Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Te wrażenia spłynęły na nas dosłownie w kilka sekund, zanim na dobre sobie uświadomiliśmy, że bez pozwolenia weszliśmy komuś do domu. Zrobiło nam się głupio, tym bardziej że popełniliśmy uchybienie typowe dla deklarantów, i wycofaliśmy się tak pospiesznie, że omal się nawzajem nie poprzewracaliśmy.
Patio przed domem było jednolitą, gładką płytą syntetycznego kamienia. Biorąc pod uwagę, że Estemard był zapalonym kafelkarzem, wydało mi się dziwne, że nie spróbował go ozdobić. Znaleźliśmy następne schody — tym razem prowadzące do góry, na półkę, na której wybudował piec z palonej cegły. Wokoło walały się pozostałości wieloletniej pracy: glina, formy, glazurowane garnki, a także tysiące płytek i odłamków zaczerpniętych z tego samego repertuaru prostych form geometrycznych, który zdobił nową pralnię w koncencie. Estemard nie zdążył wyłożyć patio kafelkami, ponieważ nie opracował jeszcze perfekcyjnego układu płytek. Nie rozwiązał teglonu.
— Zwariował? — spytałem Lio. — Czy po prostu robił swoje?
Criscan przyszedł z innej strony i poinformował nas, że znalazł drugi, mniejszy dom. Poszliśmy za nim wzdłuż południowej krawędzi kompleksu.
Od razu poznaliśmy, co mamy przed sobą: modelowy wręcz przykład matemu punktowego. Stał w kącie platformy, prowadziła do niego tylko jedna droga, długa, niełatwa, zakończona zaporą (w gruncie rzeczy symboliczną, bo skleconą prowizorycznie z poliplastowych płacht i arkuszy sklejki) i furtką. Przeszliśmy przez furtkę — i poczuliśmy się jak w domu. Stanęliśmy na kolejnej litej kamiennej płycie, pod gołym niebem. Agent handlujący nieruchomościami mógłby ją nazwać patio, ale my widzieliśmy w niej miniaturową klauzurę, z której starannie usunięto wszelkie sekularne ślady i wpływy. Został tylko wiekowy poplamiony kamień i kilka niezbędnych, ręcznie wykonanych drobiazgów: stół i krzesło pod baldachimem z płótna rozpiętego na drewnianej, wiązanej sznurkiem ramie. Z boku stało rdzewiejące wiadro, z przykrywką przyciśniętą kamieniem. Lio zajrzał do środka, skrzywił się i oznajmił, że właśnie znalazł nocnik Orola — pusty i suchy. Popiół na dnie koksownika dawno wystygł. Pusty był także dzbanek na wodę, a w drewnianej szafce, w której dawniej znajdowało się jedzenie, zostały tylko przyprawy, sztućce i zapałki.
Sfatygowane drewniane drzwi prowadziły do celi Orola, urządzonej w podobnym stylu — z jednym wszakże nowoczesnym dodatkiem: zegarem zaopatrzonym w cyfrowy wyświetlacz i podającym czas z dokładnością do setnych części sekundy. Na regałach (zbudowanych z desek, które Orolo wyjął ze starych schodów i oparł na kamiennych blokach) zostało trochę maszynowo drukowanych książek i ręcznie zapisanych arkuszy. Całą jedną ścianę pokrywały arkusze z rysunkami i notatkami, przybite przez Orola pinezkami. Druga ściana była obwieszona fototypami przedstawiającymi obrazy statku Kuzynów, uzyskiwane (jak się domyślaliśmy) za pośrednictwem teleskopu, który widzieliśmy na górze. Najczęściej przedstawiały grubą biała krechę na tle innych kresek, cieńszych: trajektorii gwiazd. W narożniku Orolo powiesił jednak kilkanaście fototypów na pozór zupełnie niezwiązanych z obserwacjami, które prowadził, i przedstawiających — tak nam się przynajmniej wydawało — ogromną dziurę w ziemi. Mogłaby to być na przykład kopalnia odkrywkowa.
Mozaika arkuszy była połączona całą siecią linii odwzorowujących gęste drzewo wzajemnych powiązań. Najwyżej znajdował się arkusz podpisany ORITHENA, na którym u góry wypisano imię Adrakhonesa. Pionowa strzałka prowadziła w dół do Diaksa, ale był to ślepy zaułek. Druga strzałka, biegnąca w dół i nieco w bok, kończyła się Metekoranesem, od którego drzewo rozgałęziało się na wszystkie strony, a jego gałęzie zawierały wiele imion z różnych miejsc i epok.
— Hmm… — mruknął zaniepokojony Lio.
— Mnie też się to nie podoba — przyznałem.
— Pachnie Dynastią — dodał Criscan.
Drzwi się otworzyły i rozpętała się przemoc. Nie trwała długo (najwyżej sekundę) i nie zagroziła nam zbytnio, ale wstrząsnęła nami do tego stopnia, że w najbliższym czasie nie mogło być mowy o powrocie do niedawnych rozmyślań.
Mówiąc wprost: jakiś mężczyzna wparował do celi i Lio musiał go powalić. Kiedy było po wszystkim, Lio siedział mu na piersi i z niekłamaną satysfakcją oglądał broń miotającą pociski, którą wyjął mu z olstra na biodrze.
— Masz może nóż albo coś w tym guście? — zapytał, zerkając w stronę drzwi.
Zbliżało się więcej ludzi. Pierwszy szedł Barb.
— Złaź ze mnie! — wrzasnął intruz. Nie od razu dotarło do nas, że mówi po orthyjsku. — I oddaj mi to!
Miał swoje lata, ale kiedy wpadł przez drzwi, poruszał się z wigorem młodzieniaszka.
— Estemard ma pistolet — oznajmił Barb. — To taka miejscowa tradycja. Nie uważają broni palnej za zagrożenie.
— W takim razie Estemard na pewno nie będzie się czuł zagrożony, kiedy mu ją zabiorę — stwierdził Lio.
Sturlał się z jeńca w tył, przekoziołkował i stanął na nogach, celując z pistoletu w sufit.
— Nic tu po was! — żachnął się Estemard. — A co się tyczy mojego pistoletu… albo mnie zastrzel, albo mi go oddaj.
Lio nie miał najmniejszego zamiaru mu go oddawać.
Byłem najpierw wstrząśnięty, a potem tak zagubiony, że śledziłem rozwój wydarzeń, stojąc nieruchomo jak kołek. Sparaliżował mnie strach przed popełnieniem błędu. Dopiero widok znajomych twarzy za progiem popchnął mnie do działania: nie chciałem, żeby pomyśleli, że zapomniałem języka w gębie i nie wiem, co robić.
— Skoro twierdzisz, że nic tu po nas… — zacząłem. — Nawiasem mówiąc, nie zgadzamy się z tą opinią. Ale skoro tak mówisz, nie mamy chyba powodu cię uzbrajać, nie uważasz?
Na patio zebrała się tymczasem reszta towarzyszących mi pielgrzymów. Fraa Jaad wszedł do celi, odepchnął zagradzającego mu drogę Estemarda, obrzucił wnętrze jednym spojrzeniem i zaczął oglądać arkusze i fototypy rozwieszone przez Orola na ścianach. To chyba dobitnie — bardziej niż porażka z Lio, bardziej nawet niż splantowanie przeze mnie — dało Estemardowi do zrozumienia, że nie ma szans. Skurczył się i spuścił wzrok. W przeciwieństwie do nas nie miał wiele czasu na oswojenie się z towarzystwem tysięcznika.