Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Tak, to prawda; ale choć jesteś sam, uczyniłeś już wiele i uczynisz jeszcze więcej, jestem tego pewien. Jednakże trzeba, by ktoś tobą kierował w pełnym przygód życiu, jakie sobie obrałeś, jeśli się bowiem nie mylę, przybyłeś do Paryża z ambitną myślą zrobienia kariery.
— Jestem w wieku szalonych nadziei, Wasza Dostojność — rzekł d’Artagnan.
— Szalone nadzieje są dla głupców, mości panie, a ty jesteś człowiekiem z głową. Nuże, co powiesz o szarży chorążego w mojej gwardii i kompanii po wojnie?
— Ach, Wasza Dostojność!
— Przyjmujesz oczywiście?
— Wasza Dostojność — zaczął d’Artagnan z zakłopotaną miną.
— Jak to, odmawiasz? — zawołał kardynał ze zdumieniem.
— Jestem w gwardii Jego Królewskiej Mości i nie mam powodów do niezadowolenia, Wasza Dostojność.
— Ale zdaje mi się — rzekł kardynał — że moi gwardziści są również gwardzistami Jego Królewskiej Mości i że służąc we francuskiej jednostce służy się królowi.
— Wasza Eminencja źle zrozumiał moje słowa.
— Chciałbyś pozoru, prawda? Rozumiem. Ale i owszem, masz pozór. Awans, początek kampanii, okazja, jaką ci daję — oto pozory dla ludzi; tobie samemu zaś trzeba niezawodnej opieki, dobrze bowiem, byś wiedział, mości d’Artagnanie, że doszły mnie nie byle jakie skargi na ciebie, nie poświęcasz swych dni i nocy wyłącznie służbie dla króla.
D’Artagnan zarumienił się.
— Zresztą — ciągnął kardynał kładąc rękę na stosie papierów — mam tu wszystkie akta dotyczące ciebie; ale przed lekturą chciałem porozmawiać z tobą. Wiem, żeś człowiek rezolutny, i gdybyś w dobrym kierunku skierował swoje usługi, mogłyby ci przynieść wiele korzyści, zamiast przynosić ci zło. Zastanów się zatem i zdecyduj.
— Dobroć Waszej Dostojności wprawia mnie w pomieszanie — odparł d’Artagnan — wielkoduszność Waszej Eminencji czyni mnie małym jak robak; ale skoro Wasza Dostojność pozwala mi mówić szczerze...
D’Artagnan urwał.
— Tak, mów.
— Dobrze więc, powiem Waszej Eminencji, że wszyscy moi przyjaciele są w muszkieterach i w gwardii królewskiej, a moi wrogowie, na skutek niepojętej fatalności losu, w gwardii kardynalskiej; jedni i drudzy patrzyliby na mnie krzywo, gdybym przystał na propozycję Waszej Eminencji.
— Czyżbyś był już tak pyszny, by mniemać, że ofiarowuję ci mniej, niż jesteś wart, mój panie? — rzekł kardynał z pogardliwym uśmiechem.
— Wasza Dostojność jest po stokroć za dobry dla mnie i, przeciwnie, myślę, że zdziałałem jeszcze zbyt mało, by stać się godnym jego łask. Rozpocznie się oblężenie La Rochelle; będę walczył pod okiem Waszej Eminencji i jeśli będę miał szczęście zachować się tak, że zasłużę na jego uwagę, moje czyny usprawiedliwią dobroć, którą Wasza Eminencja raczy mnie zaszczycać. Na wszystko musi przyjść czas, Wasza Dostojność; być może później będę miał prawo ofiarować swe usługi Waszej Dostojności, podczas gdy dziś będzie to wyglądało na sprzedaż.
— To znaczy, że odmawiasz służby u mnie, mości panie — rzekł kardynał z przykrością, w głosie jego pobrzmiewał wszakże ton szacunku — pozostań więc wolny i zachowaj swoje nienawiści i sympatie.
— Wasza Dostojność...
— Dobrze, dobrze — rzekł kardynał — nie mam ci tego za złe; ale rozumiesz, dość ma się kłopotu z bronieniem i wynagradzaniem przyjaciół, nic zaś nie jest się winnym wrogom. Dam ci jednak radę; miej się na baczności, mości d’Artagnanie, ponieważ z chwilą gdy wypuszczę cię spod mojej opieki, nie dałbym za twoje życie złamanego grosza.
— Będę się starał, Wasza Dostojność — odparł Gaskończyk z szlachetną pewnością siebie.
— Później, jeśli ci się zdarzy jakie nieszczęście — rzekł Richelieu z naciskiem — pamiętaj, że to ja ciebie szukałem i uczyniłem wszystko, co mogłem, by do tego nieszczęścia nie doszło.
