Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 253
Перейти на страницу:

— W tym cały problem — odparł Lio. — Istniała już od wieków, kiedy pojawiła się idea matemów, fraa i suur. Dlatego nie można oczekiwać, że będzie funkcjonować w zgodzie z zasadami, jakie zwykle kojarzą nam się z zakonami.

— Mówisz o niej w czasie teraźniejszym zauważyłem.

Criscan zaniepokoił się, ale nic nie powiedział. Lio zadarł głowę i zwolnił kroku.

— O co chodzi? — zapytałem. — Czym się tak denerwujecie?

— Niektórzy podejrzewają, że Estemard też do niej należał — wyjaśnił Lio.

— Przecież Estemard był edharczykiem!

— To dodatkowa komplikacja.

— Komplikacja? Dla kogo?

— Dla ciebie i dla mnie na pewno — odparł Criscan.

— Czemu? Bo też jesteśmy edharczykami?

— Właśnie.

Criscan spojrzał znacząco na Lio.

— Ufam mu całkowicie — zapewniłem go. — Możesz przy nim powiedzieć wszystko, co chciałbyś powiedzieć mnie jak edharczyk edharczykowi.

— Dobrze. Nie dziwię się, że o tym nie słyszałeś, bo jesteś w zakonie dopiero od paru miesięcy i w dodatku jesteś tylko… no…

— Zwykłym dziesiętnikiem? — podsunąłem. — Śmiało, nie obrażę się.

Ale poczułem się urażony. Za plecami Criscana Lio zrobił zabawną minę, która pomogła mi znieść upokorzenie.

— Gdyby nie to, na pewno słyszałbyś jakieś plotki. Pogłoski.

— Jakie pogłoski?

— Przede wszystkim takie, że edharczycy są z natury trochę… szurnięci. Tajemniczy.

— To prawda, znam ludzi, którzy mogliby tak powiedzieć.

— No właśnie. W takim razie zdajesz sobie również sprawę, że jednym z powodów, dla których na edharczyków krzywo się patrzy, jest obawa, że zamiłowanie do Hylaejskiego Świata Teorycznego mogłoby okazać się dla nas ważniejsze niż wierność wobec Dyscypliny i zasad Rekonstrukcji.

— To nie fair, ale chyba rozumiem, dlaczego niektórzy tak myślą.

— Albo udają, że tak myślą, jeśli dzięki temu mogą pogrozić edharczykom — dodał Lio.

— Wyobraź sobie teraz, że kiedyś istniała dynastia… powiedzmy, ultraedharczyków. A jeśli nawet tak naprawdę nie istniała, to wszyscy myśleli, że istnieje.

— Chcesz powiedzieć, że ludzie podejrzewają jakiś związek między Dynastią i naszym zakonem?

Criscan skinął głową.

— Niektórzy posuwają się wręcz do oskarżeń, że Zakon Saunta Edhara to pic na wodę, przykrywka dla wyznawców teglonu.

Biorąc pod uwagę wkład edharczyków w rozwój teoryki na przestrzeni dziejów, z łatwością odrzuciłem tę niedorzeczną tezę, ale jedno słowo obudziło moje zainteresowanie.

— Wyznawców… — powtórzyłem.

Setnik westchnął.

— Ci, którzy rozpowszechniają takie plotki…

— Uważają także, że nasza wiara w HŚT niczym się nie różni od religii — dokończyłem. — Poza tym jest im na rękę rozpowiadanie wszem wobec, że w samym sercu edharskiego zakonu funkcjonuje potajemny kult.

Criscan pokiwał głową.

— A funkcjonuje? — zainteresował się Lio.

Wyrżnąłbym go w ucho, gdybym tylko miał pewność, że ujdzie mi to płazem. Criscan, który nie znał jego poczucia humoru, bardzo się przejął tym pytaniem.

— Co dokładnie robił Estemard, kiedy zajmował się swoją profesją? — zapytałem Lio. — Czytał książki? Próbował rozwiązać teglon? Palił świece i recytował zaklęcia?

— Głównie czytał książki. Bardzo stare. Pozostawione przez ludzi, których w swoim czasie również podejrzewano o przynależność do Dynastii.

— Interesujące, ale chyba nieszkodliwe hobby.

— Rzucało się też w oczy, że bardziej niż inni interesuje się milenarystami. Słuchając ich śpiewów podczas rytów, sporządzał notatki.

— Jak inaczej możną je zrozumieć?

— W dodatku często bywał w górnym labiryncie.

— No, to rzeczywiście jest trochę niezwykłe… — przyznałem. — Czy jednym z elementów nimbu tajemniczości otaczającego Dynastię jest domniemanie, że jej członkowie naruszają Dyscyplinę? Że porozumiewają się ponad granicami matemów?

— Tak. To się wpisuje w tę całą teorię spiskową. Edharczykom zarzuca się najczęściej, że uważają swoje prace za głębsze i ważniejsze od dokonań innych; że pogoń za prawdami Hylaejskiego Świata Teorycznego przesłania im Dyscyplinę. Dlatego jeśli dążenie do tych prawd miałoby od nich wymagać porozumiewania się z deklarantami z innych matemów — albo wręcz ze statystami! — nie wahają się tego zrobić.

