Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Jej córka skuliła się z twarzą wykrzywioną cierpieniem.
– Neo – szepnęła.
– Aufararidl dihm equriel. A’n terllowoann fooq’t bell.
– Naalee feequrell...
– Daag! Aufararidl!
– Jesteś uparta, Aonel – mruknęła starsza kobieta. – Zupełnie jak ja.
Dziewczyna rozpłakała się.
– A’n, nie chciałam. Myślałam, że ukradliśmy qureentanl Miecz. Że wymienimy go na Naalee. Straciłam dwóch alrand’ll, żeby go zdobyć. I po co? Żeby ten arrdu’ns był twoim aqurdellym’s? Neo! A’n temdl qu aqurdellymserdl!
Starsza pozostała nieubłagana.
– Poproś go, albo wyjdź.
– Elldanwee...
– Dość! Ja nie mam czasu. Poproś go!
Aonel złamała się wreszcie. Pancerz zadziorności i odwagi spłynął z niej, odkrywając miękkie wnętrze. Młodą, zrozpaczoną dziewczynę, która właśnie miała poprosić kogoś o truciznę dla własnej matki. Altsin patrzył na dwie łzy spływające jej po policzkach i... nie czuł nic. Lód ciągle trzymał go w objęciach i był mu za to bardzo wdzięczny.
– Czy... – zająknęła się, nie patrząc mu w oczy. – Czy tfoja dłoń feen’dd czwi do Domu Snu dee elldanwee?
– Tak. Moja dłoń otworzy te drzwi. – Podał jej buteleczkę. – Niech jej ścieżka będzie szeroka.
Cofnął się. W tym momencie jego rola się skończyła. Prawie.
Patrzył, jak dziewczyna podchodzi do matki, obejmuje ją, chce przytulić. Widział, jak ramiona starszej naprężają łańcuchy w daremnej próbie odwzajemnienia uścisku. Obie szeptały coś do siebie gorączkowo, szybko, zduszonym głosem, przerzucając się słowami, których nie znał. Aonel dotykała palcami twarzy matki, wodziła po niej, jakby próbując sczytać i zapamiętać mapę bólu, wyrytą w bruzdach zapadniętych policzków i bliznach na głowie. Nie widział, czy dziewczyna płacze, nie obchodziło go to. Odwrócił się plecami do tej sceny, czując nagłe zażenowanie. Żyły wciąż wypełniała mu lodowata wściekłość, widział wszystkie szczegóły niesamowicie wyraźnie, czarne kamienie ścian, zaprawę między nimi, swój cień, rzucany przez światło pochodni. Szepty za plecami ucichły, zaczął powoli liczyć.
Zanim doszedł do trzydziestu, usłyszał zduszony szloch.
Młodsza z kobiet płakała, uwieszona ramion starszej.
– Neo gre’nnet elldanwee... neo...
Podszedł do niej, wyciągnął buteleczkę z dłoni.
– Nie mamy czasu na babskie roztkliwianie się – warknął. – Kapłani mogą w każdej chwili wrócić.
Oderwał ją od matki i brutalnie pchnął w stronę wyjścia.
– Poczekaj tam.
Zmieniła się w ułamku sekundy, twarz ściągnęła jej furia, zasyczała coś, co musiało być przekleństwem. Sięgnęła do pasa.
– Vent’h – powiedziała starsza. – Idź, Aonel, zaczekaj za drzwiami.
– Cenn...
– Idź! On ma rację, nie macie tyle czasu.
Dziewczyna jakby się skurczyła, opuściła głowę, zaczęła drżeć. Złodziej patrzył, jak idzie w stronę drzwi i znika w ciemnościach.
– To ile miało być, dwanaście kropel?
Sam się zdziwił spokojem w swoim głosie.
– Tak. – Przykuta kobieta uniosła głowę. – Dwanaście.
Po czwartej zamknęła usta.
– Twoja dłoń... – szepnęła. – Jeśli zraniłeś ją o tę klingę, to żaden uzdrowiciel ci nie pomoże. Rany zadane tą bronią nie goją się.
– Zobaczymy – mruknął.
Zwróciła ku niemu twarz.
– Wiesz, już dawno mogłeś wyjść z tego lochu. Litość... współczucie... mimo lodu. – Uśmiechnęła się prawie rzewnie. – Moja córka nie jest tak silna, jak myśli, to, co właśnie zdjąłeś jej z barków, złamałoby ją jak suchą trzcinę... Muszę ci podziękować... gdyby ktoś powiedział mi...
Delikatnie położył palec na jej wargach.
– Znałem kogoś, kto twierdził, że babom tylko śmierć może zamknąć usta – wyszeptał.
Zaśmiała się krótko.
– Masz rację. – Przez chwilę wyglądała, jakby na czymś się skupiała. – Wasi alchemicy są biegli w swojej sztuce... chyba poznaję niektóre składniki, dwanaście kropel to aż nadto.
Otworzyła usta.
– ... pięć, sześć, siedem... – liczył spadające krople, koncentrując się na każdej, żeby tylko nie patrzeć jej w twarz – ... jedenaście, dwanaście. Wystarczy.
– Tak, teraz już pójdzie szybko. Twoja dłoń...
– To mój problem.
– Rękojeść Dengothaaga. Przekazuje moc uzdrawiającą temu, kto ją trzyma. Tylko ona może cię uleczyć. To taki – zachwiała się – pożegnalny prezent od seehijskiej wiedźmy. I jeszcze... gdy odejdę, okowy puszczą, kapłani wyczują to... i przyjdą, żeby zabrać ciało... macie mało czasu...
Szarpnęło nią, wygięło w przód, aż zatrzeszczał kręgosłup.
– Idź stąd... – stęknęła przez zaciśnięte kurczowo zęby. – Nie patrz...
Odwrócił się i wyszedł. Poczuł pierwsze dreszcze, lód zaczął przedostawać się na zewnątrz, a to znaczyło, że wkrótce ten pancerz przestanie go chronić. Wiedział, że widok ukrzyżowanej na rękojeści Miecza kobiety, konającej od trucizny, którą jej podał, będzie go prześladował do końca życia. Wyszczerzył się w ciemności. W takim razie trzeba było załatwić jeszcze jedną sprawę.
* * *
Znalazł ją w kącie pod drzwiami do fałszywego skarbca. Skulona, dygocząca postać przytulona do żelaznej płyty. Spojrzał na wpół odsuniętą zasuwę.
– Chciała iść sama, nie prosiła cię, żebyś jej towarzyszyła.
Nie musiał dodawać: „I mnie też nie”.
Rzuciła mu puste spojrzenie.
– Musimy iść, dziewczyno. – Lód zaczął się topić i Altsin przyłapał się na zaciskaniu szczęk aż do bólu. – Musimy wyjść stąd i zaczekać w głównej komnacie.
Wciąż patrzyła na niego tak, jakby przed chwilą opuściła palarnię aneshu. Poruszyła wargami.
– Wyjść?
– Tak, wyjść.
Mocniej przytuliła się do stalowych drzwi.
– Noe, a’n tellgerst!
– Nie. Nie zostaniesz tu. Wziąłem na siebie ciężar jej śmierci, nie mogę udźwignąć i twojej.