Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Jego żona była tu dzisiaj – powiedział Lozano. – Na wszystko gotowa. Groziła, że pójdzie do prezydenta, do różnych ministrów. Bardzo ładna, prawdziwa dama, don Cayo.
– Nawet nie wiedziałem, że on jest żonaty – powiedział. – Ładna, mówi pan? To dlatego jej nie pokazywał.
– Pan jest zmęczony, don Cayo, to widać – powiedział Lozano. – Niech pan trochę odpocznie. Dzisiaj chyba nie będzie nic ważnego.
– Pamięta pan, jak to było trzy lata temu, kiedy zaczęły krążyć pogłoski o rozruchach w Juliaca? – powiedział Bermudez. – Cztery noce nie spaliśmy i jakby nigdy nic. Co robić, starzeję się, Lozano.
– Mogę pana o coś spytać? – sprytna i służalcza twarz Lozano nabrała przymilnego wyrazu. – Bo tyle plotek krąży. Że będzie zmiana gabinetu, że pan wejdzie do rządu. Nie muszę panu mówić, że u nas w bezpieczeństwie wszyscy się z tego cieszą, don Cayo.
– Nie sądzę, żeby prezydent chciał mnie widzieć na stanowisku ministra powiedział Bermúdez. – Spróbuję go od tego odwieść. Ale jeżeli się uprze, będę musiał się zgodzić.
– Wspaniale – uśmiechnął się Lozano. – Sam pan widział, że brak koordynacji to była często sprawa niedoświadczenia ministrów. Generała Espiny, doktora Arbeláeza. Z panem będzie zupełnie inaczej, don Cayo.
– No dobra. Pojadę odpocząć do San Miguel – powiedział. – Może pan zadzwoni do Alcibíadesa i powie mu, dobrze? Niech mnie budzi tylko w naglących sprawach.
– Przepraszam, znowu zasnąłem – mamrotał Ludovico szarpiąc Hipolita. – San Miguel? Tak jest, don Cayo.
– Jedźcie się przespać i wrócicie tu po mnie o siódmej wieczorem – powiedział. – Pani jest w łazience? Tak, Simula, zrób mi coś do jedzenia. Jak się masz, kochana. Prześpię się trochę. Od dwudziestu czterech godzin nic nie jadłem.
– Okropnie wyglądasz, można się przestraszyć – zaśmiała się Hortensja. – Znowu się gdzieś łajdaczyłeś?
– Zdradzałem cię z ministrem Wojny – mruknął wsłuchując się w uparty, tajemniczy szum we własnych uszach, licząc nierówne uderzenia własnego serca. Niech mi przyniosą coś do jedzenia, padam z niewyspania.
– Poczekaj, pościelę ci łóżko – Hortensja strzepnęła prześcieradła, zasłoniła okno, a on poczuł, że zsuwa się po jakimś skalistym zboczu i gdzieś daleko dostrzegał poruszające się w ciemnościach postacie; zsuwał się dalej, pogrążał się i nagle ktoś się na niego rzucił, ktoś go brutalnie wyciągał z jego kryjówki, z gęstych, ślepych ciemności. – Od pięciu minut wołam, Cayo. Dzwonią z prefektury, mówią, że bardzo pilne.
– Don Cayo? Senator Landa od pół godziny znajduje się w ambasadzie argentyńskiej – igły przeszywały mu źrenice, głos Lozano bezlitośnie torturował jego uszy. – Wyszedł wejściem dla służby. Nasi ludzie nie widzieli, że jedzie do ambasady. Bardzo mi przykro, don Cayo.
– Chce skandalu, chce się zemścić za upokorzenia – z wolna odzyskiwał panowanie nad zmysłami. – Niech pan tam w dalszym ciągu trzyma swoich ludzi, Lozano. Jeśli wyjdzie, niech go aresztują i odstawią do prefektury. Jeżeli Zavala wyjdzie ze swego domu, też go aresztujcie. Halo, Alcibiades? Doktorze, proszę mi jak najszybciej znaleźć doktora Lorę, muszę się z nim natychmiast widzieć. Niech mu pan powie, że za pół godziny będę u niego w biurze.
– Czeka na pana małżonka doktora Ferro, don Cayo – powiedział doktor Alcibiades. – Mówiłem, że pan nie przyjedzie, ale ona nie chce wyjść.
– Niech pan się jej pozbędzie i natychmiast uprzedzi doktora Lorę – powiedział. – Simula, leć i powiedz policjantom na rogu, że muszę mieć zaraz wóz policyjny.
– Co się stało, czemu taki pośpiech? – powiedziała Hortensja i podniosła piżamę, którą przed sekundą rzucił na ziemię.
– Kłopoty – powiedział wkładając skarpetki. – Długo spałem?
– Może godzinę – powiedziała Hortensja. – Chyba się skręcasz z głodu, co? Każę ci odgrzać obiad.
