Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 173
Перейти на страницу:

Jej cór­ka sku­li­ła się z twa­rzą wy­krzy­wio­ną cier­pie­niem.

Neoszep­nę­ła.

Au­fa­ra­ridl dihm equ­riel. A’n terl­lo­wo­ann fooq’t bell.

Na­alee fe­equ­rell...

Daag! Au­fa­ra­ridl!

– Je­steś upar­ta, Aonel – mruk­nę­ła star­sza ko­bie­ta. – Zu­peł­nie jak ja.

Dziew­czy­na roz­pła­ka­ła się.

– A’n, nie chcia­łam. My­śla­łam, że ukra­dli­śmy qu­re­en­tanl Miecz. Że wy­mie­ni­my go na Na­alee. Stra­ci­łam dwóch al­rand’ll, żeby go zdo­być. I po co? Żeby ten ar­r­du’ns był two­im aqurdel­lym’s? Neo! A’n temdl qu aqur­del­lym­serdl!

Star­sza po­zo­sta­ła nie­ubła­ga­na.

– Po­proś go, albo wyjdź.

El­l­dan­wee...

– Dość! Ja nie mam cza­su. Po­proś go!

Aonel zła­ma­ła się wresz­cie. Pan­cerz za­dzior­no­ści i od­wa­gi spły­nął z niej, od­kry­wa­jąc mięk­kie wnę­trze. Mło­dą, zroz­pa­czo­ną dziew­czy­nę, któ­ra wła­śnie mia­ła po­pro­sić ko­goś o tru­ci­znę dla wła­snej mat­ki. Alt­sin pa­trzył na dwie łzy spły­wa­ją­ce jej po po­licz­kach i... nie czuł nic. Lód cią­gle trzy­mał go w ob­ję­ciach i był mu za to bar­dzo wdzięcz­ny.

– Czy... – za­jąk­nę­ła się, nie pa­trząc mu w oczy. – Czy tfo­ja dłoń feen’dd czwi do Domu Snu dee el­l­dan­wee?

– Tak. Moja dłoń otwo­rzy te drzwi. – Po­dał jej bu­te­lecz­kę. – Niech jej ścież­ka bę­dzie sze­ro­ka.

Cof­nął się. W tym mo­men­cie jego rola się skoń­czy­ła. Pra­wie.

Pa­trzył, jak dziew­czy­na pod­cho­dzi do mat­ki, obej­mu­je ją, chce przy­tu­lić. Wi­dział, jak ra­mio­na star­szej na­prę­ża­ją łań­cu­chy w da­rem­nej pró­bie od­wza­jem­nie­nia uści­sku. Obie szep­ta­ły coś do sie­bie go­rącz­ko­wo, szyb­ko, zdu­szo­nym gło­sem, prze­rzu­ca­jąc się sło­wa­mi, któ­rych nie znał. Aonel do­ty­ka­ła pal­ca­mi twa­rzy mat­ki, wo­dzi­ła po niej, jak­by pró­bu­jąc sczy­tać i za­pa­mię­tać mapę bólu, wy­ry­tą w bruz­dach za­pad­nię­tych po­licz­ków i bli­znach na gło­wie. Nie wi­dział, czy dziew­czy­na pła­cze, nie ob­cho­dzi­ło go to. Od­wró­cił się ple­ca­mi do tej sce­ny, czu­jąc na­głe za­że­no­wa­nie. Żyły wciąż wy­peł­nia­ła mu lo­do­wa­ta wście­kłość, wi­dział wszyst­kie szcze­gó­ły nie­sa­mo­wi­cie wy­raź­nie, czar­ne ka­mie­nie ścian, za­pra­wę mię­dzy nimi, swój cień, rzu­ca­ny przez świa­tło po­chod­ni. Szep­ty za ple­ca­mi uci­chły, za­czął po­wo­li li­czyć.

Za­nim do­szedł do trzy­dzie­stu, usły­szał zdu­szo­ny szloch.

Młod­sza z ko­biet pła­ka­ła, uwie­szo­na ra­mion star­szej.

Neo gre’nnet el­l­dan­wee... neo...

Pod­szedł do niej, wy­cią­gnął bu­te­lecz­kę z dło­ni.

– Nie mamy cza­su na bab­skie roz­tkli­wia­nie się – wark­nął. – Ka­pła­ni mogą w każ­dej chwi­li wró­cić.

Ode­rwał ją od mat­ki i bru­tal­nie pchnął w stro­nę wyj­ścia.

– Po­cze­kaj tam.

Zmie­ni­ła się w ułam­ku se­kun­dy, twarz ścią­gnę­ła jej fu­ria, za­sy­cza­ła coś, co mu­sia­ło być prze­kleń­stwem. Się­gnę­ła do pasa.

Vent’hpo­wie­dzia­ła star­sza. – Idź, Aonel, za­cze­kaj za drzwia­mi.

Cenn...

– Idź! On ma ra­cję, nie ma­cie tyle cza­su.

Dziew­czy­na jak­by się skur­czy­ła, opu­ści­ła gło­wę, za­czę­ła drżeć. Zło­dziej pa­trzył, jak idzie w stro­nę drzwi i zni­ka w ciem­no­ściach.

