Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
I gdzie trzymają tutaj konie?
* * *
Następnego dnia znaleźli drogę.
Biegła szczytem wzgórz i składała się z kwadratowych płyt szerokich na jakieś dwie stopy. Kenneth zarządził, by kompania zrobiła postój, a sam z Velergorfem i Nurem wdrapał się na szczyt, na którym zwiadowcy odkryli pozostałości kamiennego szlaku. Ścieżka lekko zakręcała, dostosowując się do kształtu wzgórza, co jasno dowodziło, że jej budowniczowie nie byli Meekhańczykami. Inżynierowie Imperium zbudowaliby drogę równą jak napięta cięciwa, w razie potrzeby przebijając się przez wzniesienia i zasypując doliny. Lecz jeśli chodzi o dokładność roboty, twórcy tego traktu z pewnością nie musieli się wstydzić. Płyty ułożono pieczołowicie jedna przy drugiej, tak że w szczeliny ledwo wchodził czubek noża. Perfekcyjna robota.
Porucznik przejechał dłonią po jednej z płyt, zerknął na czarny pył lepiący się do skóry.
– Ten sam, co wszędzie.
– Tak jest, panie poruczniku.
– Varhenn, jesteśmy tu sami, ja i dwóch najbardziej niezdyscyplinowanych podoficerów, jakich znam. Nie odgrywaj komedii. Co o tym sądzisz?
– Drogę ktoś musiał zbudować. I zazwyczaj drogi dokądś prowadzą.
– Brawo, dziesiętniku. Sam bym na to nie wpadł.
Kenneth wstał, obrzucając wzrokiem trakt przed sobą. Droga skręcała łagodnie, kilkaset jardów dalej znikała, ale mógł dostrzec, jak pojawia się na następnym wzgórzu i sunie dalej.
– Zwiad!
Trzech strażników, stojących do tej pory z boku, zasalutowało sprężyście.
– Pobiegnijcie do końca wzgórza i sprawdźcie, dlaczego urywa się ten szlak.
– Tak jest!
Potruchtali.
– Fenlo, odwróć się i powiedz mi, jak to wygląda z tyłu.
Dziwne, ale dziesiętnik posłusznie zrobił w tył zwrot.
– Kamienne płyty idą grzbietem, urywają się, na następnym wzniesieniu widać coś w rodzaju reszty tej drogi, jest bardziej poharatana, za nim... za wzniesieniem, znaczy się, jest kolejne, szlak ciągnie się tam także, dalej nie widzę, nie jestem pewien...
– Ile mil do tyłu go widzisz?
– Jakieś trzy, cztery? Nie więcej... panie poruczniku.
– A z przodu?
Tym razem Nur wzruszył ramionami, ale odwrócił się ponownie i zaczął opisywać to, co Kenneth miał przed oczyma.
– Wzgórze, droga się urywa, biegnie następnym wzgórzem, urywa się, potem następnym, widać coś jakby zakręt, przeskakuje na sąsiednie, idzie dalej... potem jeszcze dalej... – Fenlo Nur zawahał się, wreszcie dodał – stąd widzę dobre dwanaście, może więcej mil.
– Aha. Ja też. Varhenn, pokaż mapę.
Kenneth dostał do ręki zwój pergaminu, na którym rysowali mapę. Położył go na ziemi, zaznaczył najdalsze widoczne fragmenty drogi. Mapa składała się z białej plamy i wąskiego, rysowanego odręcznie szlaku z zaznaczonymi co bardziej charakterystycznymi punktami.
– Patrzcie, stąd mniej więcej przyszliśmy, to ta równina, na którą nas wyrzucili. Patrzcie tu – wskazał kilka znaków – tu weszliśmy między wzgórza, najpierw były łagodne, potem robiły się coraz bardziej strome, teraz niektóre mają nawet pionowe ściany. A to droga. Biegnie zakrętami, ale w jednym kierunku. Od równiny, gdzieś tam. Rozumiecie?
– Nooo... trochę, panie poruczniku. – Velergorf podrapał się po policzku, jakby zaswędziały go tatuaże. – Droga wiodła skądś na tę równinę?
– Owszem. I im bliżej równiny, tym jest bardziej zniszczona. Wzgórza też. Ta czarna skała wygląda jak nadtopiona, jakby coś wypaliło w tym świecie dziurę o średnicy dziesiątek, może setek mil. Nad tamtym miejscem – wskazał kierunek, z którego przyszli – zapłonęło kiedyś żywe słońce, swym żarem topiąc wszystko jak wosk. Cokolwiek tam było, znikło bez śladu.
