłaniając podnoszącego się Josha. Jak gdyby nigdy nic ruszyli w przeciwnym kierunku.
— Wygląda na to, że idą zaprowadzić tu porządek — mruknął Josh.
— Jesteśmy w porządku — przekonywał sam siebie Damon. Nie tylko oni zareagowali w ten sposób. Do korytarza białego dziewięć nie mieli daleko. Kierowali się w tamtą stronę wraz z innymi, którym przyświecały chyba te same motywy. Obok baru na rogu białego dziewięć znaleźli publiczną toaletę; Josh skręcił tam, a Damon podążył za nim. Skorzystali z niej i nieśpiesznym krokiem wyszli znowu na dok. Przy wylocie korytarza na doki stali strażnicy, ale ograniczali się tylko do obserwacji. Wszedł głębiej na dziewiąty i zatrzymał się przed rozmównicą publiczną.
— Zasłoń mnie — powiedział i Josh posłusznie oparł się o ścianę stając między Damonem, a strażnikiem pilnującym wylotu korytarza poziomu dziewiątego. — Chcę sprawdzić, jakie mamy karty, ile kredytów, skąd byli ich właściciele. Nie potrzebuję do tego mojego priorytetu, wystarczy numer rejestrów.
— Wiem jedno — powiedział Josh zniżając głos. — Nie wyglądam na obywatela Pell. A twoja twarz…
— Nikt nie chce zwracać na siebie uwagi; nikt nie może nas wydać, sam się przy tym nie ujawniając. To cała nasza nadzieja; nikt nie chce sprawiać podejrzanego wrażenia. — Wcisnął w szczelinę pierwszą kartę i wystukał na klawiaturze kod sprawdzenia. Altener, Leslie: 789,90 kredytów w komputerze; żonaty, jedno dziecko. Urzędnik, odzieżówka. Włożył tę kartę do lewej kieszeni; nie będzie z niej korzystał, nie chciał okradać rodziny, która może ocalała. Lee Anton Quale, samotny, karta służbowa Spółki Lukasa, ograniczona przepustka, 8967,89 kredytów… zadziwiająca suma jak na tego rodzaju człowieka. William Teal, żonaty, bezdzietny, szef załadunku, 4567,67 kredytów, przepustka na magazyny.
— Sprawdźmy twoje — powiedział Damon do Josha.
Josh wręczył mu wszystkie swoje karty. Z gorączkowym pośpiechem wepchnął w szczelinę pierwszą, zastanawiając się, czy tyle wywołań pod rząd z terminala publicznego nie zwróci uwagi centrali komputera. Cech Sazony, samotny, 456,78 kredytów, maszynista i czasami ładowacz, przywileje na terenie baraków; Louis Diban, zakończony pięcioletni kontrakt małżeński, nikogo na utrzymaniu, 3421,56, brygadzista w dokach.
Damon schował karty do kieszeni i ruszył przed siebie. Josh zrównał się z nim po chwili. Skręcili za róg w korytarz poprzeczny, a na następnym skrzyżowaniu — w prawo. Znajdował się tam magazyn; jeśli chodziło o korytarze centralne, wszystkie doki stanowiły swoje lustrzane odbicie i na pewno był to magazynek na drobny sprzęt konserwacyjny. Damon znalazł odpowiednie, nie oznakowane wejście, otworzył je za pomocą karty brygadzisty i włączył oświetlenie. Był to magazyn papieru oraz środków i narzędzi czyszczących wyposażony w instalację wentylacyjną. Weszli z Joshem do środka i Damon nacisnął przycisk zamykania drzwi.
— Niezła nora na kryjówkę — powiedział Damon i wsunął w kieszeń kartę, z której przed chwilą skorzystał, decydując, że ta będzie najlepsza. — Przesiedzimy to tutaj i za jakiś dzień wyjdziemy na zmianie przestępnodniowej. Dwie z naszych kart należały do ludzi przestępnodniowych, samotnych, z przepustką na doki. Siadaj. Za chwilę zgasną tu światła. Nie możemy siedzieć przy zapalonych… komputer wykryje włączone oświetlenie w magazynie i zgasi je za nas, bardzo ekonomicznie.
— Czy jesteśmy tu bezpieczni?
Damon roześmiał się gorzko, osunął po ścianie i podciągnął kolana pod brodę, żeby w tej ciemnej klitce zrobić miejsce Joshowi naprzeciwko siebie. Namacał w kieszeni pistolet chcąc się upewnić, czy wciąż go tam ma. Odetchnął głęboko.