Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 210
Перейти на страницу:

Za­sko­czy­li ją. Więc taki mie­li plan? Czy do­wód­ca nie­wol­ni­czej ar­mii zda­wał so­bie spra­wę, ile stat­ków po­trze­ba, by prze­wieźć sto czy dwie­ście ty­się­cy lu­dzi? Ile to bę­dzie trwa­ło i kosz­to­wa­ło? Ka­pi­ta­no­wie okrę­tów nie sły­ną z mięk­kich serc, a je­śli po­czu­ją się za­gro­że­ni, po pro­stu uciek­ną na mo­rze. Trud­no ich zmu­sić do współ­pra­cy siłą, a ku­pić… Gdzie ten bez­den­ny skar­biec, któ­ry za­pew­ni nie­wol­ni­kom pie­nią­dze na trans­port?

Je­śli La­skol­nyk też o tym po­my­ślał, nie dał po so­bie nic po­znać.

— Wyj­dzie­cie z la­sów na rów­ni­ny, gdzie sło­nie wdep­czą was w zie­mię — rzu­cił krót­ko, stu­ka­jąc pal­cem w mapę.

— Nie, je­śli tu­taj do­koń­czy­my spra­wę z Seh­ra­wi­nem. Wte­dy nie bę­dzie już wojsk, któ­re mo­gły­by nas po­wstrzy­mać. Bez wspar­cia pie­cho­ty, kon­ni­cy, łucz­ni­ków i ma­gów reszt­ka jego ar­mii jest gów­no war­ta. Za­bi­je­my i zje­my ich sło­nie, po­dob­no są dość smacz­ne, zdo­bę­dzie­my ma­chi­ny ob­lęż­ni­cze i dość bro­ni, by uzbro­ić się jak na­le­ży. A za­nim tu­tej­si ksią­żę­ta do­ga­da­ją się ze sobą, za­nim doj­dą do po­ro­zu­mie­nia, któ­ry z nich ma po­skro­mić tę dzi­ku­skę za­sia­da­ją­cą na tro­nie Ko­no­we­ryn, my bę­dzie­my mie­li sto ty­się­cy żoł­nie­rzy. Co ty na taki plan, ge­ne­ra­le?

La­skol­nyk zmie­rzył go wzro­kiem. Po­tem zer­k­nął na stół i pod­niósł pa­pier po­kry­ty rów­ny­mi rzę­da­mi li­ter i cyfr.

— Dużo bro­ni zdo­by­li­ście dzi­siej­szej nocy?

— Spo­ro jest znisz­czo­nej. Zwłasz­cza tam, gdzie wal­czy­li Uawa­ri Nahs.

Nie dało się nie za­uwa­żyć uśmie­chu Uwa­re Lwa. Ale Ka­hel-saw-Kir­hu też się uśmie­chał, gdy kon­ty­nu­ował:

— Ale mamy dość pan­ce­rzy, heł­mów, tarcz, mie­czy i włócz­ni, by uzbro­ić trzy peł­ne puł­ki. I pra­wie dwa ty­sią­ce świet­nych woj­sko­wych łu­ków. I ze trzy set­ki ka­wa­le­ryj­skich koni oraz kil­ka razy wię­cej woj­sko­wych rzę­dów.

Spo­waż­niał na­gle.

— Moja proś­ba, ge­ne­ra­le, się nie zmie­ni­ła. Po­trze­bu­ję ko­goś, kto po­je­dzie z po­sel­stwem do De­any d’Klle­an. Kto może prze­mó­wić nie tyl­ko w na­szym imie­niu, ale i w imie­niu Im­pe­rium. Nie chce­my z nią wal­czyć. Więk­szość nie­wol­ni­ków z Ko­no­we­ryn jest już u nas. Niech wy­zwo­li resz­tę i po­zwo­li nam do­koń­czyć spra­wę z Han­ta­rem. Po­ma­sze­ru­je­my na Ge­ghii, a po­tem… do domu. Je­śli Wiel­ka Mat­ka po­zwo­li.

Ka­ile­an zer­k­nę­ła na twarz La­skol­ny­ka. Nic. Na­wet ona nie po­tra­fi­ła nic z niej wy­czy­tać.

Co my­ślał? Co pla­no­wał? Nie­waż­ne. Kha-dar to kha-dar. Bę­dzie wie­dział, co trze­ba zro­bić.

Wresz­cie ge­ne­rał ski­nął gło­wą.

— Do­brze. Po­je­dzie­my. Ale za­nim prze­mó­wię w wa­szej spra­wie, prze­mó­wię w imie­niu Im­pe­rium, bo to da nam szan­sę, żeby nie po­wie­si­li nas na pierw­szym drze­wie.

Kor’ben Ol­he­war uśmiech­nął się lek­ko.

— By­łem kie­dyś w Bia­łym Ko­no­we­ryn. Tam nie ma drzew dość wy­so­kich dla ta­kiej oso­bi­sto­ści.

Spoj­rze­nie La­skol­ny­ka star­ło uśmiech z twa­rzy Wo­za­ka.

— Nie są­dzę, bym mu­siał je­chać aż do sto­li­cy. Spo­tkam się z Pa­nią Pło­mie­ni gdzieś w po­ło­wie dro­gi, bo gdy tyl­ko ro­zej­dzie się wieść, że ob­le­ga­cie Po­mwe, wy­ru­szy prze­ciw wam z całą ar­mią.

