Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 146
Перейти на страницу:

Załadowali jednostkę komunikatora. Ernst nadzorował jej załadunek na skrzynię łazika między awaryjny zasilacz i przenośny generator; zabierali komunikator, żeby mieć jakieś źródło informacji… jeśli takie nadejdą.

Na końcu ludzie, którzy pojadą, jeszcze trochę miejsca na śpiwory, worki, siatka ochronna. Ludzie poruszali się biegiem, dysząc ciężko, ale panika jakby trochę opadła; jeszcze dwie godziny do świtu. Światła wciąż się paliły — lampy zasilane z akumulatorów rezerwowych nadal podświetlały na żółto opuszczone kopuły. Ale pomimo hałasu wzniecanego przez silniki łazików brakowało tam dźwięku. Kompresory milczały. Zanikł puls.

— Naprzód! — krzyknął, kiedy wydało mu się, że wszystko już gotowe, i pojazdy ruszyły z chrzęstem, rozpoczynając swą mozolną wędrówkę drogą.

Zostali z tyłu; kolumna uformowała się, kiedy jej czoło dotarło do miejsca, w którym droga skręcała lekko i zaczynała biec równolegle do rzeki. Minęli młyn i wjechali w las, gdzie po prawej ręce zamykały nocny krajobraz wzgórza i drzewa. Cały ten pochód odbywał się w atmosferze nierealności; światła reflektorów wyławiające z mroku czubki trzcin i traw, stoki wzgórz i pnie drzew, sylwetki ludzi brnących przed siebie wśród warkotu silników, z syczeniem i pykaniem zaworów masek rozlegającym się w zadziwiającym unisono. Nikt się nie uskarżał, nikt nie marudził, jak gdyby opanowało ich szaleństwo i wszyscy zgadzali się na ten marsz. Posmakowali już rządów Maziana.

Przy drodze, wijącej się serpentyną pośród wysokich do pasa trzcin, poruszały się trawy. Poruszały się liście pośród krzaków rosnących przy drodze od strony wzgórz. Miliko pokazała Emiliowijedno takie poruszenie; inni też je dostrzegli, pokazując na krzaki palcami i wymieniając półgłosem lękliwe uwagi.

Emiliowi serce urosło. Wziął Miliko za rękę, uścisnął ją i wszedł zdecydowanym krokiem w trzciny, pod drzewa, oddalając się od prącej wciąż naprzód kolumny pojazdów i ludzi.

— Hisa! — zawołał głośno. — Hisa, tu Emilio Konstantin! Widzicie nas?

Z zarośli wyłoniła się ich garstka. Bojaźliwie podchodzili w stronę świateł, gotowi w każdej chwili czmychnąć. Jeden szedł z wyciągniętymi przed siebie ramionami i Emilio, widząc to, też wyciągnął ku nim ręce. Dołowiec zbliżył się i objął go energicznie.

— Kochać cię — powiedział. Był to młody samiec. — Wy iść spacerować, człowiek-Konstantin?

— Skoczek? To ty, Skoczku?

— Ja Skoczek, człowiek-Konstantin. — Patrzył na Emilia skryty w cieniu, wysoko zadzierając głowę. Przytłumione światło z łazików, które już się zatrzymały, padło refleksem na obnażone w szerokim uśmiechu zęby Dołowca. — Ja biegać, biegać, biegać znowu z powrotem uważać na ciebie. Wszyscy my oczować na was, robić bezpiecznie.

— Kocham cię, Skoczku, kocham cię.

Hisa aż podskoczył z zadowolenia i zawirował jak fryga.

— Wy iść spacerować?

— Uciekamy. Na Nadwyżu są kłopoty, Skoczku, ludzie z karabinami. Może przyjdą na Podspodzie. Uciekamy, jak hisa, starzy i młodzi; niektórzy z nas nie mają dość siły, Skoczku. Szukamy bezpiecznego miejsca.

Skoczek odwrócił się do swych towarzyszy, zawołał coś głosem, który wzniósł się ku szczytom skali, a potem opadł na sam jej dół, i zatrajkotał do drzew, spod których wyszli, i do gałęzi w górze. I dziwna w dotyku, silna dłoń Skoczka znalazła się w jego dłoni i Skoczek zaczął go prowadzić z powrotem w kierunku drogi, na której zatrzymała się cała kolumna, a idący z tyłu przepychali się do przodu, żeby zobaczyć, co się dzieje.

— Panie Konstantan — zawołał zdenerwowanym głosem jeden z członków personelu siedzący w kabinie łazika obok kierowcy — oni mają z nami iść?

— Wszystko w porządku — odpowiedział. — I zwracając się d~ innych krzyknął: — Cieszcie się. Hasa wrócili. Dołowcy wiedzą, kto jest mile widziany na Podspodziu, a kto nie, prawda? Obserwowali nas przez cały ten czas, patrzyli, czy u nas wszystko w porządku. Ludzie! — zawołał jeszcze głośniej do niewidocznych mas stojących dalej w mroku. — Ludzie, oni do nas wrócili, czy to rozumiecie? Hisa znają wszystkie miejsca, w których możemy się schronić i chcą nam pomóc, słyszycie?

