Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Zatrzymał się w miejscu, gdzie krzywizna zasłaniała ich przed oczyma radzących mężczyzn, obejrzał się na Dayina i usiadł na ławie przy stole w świetlicy załogi.
— Co u ciebie? — spytał Dayina, do którego nigdy nie czuł wielkiej sympatii, ale w tych okolicznościach, w tym zimnym miejscu, miło było zobaczyć twarz przypominającą dom. Dayin skinął głową.
— A u ciebie? — Było w tym więcej uprzejmości niż zazwyczaj doświadczał ze strony wuja Dayina.
— Świetnie.
Dayin zajął miejsce naprzeciw.
— Powiedz prawdę — poprosił go Vittorio. — Jakie straty tam ponieśli?
— Porządnie ich przetrzepali — powiedział Dayin. — Zdaje mi się, że Mazian dał im się trochę we znaki. Wiem, że stracili parę statków… brakuje chyba nosicieli Zwycięstwo i Wytrwałość.
— Ale Unia może zbudować więcej. Wezwali już tu.następne. Ile to potrwa?
Dayin potrząsnął głową i wzniósł znacząco oczy na sufit.
Wentylatory buczały zagłuszając lokalnie rozmowę, ale nie zabezpieczałyyich przed podsłuchem.
— Zapędzili go do narożnika — podjął Dayin. — I mają niewyczerpane źródła zaopatrzenia, ale Mazian jest zakorkowany. Azov powiedział prawdę. Mazian dał im się we znaki i to porządnie, ale oni jemu bardziej.
— A co z nami?
— Szczerze mówiąc, wolę być tu niż na Pell.
Vittorio roześmiał się gorzko. Oczy zaszły mu łzami od nagłego bólu w gardle, który właściwie nigdy nie ustawał. Potrząsnął głową.
— Powiem ci coś — odezwał się adresując swoje słowa do tych, którzy być może ich podsłuchiwali. — Oddam Unii wszystko, co mam; nigdy jeszcze sprawy nie układały się aż tak po mojej myśli.
Dayin spojrzał na niego dziwnie, zmarszczył czoło i chyba zrozumiał jego intencje. Po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat, jakie żył już na tym świecie, Vittorio poczuł, że ma krewnego. Dziwne tylko, że to uczucie wyzwolił w nim Dayin o trzydzieści lat starszy i myślący inaczej niż on. Ale krótki czas spędzony w Otchłani mógł uczynić przyjaciółmi najbardziej nieprawdopodobne indywidualności i może, pomyślał, Dayin dokonał już takich wyborów, a Pell nie była już domem żadnego z nich.
5
Salwa trafiła w ścianę. Damon wcisnął się głębiej w kąt, w którym się schronili, opierał się przez pół uderzenia serca Joshowi, który chwycił go i zerwał się do biegu, a potem popędził za nim lawirując między spanikowanymi, wrzeszczącymi tłumami spływającymi z powrotem z zielonego dziewięć na doki. Ktoś oberwał i potoczył się po podłodze pod ich nogi. Przeskoczyli ciało i gnali dalej w kierunku, w którym usiłowali zepchnąć ich żołnierze.
Stali mieszkańcy stacji, uciekinierzy z Q… nie było różnicy. Biegli wśród gradu kul bębniących o wsporniki i witryny sklepów, wśród cichych eksplozji zagłuszanych przez chaos wrzasków, wśród salw mierzonych w ściany wewnętrzne i nie wyrządzających szkody samej skorupie stacji. Teraz, kiedy tłum ruszył, strzelano nad głowami; biegli, dopóki starczyło sił najsłabszym. Damon zwolnił widząc, że Josh przystaje, i stwierdził, że znajdują się w doku białym; przepchnęli się łokciami przez przerzedzony już potok nadal uciekających w panice ludzi, ostatnich, którym z przerażenia wydawało się chyba, że strzelanina trwa nadal. Dostrzegł dobrą kryjówkę wśród sklepów ciągnących się pod ścianą wewnętrzną i skręcił w tamtą stronę pociągając za sobą Josha. Dopadli do wnęki, w której znajdowało się wejście do baru zamkniętego przed szabrownikami. Można tu było przysiąść spokojnie, nie narażając się na trafienie jakąś zabłąkaną kulą.
Ze swej kryjówki widzieli kilka trupów leżących na terenie doku; nie wiadomo czy nowych, czy starych. Po kilku ostatnich godzinach widok ten już powszedniał. Siedząc w swojej wnęce byli świadkami sporadycznych aktów gwałtu… walk między stacjonerami i chyba mieszkańcami Q. Większość ludzi błąkała się po doku wykrzykując co chwila nazwiska — rodzice poszukiwali dzieci, szukali się nawzajem przyjaciele i małżonkowie. Czasami dochodziło do radosnych spotkań… a raz, raz jakiś mężczyzna zidentyfikował trupa i padł przy nim na kolana krzycząc i szlochając. Damon opuścił głowę i zapatrzył się w ziemię. W końcu jacyś ludzie odciągnęli tamtego od ciała.
