Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Zaskoczyli ją. Więc taki mieli plan? Czy dowódca niewolniczej armii zdawał sobie sprawę, ile statków potrzeba, by przewieźć sto czy dwieście tysięcy ludzi? Ile to będzie trwało i kosztowało? Kapitanowie okrętów nie słyną z miękkich serc, a jeśli poczują się zagrożeni, po prostu uciekną na morze. Trudno ich zmusić do współpracy siłą, a kupić… Gdzie ten bezdenny skarbiec, który zapewni niewolnikom pieniądze na transport?
Jeśli Laskolnyk też o tym pomyślał, nie dał po sobie nic poznać.
— Wyjdziecie z lasów na równiny, gdzie słonie wdepczą was w ziemię — rzucił krótko, stukając palcem w mapę.
— Nie, jeśli tutaj dokończymy sprawę z Sehrawinem. Wtedy nie będzie już wojsk, które mogłyby nas powstrzymać. Bez wsparcia piechoty, konnicy, łuczników i magów resztka jego armii jest gówno warta. Zabijemy i zjemy ich słonie, podobno są dość smaczne, zdobędziemy machiny oblężnicze i dość broni, by uzbroić się jak należy. A zanim tutejsi książęta dogadają się ze sobą, zanim dojdą do porozumienia, który z nich ma poskromić tę dzikuskę zasiadającą na tronie Konoweryn, my będziemy mieli sto tysięcy żołnierzy. Co ty na taki plan, generale?
Laskolnyk zmierzył go wzrokiem. Potem zerknął na stół i podniósł papier pokryty równymi rzędami liter i cyfr.
— Dużo broni zdobyliście dzisiejszej nocy?
— Sporo jest zniszczonej. Zwłaszcza tam, gdzie walczyli Uawari Nahs.
Nie dało się nie zauważyć uśmiechu Uware Lwa. Ale Kahel-saw-Kirhu też się uśmiechał, gdy kontynuował:
— Ale mamy dość pancerzy, hełmów, tarcz, mieczy i włóczni, by uzbroić trzy pełne pułki. I prawie dwa tysiące świetnych wojskowych łuków. I ze trzy setki kawaleryjskich koni oraz kilka razy więcej wojskowych rzędów.
Spoważniał nagle.
— Moja prośba, generale, się nie zmieniła. Potrzebuję kogoś, kto pojedzie z poselstwem do Deany d’Kllean. Kto może przemówić nie tylko w naszym imieniu, ale i w imieniu Imperium. Nie chcemy z nią walczyć. Większość niewolników z Konoweryn jest już u nas. Niech wyzwoli resztę i pozwoli nam dokończyć sprawę z Hantarem. Pomaszerujemy na Geghii, a potem… do domu. Jeśli Wielka Matka pozwoli.
Kailean zerknęła na twarz Laskolnyka. Nic. Nawet ona nie potrafiła nic z niej wyczytać.
Co myślał? Co planował? Nieważne. Kha-dar to kha-dar. Będzie wiedział, co trzeba zrobić.
Wreszcie generał skinął głową.
— Dobrze. Pojedziemy. Ale zanim przemówię w waszej sprawie, przemówię w imieniu Imperium, bo to da nam szansę, żeby nie powiesili nas na pierwszym drzewie.
Kor’ben Olhewar uśmiechnął się lekko.
— Byłem kiedyś w Białym Konoweryn. Tam nie ma drzew dość wysokich dla takiej osobistości.
Spojrzenie Laskolnyka starło uśmiech z twarzy Wozaka.
— Nie sądzę, bym musiał jechać aż do stolicy. Spotkam się z Panią Płomieni gdzieś w połowie drogi, bo gdy tylko rozejdzie się wieść, że oblegacie Pomwe, wyruszy przeciw wam z całą armią.
* * *
Obóz Pułku Wilka, w którym czaardan odpoczywał, zdążył się już zwinąć. Znikły namioty, po ogniskach zostały tylko wypalone w trawie czarne kręgi, usunięto stojaki z bronią i warsztat kowalski. Jedynie pod wschodnią stroną wału kilkudziesięciu najciężej rannych żołnierzy czekało na ewakuację.
Kailean uderzyło to, jak o nich pomyślała. Żołnierze. Nie „buntownicy”, albo „niewolnicy”. Żołnierze.
Oddział, w którym walczyła przez większość nocy, którym dowodziła, nie ustępował zaciętością ani dyscypliną zawodowej kawalerii. Ale było w nich coś jeszcze. Imperialni żołnierze, plemienni wojownicy, nawet Błyskawice Yawenyra zawsze mają świadomość, że ostatnią deską ratunku jest rzucenie broni i poddanie się. Niechby i okupione wieloletnią niewolą, ale zawsze jest szansa, że wróg nie usiecze cię na miejscu. Może poobija ci kości, z pewnością obrabuje i zniewoli, lecz pozwoli żyć.
Żyć… więcej nie trzeba.
W tych żołnierzach tego nie widziała. Chęci życia za wszelką cenę. Nie, nie chęci: wiary, że poddanie się może ocalić życie. Szli do walki ze świadomością, że ta droga jest dla nich zamknięta, i mimo to nie oglądali się za siebie. Bez wahania. Niedobrze jest mieć takich ludzi za wrogów.
Laskolnyk zmierzał ku namiotom czaardanu. Milczał, wpatrzony w punkt między końskimi uszami, poruszał tylko od czasu do czasu szczęką, jakby przeżuwał kawałek rzemienia. Kailean nie przeszkadzała mu. Odkąd opuścili naradę u Krwawego Kahelle, miała świadomość, że ciężar, jaki kha-dar bierze na barki, jest sto razy większy, niż myślała. Ich grupka wrzucona między rozpędzone żarna powstańczej armii, konowerskich wojsk i interesów Meekhanu – oraz, bądźmy szczerzy, interesów wielu innych sił, o których nie mieli pojęcia – mogła zostać zmielona na proch. Albo zaważyć o losach tysięcy. Dowódca zauważył wreszcie, że dziewczyna mu się przygląda, ściągnął cugle, zrównując ich konie.
— Zamyśliłaś się, Kailean.
— Ja? Ja tylko siedzę w siodle, z łuku strzelam i czasem szablą machnę. O czym tu myśleć?
— Aha… Pogratulowałem ci już ataku na czarowników?
— A czego tu gratulować?
— Uderzyłaś, gdy większość dowódców uciekłaby, widząc taki pokaz magii. Zrobiłaś, co należało, kiedy trzeba i dokładnie tak, jak powinno to zostać zrobione.
Wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała, ile w tym było jej własnej odwagi, a ile determinacji Berdetha.
— Miałam szczęście. I głupio byłoby pozwolić im spalić piechotę, skoro już tak umęczyliśmy czarowników. Teraz Uawari Nahs mają u nas dług.
Generał zbadał uważnym spojrzeniem jej twarz. Po to wybrali się na naradę we dwójkę. Wszyscy patrzyli na Laskolnyka, obserwowali Laskolnyka i słuchali, co Laskolnyk mówi. Na towarzyszącą mu małą blondynkę ledwo raczyli rzucić okiem.
Za to ona mogła obserwować ich do woli.
— Ale to niczego nie zmienia, prawda? — zapytał.