Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Dziecko. O tym, że zamierzacie wrócić, wiedzieliśmy od miesięcy. Nie można wybudować dziesięciu tysięcy wozów bojowych i dwa razy tyle rydwanów i udawać, że to tylko zabawa. Prawie wszyscy w waszych obozach żyli tym powrotem, młodzi i starzy, rozmawiali o nim, przechwalali się, opowiadali o dawnych walkach. Sądzisz, że Yawenyr nie umieścił wśród was swoich oczu i uszu? Nawet stary i umierający jest sprytny jak lis i podstępny jak żmija. Zresztą jak na starca pukającego już do bram Domu Snu nieźle się trzyma, skoro jedzie teraz tutaj ze swoją gwardią, hę? Gdybyście wyruszyli przez step, ani jeden wóz nie wjechałby na tę wyżynę. Poszliście przez góry, plan szaleńczy i desperacki, ale dzięki niemu przynajmniej umrzecie w domu, a nie gdzieś po drodze.
Key’la poczuła się, jakby dostała w twarz.
– Skąd wiesz... skąd wiesz, że umrzemy?
– Bo prawie dwadzieścia lat jestem uzdrowicielką w Klanie Złamanego Kła i widziałam wiele wojen i wojenek między koczownikami. I wiem, że ani odwaga, ani mur z bojowych wozów, ani najbardziej szaleńcze szarże rydwanów nie wystarczą przeciw takiej sile, jaka tu stanie.
– Ty chcesz, żebyśmy przegrali, tak? Mam rację?
W jasnych oczach kobiety zagościł smutek.
– Sądzisz, że tego chcę? Że modlę się o to do Łaskawej Pani? Dwadzieścia lat jestem uzdrowicielką w Klanie Złamanego Kła, widziałam, jak większość z Wilków zmienia się z dzieci w dorosłych, zmienia szybko, czasem w ciągu jednego dnia, bo takie jest życie w tej krainie. Zszywałam ich rany, odbierałam ich dzieci i płakałam na ich pogrzebach. Stali się moją rodziną. A teraz... teraz Ojciec Wojny pośle Sahrendey pod wozackie miecze i topory, żeby stępili je własnymi ciałami, zanim rzuci do walki plemiona prawdziwych Se-kohlandczyków. Wierz mi, wolałabym, żebyście nie wracali. Nigdy. Ale skoro wróciliście, nie każ mi życzyć wam powodzenia. Bo powodzenie Verdanno to śmierć mojej rodziny. I niepowodzenie również.
Pod wpływem tego wzroku wszystkie gorzkie oskarżenia utknęły Key’li w gardle.
– Więc dlaczego mnie opatrujesz?
– A co innego może zrobić człowiek na widok skatowanego dziecka?
Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, świadoma, jak gorzki i cyniczny jest ten uśmiech.
– Gdy leżałam na ziemi, a oni mnie bili, ludzie wokół krzyczeli i śmiali się.
– Nie mówiłam o ludziach, tylko o człowieku. Ludzie to potwór o kamiennym sercu i stu gębach złaknionych krwi. Usiądź już, dobrze? Nie tak sobie wyobrażałaś tę wojnę, prawda?
Key’la opadła na posłanie i otuliła się pledem.
– Nie. Nie tak. W obozach... – zawahała się, próbując odnaleźć właściwe słowa. – W drodze na północ... wszyscy opowiadali o wojnie... Mówili o tym, jak nasze rydwany rozpędzą koczowników, jak na sam ich widok zawrócą konie i uciekną, krzycząc ze strachu. Mówili, że... że to już nie będzie rzeź bezbronnych karawan, jak w czasie Krwawego Marszu, ani walka z każdym plemieniem z osobna. Że teraz nie ma już plemion, są tylko Verdanno. Ze jesteśmy silni... że... – nagle głos odmówił jej posłuszeństwa, oczy zapiekły, a gdzieś w piersi wezbrała fala bezbrzeżnego smutku. – Moi bracia... mówili... przechwalali się, że podarują mi dziesięć zdobycznych... koni! A teraz nie wiem nawet, czy żyyyyją...!
Rozpłakała się. Coś, do czego nie mógł jej zmusić ani porywacz, ani banda wyrostków z kijami, ani budzący grozę „wybawca”, udało się tej jasnowłosej uzdrowicielce. Może dlatego, że tamci chcieli zobaczyć jej strach, a nawet mały tchórz ma dość dumy, by nie dawać satysfakcji wrogom, Tsaeran zaś nie chciała niczego poza porozmawianiem w rodzinnym języku.
– Cicho. – Kobieta objęła ją i przytuliła. – Już dobrze. To nie twoja wina, nie powinni cię zabierać na wojnę. Ale płacz, jeśli chcesz. Płacz to deszcz, który wymywa zaschniętą krew z naszych ran. Płacz.
Meekhanka tuliła ją, kołysząc łagodnie i nucąc pod nosem spokojną melodię.
Minęło trochę czasu, zanim Key’la się uspokoiła. Czerwona pręga na ścianie znikła, w namiocie zrobiło się ciemno.