– To ile mia­ło być, dwa­na­ście kro­pel?

Sam się zdzi­wił spo­ko­jem w swo­im gło­sie.

– Tak. – Przy­ku­ta ko­bie­ta unio­sła gło­wę. – Dwa­na­ście.

Po czwar­tej za­mknę­ła usta.

– Two­ja dłoń... – szep­nę­ła. – Je­śli zra­ni­łeś ją o tę klin­gę, to ża­den uzdro­wi­ciel ci nie po­mo­że. Rany za­da­ne tą bro­nią nie goją się.

– Zo­ba­czy­my – mruk­nął.

Zwró­ci­ła ku nie­mu twarz.

– Wiesz, już daw­no mo­głeś wyjść z tego lo­chu. Li­tość... współ­czu­cie... mimo lodu. – Uśmiech­nę­ła się pra­wie rzew­nie. – Moja cór­ka nie jest tak sil­na, jak my­śli, to, co wła­śnie zdją­łeś jej z bar­ków, zła­ma­ło­by ją jak su­chą trzci­nę... Mu­szę ci po­dzię­ko­wać... gdy­by ktoś po­wie­dział mi...

De­li­kat­nie po­ło­żył pa­lec na jej war­gach.

– Zna­łem ko­goś, kto twier­dził, że ba­bom tyl­ko śmierć może za­mknąć usta – wy­szep­tał.

Za­śmia­ła się krót­ko.

– Masz ra­cję. – Przez chwi­lę wy­glą­da­ła, jak­by na czymś się sku­pia­ła. – Wasi al­che­mi­cy są bie­gli w swo­jej sztu­ce... chy­ba po­zna­ję nie­któ­re skład­ni­ki, dwa­na­ście kro­pel to aż nad­to.

Otwo­rzy­ła usta.

– ... pięć, sześć, sie­dem... – li­czył spa­da­ją­ce kro­ple, kon­cen­tru­jąc się na każ­dej, żeby tyl­ko nie pa­trzeć jej w twarz – ... je­de­na­ście, dwa­na­ście. Wy­star­czy.

– Tak, te­raz już pój­dzie szyb­ko. Two­ja dłoń...

– To mój pro­blem.

– Rę­ko­jeść Den­go­tha­aga. Prze­ka­zu­je moc uzdra­wia­ją­cą temu, kto ją trzy­ma. Tyl­ko ona może cię ule­czyć. To taki – za­chwia­ła się – po­że­gnal­ny pre­zent od se­ehij­skiej wiedź­my. I jesz­cze... gdy odej­dę, oko­wy pusz­czą, ka­pła­ni wy­czu­ją to... i przyj­dą, żeby za­brać cia­ło... ma­cie mało cza­su...

Szarp­nę­ło nią, wy­gię­ło w przód, aż za­trzesz­czał krę­go­słup.

– Idź stąd... – stęk­nę­ła przez za­ci­śnię­te kur­czo­wo zęby. – Nie patrz...

Od­wró­cił się i wy­szedł. Po­czuł pierw­sze dresz­cze, lód za­czął prze­do­sta­wać się na ze­wnątrz, a to zna­czy­ło, że wkrót­ce ten pan­cerz prze­sta­nie go chro­nić. Wie­dział, że wi­dok ukrzy­żo­wa­nej na rę­ko­je­ści Mie­cza ko­bie­ty, ko­na­ją­cej od tru­ci­zny, któ­rą jej po­dał, bę­dzie go prze­śla­do­wał do koń­ca ży­cia. Wy­szcze­rzył się w ciem­no­ści. W ta­kim ra­zie trze­ba było za­ła­twić jesz­cze jed­ną spra­wę.

* * *

Zna­lazł ją w ką­cie pod drzwia­mi do fał­szy­we­go skarb­ca. Sku­lo­na, dy­go­czą­ca po­stać przy­tu­lo­na do że­la­znej pły­ty. Spoj­rzał na wpół od­su­nię­tą za­su­wę.

– Chcia­ła iść sama, nie pro­si­ła cię, że­byś jej to­wa­rzy­szy­ła.

Nie mu­siał do­da­wać: „I mnie też nie”.

Rzu­ci­ła mu pu­ste spoj­rze­nie.

– Mu­si­my iść, dziew­czy­no. – Lód za­czął się to­pić i Alt­sin przy­ła­pał się na za­ci­ska­niu szczęk aż do bólu. – Mu­si­my wyjść stąd i za­cze­kać w głów­nej kom­na­cie.

Wciąż pa­trzy­ła na nie­go tak, jak­by przed chwi­lą opu­ści­ła pa­lar­nię ane­shu. Po­ru­szy­ła war­ga­mi.

– Wyjść?

– Tak, wyjść.

Moc­niej przy­tu­li­ła się do sta­lo­wych drzwi.

Noe, a’n tel­l­gerst!

– Nie. Nie zo­sta­niesz tu. Wzią­łem na sie­bie cię­żar jej śmier­ci, nie mogę udźwi­gnąć i two­jej.

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)