Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Ostrożnie dotykała jej nogi, szczególną uwagę poświęcając kolanu.
– Co za oni?
– Ooo? Masz jeszcze siły, żeby mówić? I czujesz się na tyle dobrze, żeby czuć ciekawość. Doskonale. Oni. Zwą ich Wilkami albo Widmowymi Wilkami, bo idąc do bitwy, malują twarze na biało, wyglądają wtedy jak upiory i Se-kohlandczycy boją się ich bardziej niż demonów Mroku.
– Przecież oni też są Se-kohlandczykami.
Tsaeran zaśmiała się cicho.
– Dobrze ci radzę, nie powtarzaj tego nikomu w tym obozie. Mogliby się poczuć bardzo urażeni. Oni to Sahrendey, choć nazwa ta obejmuje takie plemiona, jak Glyndoi, Sarakai, Mandehii, Kawoinowie czy Wehris. A ile wśród tych plemion jest szczepów i klanów, tego nikt nie zliczył. Na przykład ten to Klan Złamanego Kła z Glyndoi. Ci, których nazywacie Se-kohlandczykami, podbili ludy Sahrendey jeszcze przed wojną z Imperium, a nawet przed wojną z Wozakami, czasem zbrojnie, wyrzynając krnąbrne plemiona, częściej – co świadczy o mądrości i rozwadze – dyplomatycznie, oferując sojusze i przymierza. Sahrendey rozumieli, że... Boli? A tu?
Jej palce były zimne jak lód, a miejsca, które dotknęła, zdawały się tracić czucie. Stopniowo kolano przestawało dokuczać.
– Czary?
– Nie. Maść. – Uzdrowicielka wyciągnęła zza paska mały dzbanuszek, wetknęła w niego palec i roztarła maź po pozostałych. – Jak widzisz, sprawę posłuszeństwa pewnej krnąbrnej niewolnicy mamy już rozwiązaną. O czym mówiłam?
– Ze ich podbili.
– Właśnie, podbili. Można podbić ogniem i mieczem, a można traktatami i fałszywymi sojuszami. Sahrendey rozumieli, że lepszy kiepski sojusz niż porządna rzeź, jednak wiedzą już, że nie najlepiej na tym wyszli. Teraz są dowodzeni przez Amanewe Czerwonego, wodza z ich ludu, któremu jednak jako jedynemu z Synów Wojny nie wolno mieć oddziałów Jeźdźców Burzy. Mają własne prawa i czczą Panią Stepów jak ich przodkowie, ale muszą też kłaniać się Panu Burz, który jest bogiem Se-kohlandczyków. Są niby częścią Wolnych Plemion, ale na wojnie muszą podporządkowywać się wodzom Yawenyra, nigdy odwrotnie. Są posyłani do najkrwawszych ataków, ale dostają najmniejszą część łupów. Jak widzisz, dużo tych ale. Boli? – Nacisnęła lekko brzuch dziewczynki. – A tu? Sikałaś już?
Dopiero teraz Key’la poczuła, jak pełny ma pęcherz.
Tsaeran wyciągnęła z kąta gliniane naczynie z pokrywką.
– No co? Przecież nie jesteśmy barbarzyńcami. A ty nie powinnaś wychodzić z namiotu. Siadaj, ja się odwrócę. I powiedz, jeśli będzie cię bolało. Widzisz – zacmokała lekko – Sahrendey naprawdę nie lubią koczowników, ha, ha, wiem, że też są koczownikami, ale jakoś inaczej o nich myślę. Przy czym „nie lubią” to dość mizerne określenie. Zwłaszcza po bitwie o Meekhan, gdzie zginęła większość naszych wojowników, inni Synowie Wojny napadali ziemie i stada Sahrendey, porywali kobiety i dzieci, szarpali pomniejsze obozowiska, a Yawenyr patrzył na to z uśmiechem. On lubi, gdy jego psy walczą między sobą, bo wtedy nie myślą o zajęciu miejsca pana. Poza tym pilnował, żeby żaden zbytnio nie urósł w siłę. Ale wszystko zmieniło się jakieś dziesięć, piętnaście lat temu, gdy pierwsze Wilki zaczęły jeździć po Stepach. Skończyłaś?
– Tak. – Key’la wstała.
– Jest krew w moczu?
Zawartość naczynia nie wyglądała ciekawie, ale krwi nie było.
– Nie ma.
– To dobrze. Bardzo dobrze. Obserwuj się przez najbliższe dni i jakby się pojawiła, natychmiast daj znać. A teraz chodź no tu, obejrzę ci żebra.
Zdejmowanie bandaża okazało się bardziej bolesne, niż Key’la się spodziewała.
