Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 173
Перейти на страницу:

An tel­gerst! Ty nie ro­zu­miesz. An... by­łam złą cór­ką. Za­wsze te­dend... głu­pia, krnąbr­na, nie­po­słusz­na. A... ale kie­dy zni­kła, czu­łam, jak coś mnie szar­pie, fenn... gry­zie. Chcia­łam, eee, mu­sia­łam ją zna­leźć... prze­pro­sić. Ze­bra­łam kil­ku... al­ran­dll... to­wa­szy­szy, eee... pszy­ja­ciół i szu­ka­łam. Chcia­łam po­wie­dzieć, jak be­eąu’nn quy al­lo­rend’d.

Nie zro­zu­miał.

– Jak bar­dzo ją ko­cham – do­da­ła szep­tem.

Za­szlo­cha­ła.

– I nie po­wie­dzia­łam, tyl­ko aqu­me­ald śmierć.

Przy­klęk­nął przy niej, zła­pał za bro­dę i ob­ró­cił twarz w swo­ją stro­nę. Mia­ła prze­ra­ża­ją­ce oczy. Jak dwa bez­den­ne je­zio­ra, w któ­rych na­wet de­mon bał­by się za­nu­rzyć. Tyle bólu.

– Po­słu­chaj mnie, Aonel. Nie przy­nio­słaś jej śmier­ci, tyl­ko wy­zwo­le­nie. I po­wie­dzia­łaś, że ją ko­chasz, tak, jak jesz­cze nikt ni­g­dy tego nie po­wie­dział. W chwi­li, gdy po­pro­si­łaś mnie, bym dał jej tru­ci­znę, wy­krzy­cza­łaś te sło­wa na cały głos. A ona je usły­sza­ła.

Wstał. Lód za­czął co­raz szyb­ciej ustę­po­wać. Zo­sta­ła tyl­ko zim­na, prze­ra­ża­ją­ca wście­kłość.

– Te­raz mamy jesz­cze jed­ną rzecz do zro­bie­nia.

Jej spoj­rze­nie z wol­na za­czę­ło się zmie­niać.

– Ka­pła­ni – szep­nę­ła.

Alt­sin wzru­szył ra­mio­na­mi. To było oczy­wi­ste.

– Tak. Nasi świę­ci mę­żo­wie, któ­rzy za­mie­ni­li Miecz boga w na­rzę­dzie kaź­ni, żeby na­py­chać so­bie skrzy­nie zło­tem. Je­śli wy­czu­li, że nikt na nim już nie wisi, wkrót­ce się zja­wią. Dla nich też otwo­rzy­my dro­gę.

Onun te alvent’hr?

To zro­zu­miał.

– A gdzież­by in­dziej? – przy­tak­nął. – Oczy­wi­ście, że do pie­kła. Na samo dno.

* * *

Naj­pierw po­czuł chłód. Zim­no pły­ną­ce od dołu, od stro­ny ko­lan, zda­wa­ło się sku­wać mu nogi lo­do­wy­mi wię­za­mi. Po­tem przy­szła świa­do­mość ciem­no­ści i bólu. Po­ru­szył gło­wą i coś eks­plo­do­wa­ło mu pod czasz­ką, na chwi­lę od­bie­ra­jąc dech.

Gdzieś z da­le­ka do­bie­ga­ło mo­no­ton­ne dud­nie­nie.

Łup, łup, łup.

Pró­bo­wał do­tknąć gło­wy i wte­dy uświa­do­mił so­bie, że ja­kaś siła trzy­ma mu ręce roz­ło­żo­ne na boki i w tył. Ple­ca­mi opie­rał się o coś prze­raź­li­wie zim­ne­go i twar­de­go. Zro­zu­miał, gdzie jest.

Pró­bo­wał sko­czyć do przo­du, szarp­nął łań­cu­chy, ale od­niósł je­dy­nie wra­że­nie, że oko­wy moc­niej za­ci­snę­ły mu się na nad­garst­kach. Na­tych­miast po­ja­wi­ło się wspo­mnie­nie in­nych, dzie­siąt­ków męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy w mo­men­cie od­zy­ski­wa­nia świa­do­mo­ści re­ago­wa­li iden­tycz­nie. Do­pie­ro póź­niej przy­cho­dził czas na proś­by, groź­by, bła­ga­nia i skom­le­nia. Na koń­cu wszy­scy po­pa­da­li w gra­ni­czą­cą nie­mal ze śmier­cią apa­tię. Wte­dy przy­cho­dził do nich po raz ostat­ni i wy­świad­czał ła­skę.

Łup, łup, łup.

Ode­tchnął po­wo­li, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie, co za­szło. On, Kles­sen i He­gren­sek na­tych­miast wie­dzie­li, że Miecz zo­stał zwol­nio­ny. Zbyt czę­sto prze­by­wa­li w jego to­wa­rzy­stwie, zbyt głę­bo­ko za­nu­rzy­li się w aspekt jego Mocy, aby tego nie po­czuć. Po­gna­li do lo­chów na zła­ma­nie kar­ku. Śmierć wiedź­my, któ­rą chcia­no wy­mie­nić na ko­pię Mie­cza, mo­gła im bar­dzo utrud­nić ży­cie. Do­pó­ki żyła, ist­nia­ła na­dzie­ja, że uda się zła­pać zło­dziei.

Łup, łup, łup.