— Cokolwiek się stanie — powiedział d’Artagnan kładąc rękę na piersi i kłaniając się — będę wiecznie żywił wdzięczność dla Waszej Eminencji za to, coś uczynił dla mnie w tej chwili.
— Dobrze więc, mości d’Artagnanie, spotkamy się po kampanii, jak to sam powiedziałeś. Będę cię miał na oku, bo i ja tam będę — rzekł kardynał, wskazując d’Artagnanowi palcem wspaniałą zbroję, którą miał włożyć — a po naszym powrocie, cóż, zobaczymy!
— Ach, Wasza Dostojność — zawołał d’Artagnan — zechciej mi oszczędzić ciężaru swej niełaski; pozostań obojętny, jeśli sądzisz, że postępuję jak uczciwy człowiek.
— Młodzieńcze — rzekł Richelieu — jeśli będę mógł jeszcze raz ci powiedzieć, co powiedziałem dzisiaj, uczynię to.
Ostatnie słowa kardynała wyrażały wielkie powątpiewanie; zbiły one d’Artagnana bardziej z tropu niż groźba, było to bowiem ostrzeżenie. Kardynał chciał go więc uprzedzić, że jakieś nieszczęście mu grozi. Otworzył już usta, by odpowiedzieć, ale kardynał pożegnał go wyniosłym gestem.
D’Artagnan wyszedł, ale przy drzwiach opuściła go odwaga i niewiele brakowało, a byłby wrócił. Ujrzał jednak w wyobraźni poważną i surową twarz Atosa: gdyby zawarł pakt z kardynałem, Atos nie podałby mu ręki, Atos wyparłby się go.
Ta obawa powstrzymała go, tak bowiem potężny jest wpływ prawdziwie wielkiego charakteru na otoczenie.
D’Artagnan zszedł tymi samymi schodami i zastał przy bramie Atosa oraz czterech muszkieterów; czekali jego powrotu i już zaczynali się niepokoić.
D’Artagnan rozproszył ich obawy jednym słowem, a Planchet pobiegł uprzedzić inne posterunki, że nie ma po co pozostawać dłużej, skoro jego pan zdrowy i cały wyszedł z pałacu kardynała.
Kiedy wrócili do Atosa, Aramis i Portos zapytali d’Artagnana o przyczynę tej szczególnej rozmowy. Ale d’Artagnan powiedział tylko, że pan de Richelieu wezwał go, by ofiarować mu stopień chorążego w swej gwardii, i że on odmówił.
— I postąpiłeś słusznie — zawołał jednocześnie Portos i Aramis.
Atos zamyślił się głęboko i nic nie powiedział. Ale kiedy już byli sami, rzekł:
— Zrobiłeś, co powinieneś był zrobić, d’Artagnanie, ale być może popełniłeś błąd.
D’Artagnan westchnął; ten głos bowiem był odpowiedzią na tajemny głos jego duszy, który mówił, że czekają go wielkie nieszczęścia.
Dzień następny minął na przygotowaniach do podróży. D’Artagnan poszedł pożegnać pana de Tréville. Przypuszczano, że gwardziści i muszkieterowie rozstają się na krótko, król bowiem był tego dnia w parlamencie i miał ruszyć nazajutrz. Pan de Tréville zapytał więc d’Artagnana, czy czegoś nie potrzebuje, ale d’Artagnan odparł dumnie, że mu na niczym nie zbywa.
Wieczorem zaprzyjaźnieni wojacy z kompanii pana des Essarts i z kompanii pana de Tréville zeszli się razem. Rozstawano się, by spotkać się Bóg wie kiedy i Bóg wie w jakich okolicznościach. Noc upłynęła bardzo wesoło, wiadomo bowiem, że w takich razach lekarstwem na największą troskę jest tylko zupełna beztroska.
Nazajutrz przyjaciele rozstali się przy pierwszych dźwiękach trąbki: muszkieterowie pośpieszyli do pałacu pana de Tréville, gwardziści do pałacu pana des Essarts. Dowódcy poprowadzili swoje kompanie do Luwru, gdzie król odbierał defiladę.
Monarcha był smutny i wyglądał na chorego, jakoż i minę miał mniej wyniosłą niż zwykle. Poprzedniego dnia gorączka chwyciła go w parlamencie, właśnie wówczas, gdy odprawiały się królewskie sądy. Postanowił jednak wyruszyć wieczorem. Mimo uwag, które mu robiono, chciał odebrać defiladę, mając nadzieję, że w ten sposób zwalczy chorobę.