* * *

Obóz Puł­ku Wil­ka, w któ­rym cza­ar­dan od­po­czy­wał, zdą­żył się już zwi­nąć. Zni­kły na­mio­ty, po ogni­skach zo­sta­ły tyl­ko wy­pa­lo­ne w tra­wie czar­ne krę­gi, usu­nię­to sto­ja­ki z bro­nią i warsz­tat ko­wal­ski. Je­dy­nie pod wschod­nią stro­ną wału kil­ku­dzie­się­ciu naj­cię­żej ran­nych żoł­nie­rzy cze­ka­ło na ewa­ku­ację.

Ka­ile­an ude­rzy­ło to, jak o nich po­my­śla­ła. Żoł­nie­rze. Nie „bun­tow­ni­cy”, albo „nie­wol­ni­cy”. Żoł­nie­rze.

Od­dział, w któ­rym wal­czy­ła przez więk­szość nocy, któ­rym do­wo­dzi­ła, nie ustę­po­wał za­cię­to­ścią ani dys­cy­pli­ną za­wo­do­wej ka­wa­le­rii. Ale było w nich coś jesz­cze. Im­pe­rial­ni żoł­nie­rze, ple­mien­ni wo­jow­ni­cy, na­wet Bły­ska­wi­ce Yawe­ny­ra za­wsze mają świa­do­mość, że ostat­nią de­ską ra­tun­ku jest rzu­ce­nie bro­ni i pod­da­nie się. Niech­by i oku­pio­ne wie­lo­let­nią nie­wo­lą, ale za­wsze jest szan­sa, że wróg nie usie­cze cię na miej­scu. Może po­obi­ja ci ko­ści, z pew­no­ścią ob­ra­bu­je i znie­wo­li, lecz po­zwo­li żyć.

Żyć… wię­cej nie trze­ba.

W tych żoł­nier­zach tego nie wi­dzia­ła. Chę­ci ży­cia za wszel­ką cenę. Nie, nie chę­ci: wia­ry, że pod­da­nie się może oca­lić ży­cie. Szli do wal­ki ze świa­do­mo­ścią, że ta dro­ga jest dla nich za­mknię­ta, i mimo to nie oglą­da­li się za sie­bie. Bez wa­ha­nia. Nie­do­brze jest mieć ta­kich lu­dzi za wro­gów.

La­skol­nyk zmie­rzał ku na­mio­tom cza­ar­da­nu. Mil­czał, wpa­trzo­ny w punkt mię­dzy koń­ski­mi usza­mi, po­ru­szał tyl­ko od cza­su do cza­su szczę­ką, jak­by prze­żu­wał ka­wa­łek rze­mie­nia. Ka­ile­an nie prze­szka­dza­ła mu. Od­kąd opu­ści­li na­ra­dę u Krwa­we­go Ka­hel­le, mia­ła świa­do­mość, że cię­żar, jaki kha-dar bie­rze na bar­ki, jest sto razy więk­szy, niż my­śla­ła. Ich grup­ka wrzu­co­na mię­dzy roz­pę­dzo­ne żar­na po­wstań­czej ar­mii, ko­no­wer­skich wojsk i in­te­re­sów Me­ekha­nu – oraz, bądź­my szcze­rzy, in­te­re­sów wie­lu in­nych sił, o któ­rych nie mie­li po­ję­cia – mo­gła zo­stać zmie­lo­na na proch. Albo za­wa­żyć o lo­sach ty­się­cy. Do­wód­ca za­uwa­żył wresz­cie, że dziew­czy­na mu się przy­glą­da, ścią­gnął cu­gle, zrów­nu­jąc ich ko­nie.

— Za­my­śli­łaś się, Ka­ile­an.

— Ja? Ja tyl­ko sie­dzę w sio­dle, z łuku strze­lam i cza­sem sza­blą mach­nę. O czym tu my­śleć?

— Aha… Po­gra­tu­lo­wa­łem ci już ata­ku na cza­row­ni­ków?

— A cze­go tu gra­tu­lo­wać?

— Ude­rzy­łaś, gdy więk­szość do­wód­ców ucie­kła­by, wi­dząc taki po­kaz ma­gii. Zro­bi­łaś, co na­le­ża­ło, kie­dy trze­ba i do­kład­nie tak, jak po­win­no to zo­stać zro­bio­ne.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Sama nie wie­dzia­ła, ile w tym było jej wła­snej od­wa­gi, a ile de­ter­mi­na­cji Ber­de­tha.

— Mia­łam szczę­ście. I głu­pio by­ło­by po­zwo­lić im spa­lić pie­cho­tę, sko­ro już tak umę­czy­li­śmy cza­row­ni­ków. Te­raz Uawa­ri Nahs mają u nas dług.

Ge­ne­rał zba­dał uważ­nym spoj­rze­niem jej twarz. Po to wy­bra­li się na na­ra­dę we dwój­kę. Wszy­scy pa­trzy­li na La­skol­ny­ka, ob­ser­wo­wa­li La­skol­ny­ka i słu­cha­li, co La­skol­nyk mówi. Na to­wa­rzy­szą­cą mu małą blon­dyn­kę le­d­wo ra­czy­li rzu­cić okiem.

Za to ona mo­gła ob­ser­wo­wać ich do woli.

— Ale to ni­cze­go nie zmie­nia, praw­da? — za­py­tał.

1 ... 101 102 103 104 105 106 107 108 109 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)