Pa­mię­tał, jak ze­szli do głów­ne­go po­miesz­cze­nia i sta­nę­li przy drzwiach. Nie chcia­ły się otwo­rzyć, co już było dziw­ne, ale nie zwró­ci­li na to uwa­gi. Ani na dziw­ny ko­lor pło­mie­ni oliw­nych lamp i na­głą, obez­wład­nia­ją­cą sła­bość. Pa­mię­tał, jak in­kwi­zy­tor syk­nął coś ostrze­gaw­czo, a wte­dy drzwi otwo­rzy­ły się na­gle same i fala Mocy, któ­ra zza nich po­pły­nę­ła, rzu­ci­ła nimi w tył. Tyl­ko tyle...

Otwo­rzył pra­wą dłoń i wy­szep­tał kil­ka słów. Po­mię­dzy pal­ca­mi za­pło­nę­ło nie­wiel­kie świa­teł­ko. Na­tych­miast roz­po­znał loch. Od­wró­cił gło­wę i spoj­rzał na Miecz. Czar­ny cień tkwił za jego ple­ca­mi nie­po­ru­szo­ny od ty­się­cy lat. Od­su­nął się, naj­da­lej jak mógł. Bez­po­śred­ni kon­takt z klin­gą wy­sy­sał siły szyb­ciej niż otwar­ta rana. Ta Se­ehij­ka o tym wie­dzia­ła, ale z ja­kąś po­nu­rą de­ter­mi­na­cją trzy­ma­ła się ży­cia, a jej upór bu­dził w nim naj­gor­sze in­stynk­ty. Z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią przy­cho­dził tu no­ca­mi i uczył ją po­ko­ry.

Łup, łup, łup.

Po­czuł ból. Z pra­we­go nad­garst­ka spły­wa­ła mu stru­ga krwi, z le­we­go tak­że. To było zro­zu­mia­łe, je­śli chcie­li go tu przy­kuć, mu­sie­li tak na­zna­czyć ostrze. Rana, oko­wy za­ci­śnię­te na niej, przy­kle­ja­ją­ce się do skó­ry. Po śmier­ci wiedź­my łań­cu­chy łak­nę­ły no­wej ofia­ry.

Ką­tem oka do­strzegł pla­mę czer­wie­ni pod ścia­ną. Świą­tyn­ny płaszcz, obu­ta w san­dał noga. Ma­gicz­ne świa­tło nie było zbyt sil­ne, zwłasz­cza te­raz, gdy Miecz wy­sy­sał z nie­go siły. Zmru­żył oczy. To był Kles­sen. Szkar­łat jego sza­ty mie­szał się z in­nym, głę­bo­kim, nie­mal czar­nym, bio­rą­cym swój po­czą­tek z sze­ro­kiej rany na gar­dle, pla­mią­cym przód ubra­nia i wy­bie­ga­ją­cym wą­skim stru­mie­niem w stro­nę ostrza. Miecz łak­nął krwi i nie do­pusz­czał, aby choć kro­pla się zmar­no­wa­ła.

Ro­zej­rzał się szyb­ko i na­prze­ciw zwłok in­kwi­zy­to­ra zo­ba­czył to, cze­go się spo­dzie­wał. Wy­glą­da­ło na to, że świą­tyn­na straż bę­dzie so­bie mu­sia­ła zna­leźć nową Bi­tew­ną Pięść.

Ale to nic, uspo­ko­ił się, nic. On żył. Kim­kol­wiek byli ci bluź­nier­cy, naj­wy­raź­niej my­śle­li, że prze­cię­cie nad­garst­ków wy­star­czy, aby się wy­krwa­wił. To błąd, to duży błąd, bo on prze­ży­je i znaj­dzie ich. Znaj­dzie i...

Łup, łup, łup, brzęk.

Zu­peł­nie jak­by ktoś upu­ścił mie­dzia­ną tacę. W ten dźwięk wdar­ło się na­gle skro­ba­nie pa­zu­rów i sze­lest ocie­ra­ją­cych się o sie­bie łu­sek. A po­tem, za­nim zdo­łał zin­ter­pre­to­wać te od­gło­sy, do lo­chu wpa­dła śmierć. Dłu­gie na po­nad sie­dem łok­ci, po­kry­te kost­nym pan­ce­rzem ciel­sko zda­wa­ło się po­ru­szać wbrew pra­wom na­tu­ry, zgi­nać i za­ła­my­wać pod nie­wy­obra­żal­ny­mi ką­ta­mi. Jak­by ko­ści i mię­śnie roz­miesz­czo­no pod skó­rą we­dług ja­kie­goś nie­spo­ty­ka­ne­go, alo­gicz­ne­go sche­ma­tu.

Po chwi­li stwór znie­ru­cho­miał, wy­da­jąc się ro­zu­mieć, że czło­wiek nie może się ani bro­nić, ani ucie­kać. Sta­nął kil­ka kro­ków przed nim i wle­pił bursz­ty­no­we śle­pia w twarz ofia­ry. Dłu­gi, bia­ły ję­zor wy­wie­sił spo­mię­dzy trój­kąt­nych zę­bów, od­sło­nię­tych ni­czym w pa­sti­szu uśmie­chu.

A Tyg-ger-Frenn, Wiel­ki Klucz­nik Świą­ty­ni i dru­gi w ko­lej­ce do god­no­ści ar­cy­ka­pła­na, wrza­snął i po pro­stu ze­szczał się w spodnie. W ostat­niej chwi­li po­my­ślał jesz­cze, że dwa­dzie­ścia lat temu, za­nim za­czę­li kar­mić Miecz ży­ciem in­nych lu­dzi, jego klin­ga roz­bły­sła­by bla­skiem ser­ca gwiaz­dy. Ale nie te­raz.

1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)