Nawet młodszy dziesiętnik wyglądał na wstrząśniętego.
– Kto dysponuje taką Mocą?
– Bóg, demon, ktoś z innego świata? Nie wiem. Ktokolwiek tu żył – budowniczowie podziemnych tuneli i nadziemnych dróg – nie miał najmniejszych szans. Zniszczono ich.
– To musiało być dawno. – Velergorf pokręcił w zdumieniu głową.
– Może sto lat temu, a może dziesięć tysięcy. Odkąd tu jesteśmy, nie poczułem tchnienia wiatru ani kropli deszczu na twarzy. Czarny pył zalega taką samą warstwą i na szczytach wzgórz, i w dolinach... Może to znaczy, że tu nigdy nie wieje ani nie pada.
– Kiedyś padało – mruknął Fenlo Nur.
Spojrzeli na niego, oczekując wyjaśnień.
– Tę drogę zbudowano na szczycie wzgórza. Tak się buduje, gdy okolica jest deszczowa. Woda spływa w dół i trasa jest sucha nawet w największą ulewę. Powierzchnia płyt jest lekko wypukła, żeby woda spływała na boki. W mojej okolicy jest kilka przedimperialnych szlaków, które wiodą szczytami wzniesień właśnie z powodu deszczów. Używamy ich do tej pory.
Zwiadowcy przytruchtali z powrotem.
– Mówcie. – Kenneth wstał i zwinął mapę.
– Droga urywa się jak nożem uciął, panie poruczniku. Na dole nic nie widać.
– A czego się spodziewałeś, Malawe?
– Nie wiem. – Strażnik miał zakłopotaną minę. – Jakichś głazów, kamieni, kupy gruzu.
– Po moście? A jeśli zbudowali go z drewna? Co zostałoby z drewnianego mostu, gdyby wionął na niego żar topiący skały?
Pokiwali głowami i więcej się nie odezwali.
* * *
Szli wzdłuż kamiennego traktu. Wędrowali najczęściej dołem, dolinami, jarami i wąwozami, niekiedy nadkładając sporo drogi, bo trasa dołem była trudniejsza i niezbyt przyjazna, ale wbrew pozorom szybsza, gdyż kamienny trakt powyżej wiódł od wąwozu do wąwozu, od przełęczy do przełęczy, a po mostach, które kiedyś łączyły jego odcinki, nie pozostał żaden ślad.
Okolica się nie zmieniała, czarne skały, czarny pył pod stopami, stalowe niebo nad głową. Żadnych cieni, żadnych przebłysków słońca, najmniejszej sugestii, że coś takiego jak słońce w ogóle tu istnieje.
Kenneth obserwował swoich ludzi. Szli z ponurą zawziętością ale coraz rzadziej się odzywali, nie było żartów, głupich zaczepek, w czasie postojów gry w kości czy zwykłych opowiastek. Szli, póki nie padał rozkaz postoju, potem mechanicznie robili przegląd broni, jedli trochę suszonej koniny, popijali śmierdzącą wodą, kładli się spać albo obejmowali wartę. Zauważył, że większość nie zasypiała. Człowiek potrzebuje nocy do spania; jeśli wokół panuje wieczny, nieprzerwany dzień, można się zdrzemnąć, ale prawdziwy, głęboki sen, dający odpoczynek, nie nadchodzi. Większość leżała z otwartymi oczyma, inni zapadali w krótkie półsny, z których co chwilę wybudzali się gwałtownie. Niewyspani, zamieniali się w kukły, wykonujące wszystkie czynności w jakimś transie, wartownicy rozglądali się niewidzącymi oczyma, zwiadowcy ruszali się jak marionetki prowadzone przez nieudolnego lalkarza, wszyscy maszerowali niczym oddział żywych trupów.
Trzeciego dnia... Dnia? Cholera, porucznik dawno stracił rachubę czasu, nie wiedział, czy wędrują tu trzy dni, cztery czy może pięć, czy jest ranek, południe czy środek nocy. Ale – trzeciego dnia, tak przyjął, trzeciego dnia postanowił wreszcie coś z tym zrobić.
Zarządził dla połowy kompanii dziesięciomilowy bieg dnem najszerszego jaru, który do tej pory minęli, trasa była prosta, ściany gładkie i tylko zwiadowcy zapewniali, że z jaru jest wyjście wprost na kolejny odcinek kamiennej drogi. Zanim ruszyli, same parzyste dziesiątki, ogłosił, że zwycięska dostanie w nagrodę dwie pełne manierki wódki. Liczyło się przybycie na miejsce ostatniego strażnika.