– Ooo... – Uzdrowicielka pokręciła głową. – A tu jest tak źle, jak myślałam. Złamane co najmniej trzy. Lek wkrótce przestanie działać, a ja wolę ci nie podawać następnej porcji, bo w najlepszym przypadku zaczniesz wymiotować. Nie przeszkadza ci, że tak bez przerwy gadam? Dawno nie miałam okazji porozmawiać z kimś, kto mówi meekhem tak dobrze jak ty.
– To czy nie powinnaś więcej słuchać?
Kobieta zaśmiała się.
– O tak. Dlatego nie będę miała nic przeciwko, jeśli to ty będziesz więcej mówić. – Maść z dzbanuszka powędrowała na żebra, otulając je warstewką lodu. – Ale dopóki mnie słuchasz, mniej myślisz o bólu, prawda?
– Sztuczki znachorki?
– Mądrość wieków, moje dziecko. Mądrość wieków. Chcesz posłuchać o Wilkach, gdy będę ci bandażować pierś?
– Dlaczego mam chcieć o nich słuchać?
– Bo to, kim się stali, ocaliło ci życie.
Tylko skinęła głową.
– Wilki to nowe pokolenie. Nie należą do jednego plemienia, tylko do kilku, jeżdżą i walczą konno jak nikt na tych ziemiach od tysiąca lat, niektórzy mówią, że sama Pani Laal daje im błogosławieństwo, a gdy idą do ataku, w tumanach kurzu wzniecanych kopytami ich koni widać Białą Klacz. Inni mówią, że to po prostu banda szaleńców, rozmiłowanych w walce i nieobawiających się śmierci. Ale w pięć lat nauczyli plemiona Se-kohlandczyków, że nie należy ich lekceważyć. W następne pięć nauczyli ich strachu. Idąc na wojnę, malują na twarzach białe smugi i zdarzało się już, że na widok tych malunków najlepsi se-kohlandzcy wojownicy zawracali konie i uciekali.
Bandaż zaciskał się ciasno, Key’la miała wrażenie, że nie da rady odetchnąć.
– Ilu... – wystękała. – Ilu ich jest?
Tsaeran wzruszyła ramionami i dokończyła bandażowanie.
– Kilka tysięcy. Trudno powiedzieć, bo w oddziałach, hm... można by powiedzieć chorągwiach Wilków walczą i mężczyźni, i kobiety. Wspiera ich ze dwadzieścia tysięcy konnych łuczników, ale od jakiegoś czasu to Wilki stały się główną siłą Sahrendey, konnicą, która może jak równy z równym stawać do walki z Błyskawicami i której wszyscy się boją. I dzięki temu żyjesz. Gdyby z tego obozu próbował cię wywieźć zwykły wojownik, zostałby rozerwany na strzępy. Ale teraz wszyscy obawiają się, że Yawenyr wykorzysta okazję i rzuci ich do pierwszego ataku na wasze obozy.
To ją zmroziło.
– Ojciec Wojny? On tu jest?
– Dwa dni drogi stąd. Razem z ośmioma tysiącami Jeźdźców Burzy, całą swoją osobistą gwardią. Kaileo Hynu Lawyo z dwudziestoma tysiącami konnych znajduje się jakieś pięć dni drogi stąd, ale idzie wolno, bo podobnie jak Danu Kredo prowadzi kobiety, dzieci i wszystkie stada. Zawyr Heru Lom ciągnie z południowego wschodu, ale jak słyszałam, prowadzi tylko dziesięć tysięcy jeźdźców, resztę zostawił w obozach w centralnej części Stepów, bo obawia się ataku ze strony Sowynenna Dyrniha, który nie odmówił wprost wyprawy na północ, lecz nadal zwleka z wyruszeniem. Nie wysłał nawet symbolicznych posiłków. Jak widać, gdy Ojciec Wojny stoi nad grobem, niektórzy Synowie robią się krnąbrni. A ty jesteś w obozie utworzonym przez plemiona Sahrendey i to, co zbiera po wyżynie Kyh Danu Kredo. Razem jakieś trzydzieści pięć-czterdzieści tysięcy wojowników. Za dwa dni dołączy Yawenyr, a za kilka następnych reszta i stanie tu z osiemdziesiąt tysięcy konnych, w tym z piętnaście tysięcy Błyskawic. Wasze obozy będą padać jeden po drugim. Pokaż głowę.
Opuchlizna nad lewym okiem nadal bolała, ale Key’la nie jęknęłaby nawet, gdyby przypalano ranę żywym ogniem. W głowie szumiało jej od nadmiaru wieści i ich wagi. Wiedzieli... wszyscy koczownicy wiedzieli o planach Verdanno. Cała wędrówka na północ i przebijanie się przez góry były niepotrzebne.
– Równie dobrze mogliśmy wyruszyć na Wyżynę przez Stepy – wyszeptała.
Uzdrowicielka odwróciła jej twarz do siebie i uśmiechnęła się pokrzepiająco.