Tłum zaszemrał nieufnie.

— Żaden Dołowiec nigdy nie wyrządził krzywdy człowiekowi! — zawołał w mrok przekrzykując cierpliwy pomruk silników.

Uścisnął jeszcze mocniej dłoń Skoczka i wszedł między nich. Miliko wsunęła mu dłoń pod pachę z drugiej strony. Łaziki ruszyły, a oni poszli noga za nogą za nimi. Do kolumny zaczęli dołączać hisa, posuwając się wśród trzcin porastających pobocza drogi. Niektórzy ludzie odsuwali się od nich. Inni tolerowali nieśmiały dotyk oferowanej ręki. Wśród tych ostatnich byli nawet ludzie z Q idący za przykładem starych wyjadaczy, których mniej to kłopotało.

— Im można zaufać — to wołał do idących za nimi ludzi jeden z jego pracowników. — Zdajmy się na nich, niech prowadzą.

— Skoczku — powiedział Emilio — potrzebne nam bezpieczne miejsce… Trzeba odnaleźć wszystkich ludzi ze wszystkich obozów i zaprowadzić ich w bezpieczne miejsca.

— Wy chcieć bezpiecznie, chcieć pomoc; chodź, chodź. Silna dłoń, mała, jakby byli ojcem i dzieckiem, trzymała wciąż jego rękę; ale pomimo różnicy wieku i wzrostu role tutaj były odwrócone… to ludzie szli teraz jak dzieci znaną sobie drogą wiodącą do znanego sobie miejsca, ale w przeciwnym kierunku, tam, skąd mogą nigdy, zdawał sobie z tego sprawę, mogą nigdy nie wrócić.

— Chodź do nasze miejsce — powiedział Skoczek. — My zrobić was bezpiecznie; my wyśnić stąd złe człowieka i oni sobie pójść; a wy iść teraz, my iść śnić. Nie hasa sen, nie człowiek sen; razem-sen. Chodź do miejsca na sen.

Nic nie rozumiał z tej paplaniny. Dalej były tereny zamieszkiwane przez hasa, na które ludzie nigdy się nie zapuszczali. Miejsca-snu… to już był sen — wspólna ucieczka ludzi i hisa w mrok, w przewrócenie do góry nogami wszystkiego, co było Podspodziem.

Uchronili Dołowców; i przez długie lata rządów Unii, kiedy przyjdą tu ludzie, których hisa nic nie będą obchodzili… wśród hisa będą ludzie, którzy mogą je ostrzegać i bronić. Tyle tylko mogli jeszcze zrobić.

— Przyjdą tu pewnego dnia — powiedział do Miliko — i będą chcieli ścinać drzewa, budować swoje fabryki, stawiać zapory na rzece i licho wie, co jeszcze. Tak to już bywa, prawda? Jeśli pozwolimy im na to. — Machnął ręką Skoczka i spojrzał w dół na małą zaaferowaną twarzyczkę kroczącej dumnie obok niego postaci. — Idziemy ostrzec inne obozy; chcemy zabrać z nami między drzewa wszystkich ludzi; to będzie długi, długi marsz. Potrzebujemy dobrej wody i dobrej żywności.

— Hisa znaleźć — uśmiechnął się do niego Skoczek wietrząc wielki żart czyniony przez hisa wspólnie z ludźmi. — Wasze jedzenie nie kryć się dobrze.

Nie mogli długo trzymać w tajemnicy tego pomysłu… jak nalegali niektórzy. Może zabawa się znudzi, kiedy ludzie nie będą mieli już darów do rozdawania. Może stracą swe uwielbienie dla ludzi i odejdą własnymi drogami. Może nie. Hisa nie byli już tacy sami, jak wtedy, kiedy ludzie zjawili się tu po raz pierwszy. Ludzie na Podspodziu też nie byli już ci sami.

4

STATEK KUPIECKI MŁOT;
OTWARTY KOSMOS; GODZ. 1900

Vittorio nalał sobie drinka; był to już drugi od chwili, gdy przestrzeń wokół nich nagle zapełniła się pokiereszowaną w bitwie flotą. Sprawy nie szły tak, jak powinny. Na Młocie zapanowało milczenie, zawzięte milczenie załogi, która czuła między sobą wroga, świadka ich upokorzenia. Nie spoglądał nikomu w oczy, nie wyrywał się z żadnymi komentarzami… pragnął tylko jak najszybciej zapaść w sen, żeby nie można go było obwiniać o jakiekolwiek nieudane posunięcia polityczne. Nie miał ochoty udzielać rad i wygłaszać swoich opinii.

1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)