Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– An telgerst! Ty nie rozumiesz. An... byłam złą córką. Zawsze tedend... głupia, krnąbrna, nieposłuszna. A... ale kiedy znikła, czułam, jak coś mnie szarpie, fenn... gryzie. Chciałam, eee, musiałam ją znaleźć... przeprosić. Zebrałam kilku... alrandll... towaszyszy, eee... pszyjaciół i szukałam. Chciałam powiedzieć, jak beeąu’nn quy allorend’d.
Nie zrozumiał.
– Jak bardzo ją kocham – dodała szeptem.
Zaszlochała.
– I nie powiedziałam, tylko aqumeald śmierć.
Przyklęknął przy niej, złapał za brodę i obrócił twarz w swoją stronę. Miała przerażające oczy. Jak dwa bezdenne jeziora, w których nawet demon bałby się zanurzyć. Tyle bólu.
– Posłuchaj mnie, Aonel. Nie przyniosłaś jej śmierci, tylko wyzwolenie. I powiedziałaś, że ją kochasz, tak, jak jeszcze nikt nigdy tego nie powiedział. W chwili, gdy poprosiłaś mnie, bym dał jej truciznę, wykrzyczałaś te słowa na cały głos. A ona je usłyszała.
Wstał. Lód zaczął coraz szybciej ustępować. Została tylko zimna, przerażająca wściekłość.
– Teraz mamy jeszcze jedną rzecz do zrobienia.
Jej spojrzenie z wolna zaczęło się zmieniać.
– Kapłani – szepnęła.
Altsin wzruszył ramionami. To było oczywiste.
– Tak. Nasi święci mężowie, którzy zamienili Miecz boga w narzędzie kaźni, żeby napychać sobie skrzynie złotem. Jeśli wyczuli, że nikt na nim już nie wisi, wkrótce się zjawią. Dla nich też otworzymy drogę.
– Onun te alvent’hr?
To zrozumiał.
– A gdzieżby indziej? – przytaknął. – Oczywiście, że do piekła. Na samo dno.
* * *
Najpierw poczuł chłód. Zimno płynące od dołu, od strony kolan, zdawało się skuwać mu nogi lodowymi więzami. Potem przyszła świadomość ciemności i bólu. Poruszył głową i coś eksplodowało mu pod czaszką, na chwilę odbierając dech.
Gdzieś z daleka dobiegało monotonne dudnienie.
Łup, łup, łup.
Próbował dotknąć głowy i wtedy uświadomił sobie, że jakaś siła trzyma mu ręce rozłożone na boki i w tył. Plecami opierał się o coś przeraźliwie zimnego i twardego. Zrozumiał, gdzie jest.
Próbował skoczyć do przodu, szarpnął łańcuchy, ale odniósł jedynie wrażenie, że okowy mocniej zacisnęły mu się na nadgarstkach. Natychmiast pojawiło się wspomnienie innych, dziesiątków mężczyzn i kobiet, którzy w momencie odzyskiwania świadomości reagowali identycznie. Dopiero później przychodził czas na prośby, groźby, błagania i skomlenia. Na końcu wszyscy popadali w graniczącą niemal ze śmiercią apatię. Wtedy przychodził do nich po raz ostatni i wyświadczał łaskę.
Łup, łup, łup.
Odetchnął powoli, próbując przypomnieć sobie, co zaszło. On, Klessen i Hegrensek natychmiast wiedzieli, że Miecz został zwolniony. Zbyt często przebywali w jego towarzystwie, zbyt głęboko zanurzyli się w aspekt jego Mocy, aby tego nie poczuć. Pognali do lochów na złamanie karku. Śmierć wiedźmy, którą chciano wymienić na kopię Miecza, mogła im bardzo utrudnić życie. Dopóki żyła, istniała nadzieja, że uda się złapać złodziei.
Łup, łup, łup.