Po jakimś czasie wojsko przysłało do tego rejonu oddziały opancerzonych żołnierzy, którzy wyselekcjonowali spośród spędzonych tu ludzi brygady robocze i kazali im pozbierać zabitych, a potem wypchnąć ich w próżnię. Damon z Joshem wcisnęli się głębiej w swoją wnękę i uniknęli zwerbowania do tej pracy; żołnierze wyławiali z tłumu aktywnych i nie mogących usiedzieć na miejscu.
Na samym końcu, bojaźliwie, stąpając ostrożnie i rzucając wokół zalęknione spojrzenia, wyszli z ukrycia Dołowcy. Wzięli na siebie posprzątanie doków i zabrali się do zeskrobywania śladów śmierci, wierni swoim codziennym obowiązkom polegającym na utrzymywaniu czystości i porządku. Damon przyglądał się im z budzącą się nieśmiało nadzieją — powrót łagodnych Dołowców do służby Pell był pierwszą pozytywną rzeczą, jaką oglądał od kilku godzin.
Zdrzemnął się trochę, podobnie jak inni siedzący w tym rejonie doków, podobnie jak Josh wtulony obok we framugę drzwi. Od czasu do czasu budziły go komunikaty ogłaszane przez komunikator ogólny i dotyczące przywracania porządku albo obiecujące rychłe wydawanie posiłków, które już rozesłano do wszystkich rejonów.
Jeść. Ta myśl stawała się pomału jego obsesją. Nie skarżył się głośno, siedział tylko na ziemi obejmując osłabionymi z głodu rękoma kolana; słabość, żałował teraz, że nie zjadł śniadania; był bez lunchu, bez kolacji… nie przywykł do głodu. Dotąd odczuwał najwyżej brak posiłku po dniu ciężkiej pracy. Podenerwowanie. Złe samopoczucie. Teraz dołączyła tu jakaś nowa niepokojąca myśl. Dokładała się całym nowym ciężarem do niechęci robienia czegokolwiek; bawiła się z jego umysłem; podsuwała obrazy zupełnie nowych kierunków cierpienia. Jeśli mają ich pojmać i rozpoznać, prawdopodobnie dojdzie do tego w jakiejś kolejce po posiłek; ale musieli stąd wyjść i stanąć w niej, bo umrą z głodu. Ich jedyna alternatywa stawała się coraz bardziej oczywista, w miarę jak po dokach rozchodził się aromat jedzenia i ruszali inni, w miarę jak wjeżdżały tu z turkotem wózki z żywnością pchane przez Dołowców. Ludzie rzucili się tłumnie do wózków, zaczęli się kłócić i wyrywać sobie racje; ale każdy wózek otoczyli zaraz żołnierze i awantury szybko ucichły. Wózki z żywnością, miniaturowe sklepy, podjechały bliżej. Podźwignęli się na nogi i stali oparci o ścianę w swojej wnęce.
— Ja tam pójdę — zdecydował się w końcu Josh. — Ty zostań. Powiem, że jesteś ranny. Przyniosę dwie porcje.
Damon potrząsnął głową. To była perwersyjna odwaga, która miała sprawdzić jego szanse na przeżycie — spoconego, rozczochranego, w brudnym, pokrwawionym kombinezonie. Jeśli nie zdobędzie się na przejście przez dok ze strachu przed pistoletem zabójcy albo z obawy przed rozpoznaniem przez żołnierzy, oszaleje. Przynajmniej nie zanosiło się na to, że przy wydawaniu posiłków będą żądali okazania dokumentów tożsamości. Oprócz swoich miał jeszcze trzy, ale bał się ich używać; Josh miał swoje i jeszcze dwa, ale nie byli podobni do zdjęć.
Prosta czynność — wyjść z wnęki pod okiem strażników, wziąć zimną kanapkę i karton ciepławego soku owocowego i wycofać cię; ale wpadł z powrotem do kryjówki ze swym łupem z uczuciem tryumfu, przykucnął i gdy wrócił Josh, zaczął jeść… jadł i pił i w trakcie spełniania tego doczesnego aktu czuł, jak odpływa w przeszłość znaczna część koszmaru, a on trafia do jakiejś dziwnej, nowej rzeczywistości, gdzie ludzkie uczucia nie są potrzebne i liczy się tylko zwierzęca czujność.