Im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej niedorzecznie brzmiały dla mnie słowa Criscana; zaczynałem podejrzewać, że jest po prostu jednym z wielu szurniętych setników. Nic jednak nie powiedziałem: przed oczami miałem obraz Orola i Sammanna, prowadzących zakazane obserwacje i spotykających się w winnicy.

— Ze statystami?! — prychnął Lio. — Jakich statystów miałby interesować problem teoryczny sprzed sześciu tysięcy lat?

— Na przykład takich, wśród których od dwóch dni się obracamy — odparł Criscan.

Podczas tej rozmowy zatrzymaliśmy się i dopiero teraz zrobiłem zdecydowany krok do przodu.

— Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, nie pomagamy sobie, kręcąc się tutaj.

Criscan w lot pojął znaczenie moich słów, Lio zaś spojrzał na mnie pytająco. Mówiłem więc dalej:

— Do Saunta Tredegarha ściągają deklaranci z całego świata. Hierarchowie z pewnością pilnują, kto już dotarł na miejsce i z którego koncentu. A my, grupa złożona w większości z edharczyków i pochodząca, nomen omen, z koncentu Saunta Edhara, na pewno się spóźnimy…

— Ponieważ naginamy reguły Dyscypliny i włóczymy się wśród deolatrów… — Teraz i Lio zaczynał rozumieć.

— Szukając dwóch zbłąkanych fraa, którzy idealnie wpisują się w cytowany przez Criscana stereotyp.

Parę minut później stanęliśmy z Lio na szczycie, zostawiwszy zasapanego Criscana w tyle. Cała ta dziwaczna rozmowa bardzo nas rozstroiła i końcowy odcinek wspinaczki praktycznie przebiegliśmy — nie dlatego, że jakoś nam się szczególnie spieszyło, chcieliśmy po prostu spalić nadmiar rozpierającej nas energii.

Wierzchołek Kopca Bly’a mógł wyglądać naprawdę uroczo w czasach, gdy siadywał na nim saunt Bly. Swoje istnienie zawdzięczał twardemu ostańcowi skalnemu, który oparł się erozji i osłonił przed nią bardziej miękki materiał pod spodem, podczas gdy wszystko inne w promieniu wielu mil zostało zdarte przez wiatr i zmyte przez wodę. Na szczycie zmieściłby się spory dom, taki na przykład jak rodzinny dom Jesry’ego, ale w ciągu tysięcy lat wciśnięto tam mnóstwo różnych budowli. Dolną warstwę stanowiła podmurówka, kamienna lub ceglana, przytwierdzona zaprawą bezpośrednio do twardej skały macierzystej. Późniejsze pokolenia oblały ją syntetycznym kamieniem, tworząc bastiony, koszary, szańce, zagrody na sprzęt oraz fundamenty pod wszelkiej maści anteny i wieże. Te z kolei modyfikowano i łączono ze sobą, połączenia z czasem zużywały się, rdzewiały, niszczały — wówczas odnawiano je lub grzebano pod warstwą nowych konstrukcji. Kamień (naturalny i syntetyczny) upstrzyły brunatne plamy rdzy ze wszystkich metalowych struktur, które przewinęły się przez kopiec na przestrzeni wieków. Jak na tak niewielką przestrzeń, plątanina była zdumiewająco skomplikowana — nadawałaby się dla dzieci, które buszowałyby wśród ruin całymi godzinami. Lio i ja nie wyrośliśmy z wieku dziecięcego tak znowu daleko, żeby zupełnie nie odczuwać tej pokusy, ale mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie. Zaczęliśmy wypatrywać oznak zamieszkania. Naszą uwagę przyciągnął przede wszystkim teleskop, zbudowany na wysokiej platformie, w przeszłości stanowiącej fundament obwieszonej antenami wieży. Zlepek metalowych części i skrawków przywodził na myśl dzieło sztuki stworzone przez Cord lub któregoś z jej znajomych w warsztacie spawalniczym. Zajrzawszy do środka, dostrzegliśmy jednak doskonałe, ręcznie szlifowane zwierciadło, mierzące dobrze ponad dwanaście cali średnicy. Domyślaliśmy się, że teleskop ma wbudowany napęd biegunowy sklecony z silniczków, przekładni i łożysk niewiadomego pochodzenia. Podążając tropem kolejnych dowodów rzeczowych, przeszliśmy przez platformę do zewnętrznych schodów, które doprowadziły nas do drugiego podestu, niższego, od południowej strony. Wyposażony został w grill do mięsa, krzesła i stolik z nieprzemakalnego poliplastu i olbrzymi parasol. Ktoś poukładał dziecięce zabawki w poliplastowym pudełku ze zgoła niedziecięcą schludnością — tak jakby dzieci wpadały tu czasem się pobawić, ale nie robiły tego codziennie. Drzwi prowadziły z platformy do labiryntu pomieszczeń niewiele większych niż schowki na szczotki, przerobionego na dom mieszkalny. Ktokolwiek w nim mieszkał, nie był to Orolo: sądząc po wiszących na ścianach fototypach, dom należał do jakiegoś starszego mężczyzny z młodą żoną i co najmniej dwoma pokoleniami potomków. Liczba ikon prawie dorównywała liczbie fototypów, z czego wnioskowałem, że znaleźliśmy się w mieszkaniu deolatrów.

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)