Pamiętał, jak zeszli do głównego pomieszczenia i stanęli przy drzwiach. Nie chciały się otworzyć, co już było dziwne, ale nie zwrócili na to uwagi. Ani na dziwny kolor płomieni oliwnych lamp i nagłą, obezwładniającą słabość. Pamiętał, jak inkwizytor syknął coś ostrzegawczo, a wtedy drzwi otworzyły się nagle same i fala Mocy, która zza nich popłynęła, rzuciła nimi w tył. Tylko tyle...
Otworzył prawą dłoń i wyszeptał kilka słów. Pomiędzy palcami zapłonęło niewielkie światełko. Natychmiast rozpoznał loch. Odwrócił głowę i spojrzał na Miecz. Czarny cień tkwił za jego plecami nieporuszony od tysięcy lat. Odsunął się, najdalej jak mógł. Bezpośredni kontakt z klingą wysysał siły szybciej niż otwarta rana. Ta Seehijka o tym wiedziała, ale z jakąś ponurą determinacją trzymała się życia, a jej upór budził w nim najgorsze instynkty. Z prawdziwą przyjemnością przychodził tu nocami i uczył ją pokory.
Łup, łup, łup.
Poczuł ból. Z prawego nadgarstka spływała mu struga krwi, z lewego także. To było zrozumiałe, jeśli chcieli go tu przykuć, musieli tak naznaczyć ostrze. Rana, okowy zaciśnięte na niej, przyklejające się do skóry. Po śmierci wiedźmy łańcuchy łaknęły nowej ofiary.
Kątem oka dostrzegł plamę czerwieni pod ścianą. Świątynny płaszcz, obuta w sandał noga. Magiczne światło nie było zbyt silne, zwłaszcza teraz, gdy Miecz wysysał z niego siły. Zmrużył oczy. To był Klessen. Szkarłat jego szaty mieszał się z innym, głębokim, niemal czarnym, biorącym swój początek z szerokiej rany na gardle, plamiącym przód ubrania i wybiegającym wąskim strumieniem w stronę ostrza. Miecz łaknął krwi i nie dopuszczał, aby choć kropla się zmarnowała.
Rozejrzał się szybko i naprzeciw zwłok inkwizytora zobaczył to, czego się spodziewał. Wyglądało na to, że świątynna straż będzie sobie musiała znaleźć nową Bitewną Pięść.
Ale to nic, uspokoił się, nic. On żył. Kimkolwiek byli ci bluźniercy, najwyraźniej myśleli, że przecięcie nadgarstków wystarczy, aby się wykrwawił. To błąd, to duży błąd, bo on przeżyje i znajdzie ich. Znajdzie i...
Łup, łup, łup, brzęk.
Zupełnie jakby ktoś upuścił miedzianą tacę. W ten dźwięk wdarło się nagle skrobanie pazurów i szelest ocierających się o siebie łusek. A potem, zanim zdołał zinterpretować te odgłosy, do lochu wpadła śmierć. Długie na ponad siedem łokci, pokryte kostnym pancerzem cielsko zdawało się poruszać wbrew prawom natury, zginać i załamywać pod niewyobrażalnymi kątami. Jakby kości i mięśnie rozmieszczono pod skórą według jakiegoś niespotykanego, alogicznego schematu.
Po chwili stwór znieruchomiał, wydając się rozumieć, że człowiek nie może się ani bronić, ani uciekać. Stanął kilka kroków przed nim i wlepił bursztynowe ślepia w twarz ofiary. Długi, biały jęzor wywiesił spomiędzy trójkątnych zębów, odsłoniętych niczym w pastiszu uśmiechu.
A Tyg-ger-Frenn, Wielki Klucznik Świątyni i drugi w kolejce do godności arcykapłana, wrzasnął i po prostu zeszczał się w spodnie. W ostatniej chwili pomyślał jeszcze, że dwadzieścia lat temu, zanim zaczęli karmić Miecz życiem innych ludzi, jego klinga rozbłysłaby blaskiem serca gwiazdy. Ale nie teraz.