– Nie mam czasu – powiedział. – Tak, sierżancie, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, i to na cały gaz. Człowieku, niech pan nie staje pod światłami, mnie się spieszy. Minister na mnie czeka, już go uprzedziłem, że jadę.
– Pan minister jest na zebraniu, wątpię, czy pana przyjmie – młodzieniec w szarym garniturze i w okularach obrzucił go nieufnym, badawczym spojrzeniem. – Można wiedzieć kto?
– Cayo Bermúdez – powiedział i zobaczył, jak młody człowiek jednym skokiem podrywa się z krzesła i znika za połyskliwymi drzwiami. – Przepraszam, że pana nachodzę, doktorze Lora. Mam coś bardzo ważnego, chodzi o Landę.
– O Landę? – niziutki, łysy człowieczek z uśmiechem podawał mu rękę. – Chyba mi pan nie powie, że…
– Tak, od godziny jest w ambasadzie argentyńskiej – powiedział. – Prawdopodobnie poprosi o azyl. Chce narobić hałasu i postawić nas w głupiej sytuacji.
– Najlepiej będzie dać mu zaraz pozwolenie na wyjazd – powiedział doktor Lora. – Niech ucieka, krzyżyk na drogę.
– Mowy nie ma – powiedział Bermúdez. – Niech pan porozmawia z ambasadorem, doktorze. Da mu pan całkiem wyraźnie do zrozumienia, że Landa nie jest ścigany przez policję, zapewni go pan, że senator może w każdej chwili na swój paszport wyjechać z kraju.
– Mógłbym się tylko skompromitować niedotrzymaniem obietnicy, don Cayo – powiedział doktor Lora uśmiechając się z rezerwą. – Proszę sobie wyobrazić, w jakiej sytuacji byłby rząd, gdyby…
– Obietnica zostanie dotrzymana – powiedział Bermúdez szybko i zobaczył, że doktor Lora przygląda mu się z powątpiewaniem. W końcu przestał się uśmiechać, westchnął i dotknął dzwonka.
– Właśnie dzwoni pan ambasador – młodzieniec w szarym garniturze, z uśmiechem na pozbawionej zarostu twarzy, przebiegł gabinet i niemal zgiął się w kolanach. – Co za zbieg okoliczności, panie ministrze.
– No więc już wiemy, że poprosił o azyl – powiedział doktor Lora. – Tak, porozmawiam z ambasadorem, a pan może przez ten czas zadzwonić z sekretariatu, don Cayo.
– Czy mogę skorzystać z pańskiego telefonu? Przepraszam pana, chciałbym rozmawiać bez świadków – powiedział Bermúdez, i młody człowiek w szarym garniturze poczerwieniał gwałtownie; z obrażoną miną kiwnął głową na znak zgody i wyszedł. – Lozano? Landa może lada chwila opuścić ambasadę. Nie ruszajcie go. Informujcie o każdym jego kroku. Tak, będę u siebie w biurze.
– Tak jest, don Cayo – młody człowiek, smukły, wysoki, szary, przechadzał się po korytarzu. – Zavali też nie, jakby wyszedł z domu? Dobrze, don Cayo.
– Rzeczywiście poprosił o azyl – powiedział doktor Lora. – Ambasador jest zdziwiony. Landa, jeden z liderów parlamentarnych. Nie mógł uwierzyć. Uspokoiłem go obietnicą, że Landa nie będzie aresztowany i może wyjechać, kiedy zechce.
– Zdjął mi pan kamień z serca, doktorze – powiedział Bermúdez. – Teraz spróbuję jeszcze raz załatwić tę sprawę. Dziękuję, doktorze.
– Wprawdzie nie pora teraz na to, ale chciałbym pierwszy panu pogratulować – powiedział z uśmiechem doktor Lora. – Bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że na Święto Narodowe wejdzie pan w skład gabinetu, don Cayo.
– To zwykłe plotki – powiedział Bermúdez. – Jeszcze nic nie jest przesądzone. Prezydent jeszcze ze mną nie rozmawiał, a ja też nie wiem na razie, czy przyjmę ten awans.
– Rzecz jest zdecydowana, a my wszyscy bardzo się cieszymy – powiedział doktor Lora biorąc go za ramię. – Musi się pan poświęcić i wyrazić zgodę. Prezydent liczy na pana, i słusznie. Do zobaczenia, don Cayo.
– Do widzenia panu – powiedział szaro ubrany młodzieniec z głębokim ukłonem.
– Do widzenia – powiedział i oto, pociągnąwszy gwałtownie, własnymi rękami dokonał kastracji, po czym rzucił Hortensji ów śliski kawał mięsa: to dla ciebie. – Do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, sierżancie. Co to, sekretarek już nie ma? Co się stało, doktorze, co pan taki blady.