– Już? Lepiej?
Było lepiej. Na tyle, że gdy się odezwała, głos jej nie drżał.
– Przepraszam.
– Nie ma za co. Sama czasem płaczę, gdy mnie bezsilność przyciśnie. To pomaga.
– My... nie płaczemy przy obcych.
– Skąd ja to znam. Sahrendey też nie płaczą publicznie. Dlaczego właściwie tak się nie lubicie?
– Co?
– Widziałam twoją minę, gdy rozmawiałaś z amenray. Wyglądało, jakbyś nie wiedziała, czy uciekać, czy rzucić mu się do gardła. A słyszałam, że potrafisz gryźć. – Błysnęła zębami. – W obozie opowiadają sobie o dziewczynce, która przegryzła ścięgno jednemu z tych kozich bobków.
Pokręciła głową.
– Nie zdążyłam, wyrwał się.
Cichy śmiech wypełnił ciemność. Był tak zaraźliwy, że po chwili Key’la wbrew sobie dołączyła do uzdrowicielki.
– Widzisz. Potrafisz się śmiać. To dobrze. Bolało coś?
– Tylko żebra.
– Czyli je masz. Powiesz mi, dlaczego Sahrendey tak was nie lubią?
– Oni nas?
– Tak. Choć nie tak, jak Se-kohlandczyków. Bardziej wami gardzą. Nie mówią wprost dlaczego, a ja nie podpytuję, bo musiałabym się zdradzić, że znam ich język, ale na wspomnienie Verdanno spluwają i rozcierają ślinę stopą, a to największa obelga, jaką może wyrazić Sahrendey. A wy? Czym wam zawinili?
Key’la przypomniała sobie, jaką minę miał ojciec za każdym razem, gdy wspominano Amanewe Czerwonego i jego lud. I nie tylko on. Nie było tych razów wiele, jakby nikt nie chciał rozmawiać o takich rzeczach, ale kiedyś, gdy była mała, bliźniacy opowiedzieli jej o brodatych potworach z twarzami malowanymi na biało, które przychodzą i mordują małe dzieci. Przestraszyli ją tak, że płakała przez całą noc. Kiedy ojciec się o tym dowiedział, po raz pierwszy i jedyny sprał ich rzemieniem, a mama – też po raz pierwszy i jedyny – zaśpiewała jej pewną smutną kołysankę, której słów dokładnie nie zapamiętała, ale która opowiadała o dzieciach idących spać w ciemnej ziemi dalekiego kraju. Poza tym nie wiedziała nic, to był sekret, którym starsze pokolenie niechętnie dzieliło się z młodszym.
– Nie wiem. Ale nienawidzą ich bardziej niż samego Ojca Wojny, choć nigdy z nimi nie walczyli. Przynajmniej o tym nie słyszałam.
– Ja też nie. Ale teraz, najpóźniej za dwa dni, będą walczyć. Wy i Sahrendey.
Och. Dwa dni.
– Tak. Dwa dni. Jesteśmy w pobliżu rzeki, wy nazywaliście ją Lassą, koczownicy mówią na nią Alesa. Ten obóz, z którego cię porwano, wyruszył spod gór i jest już pod wzgórzami. Podsłuchałam, jak o tym rozmawiają wojownicy. Jeśli utrzyma takie tempo, to jutro przejdzie wzgórza, a pojutrze stanie nad rzeką i wpadnie w pułapkę, bo oprócz plemion Danu Kreda będziemy tu i my, i Błyskawice z samym Yawenyrem na czele.
Przytuliła ją mocniej.
– Znów będę musiała zszywać im rany i wyciągać groty z ciał, leczyć poparzenia i odmrożenia od magii, a jeśli jakiemuś czarownikowi przyjdzie do głowy przywołać demony, to będę próbować leczyć rany, które nie powinny zostać zadane żadnemu człowiekowi. Będę patrzeć, jak umierają, i płakać na ich pogrzebach. Powiedz mi... co sądzisz o kobiecie, która płacze na pogrzebie wrogów swojej ojczyzny?
– Takiej, która nie może odwrócić się od pobitego dziecka? Okropna jest. I... boli!
Uzdrowicielka puściła ją i odsunęła się nieco.
– Przepraszam. Pójdę już. Powinnaś odpocząć. Nie martw się, do tego namiotu nikt nie zajrzy. A teraz połóż się i śpij.
Wyszła, nie oglądając się, a Key’la leżała dłuższy czas w ciemnościach. Ból powracał, tępy w żebrach i głowie, rwący w kolanie. Ale to nie było ważne. Liczyło się tylko, że obóz New’harr wyruszył i zmierza ku rzece. I nie wie, że czeka go tu walka nie z jednym Synem Wojny, lecz z dwoma i z samym Yawenyrem. Jak daleko mogą być? Trzydzieści, czterdzieści mil? Ile czasu... Ta myśl była bluźniercza, ale przecież i tak nie miała nic do stracenia. He czasu zajęłoby jej dotarcie do nich konno?