Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Suukmel powiedziała to, aby rozbawić Rukueiego, co jej się udało, ale Taksayu była nieprzejednana.
— Ta osoba chodzi nago, ponieważ nie wie, że można się ubrać — prychnęła ze swego gniazda w kącie. — Wychowana w dziczy przez cudzoziemców i zdziczałych Runów!
Rukuei nie wiedział, co myśleć o tym niezwykłym stwierdzeniu, ale nie przeszkodziło mu to w wyrażeniu swojego zdania.
— To niedopuszczalne, by jana’ atadska kobieta chodziła całkiem nie ubrana, bez względu na to, kto i jak ją wychował.
— Ona mówi, że my, Jana’atowie, musimy nauczyć się żyć samodzielnie. Może się okazać, że będziemy musieli być całkowicie niezależni od Runów, chociaż ona sama ma nadzieję, że do tego nie dojdzie, i robi wszystko, by temu zapobiec — powiedziała Suukmel. Teraz i Rukuei, i Taksayu wytrzeszczyli na nią oczy. — Próbuje nauczyć się tkać na nożnym krośnie, ale jeszcze tego nie opanowała, więc wciąż chodzi nago…
— Trudno to sobie wyobrazić! — zawołała Taksayu. — Jana’atka przy krośnie!
— Mówi też, że po prostu nie lubi ubrań” — ciągnęła Suukmel — ale wie, że to bardzo nas denerwuje, a nie chce robić fierno.
— Co to jest fierno? — zapytał Rukuei ze złością, bo ruńskie słowo nagle wyprowadziło go z równowagi. Ze wszystkich różnic, jakie go złościły u tych obcych, skundlenie języka było najgorsze. Jak może cokolwiek mieć sens, skoro słowa, których się używa, są niedokładne i postawione w dowolnym miejscu?
— Zapytałam ją o to — odpowiedziała spokojnie Suukmel.
— Fierno znaczy dosłownie „chmura burzowa”, ale użyte w takim zwrocie oznacza ściągnięcie burzy. Robienie zamieszania.
— Rukuei odchrząknął. — To ładne skojarzenie — dodała, dobrze znając swojego pasierba. — Podoba mi się ten zwrot. Przypomina mi mojego pana i małżonka, biegnącego przez dziedziniec po jakimś nudnym spotkaniu… wpadającego w fierno…
Urwała, czując, jak pierwsze krople deszczu spadają w jej sercu. Namiot wydał się jej nagle mały i ciasny, zbyt zatłoczony, choć byli z nią tylko Taksayu i Rukuei.
— Może przechadzka dobrze mi zrobi — powiedziała po chwili. Uszy Taksayu opadły, a Rukuei spojrzał na nią powątpiewająco. — Tak — powiedziała Suukmel, pewna, że nie wierzą już ani w jej mądrość, ani w jej władzę. — Tak, chciałabym się przejść.
— W jaki sposób ta Ha’anala może być moją kuzynką? — zapytał Rukuei kilka dni później, kiedy rano posilili się dziwnym, choć dość smacznym pasztetem. — Mój ojciec nie miał brata czy siostry. I w jaki sposób ten cudzoziemiec może być szwagrem Shetriego?
Suukmel zesztywniała na chwilę.
— Izaak jest dziwny, ale śpiewa cudownie, prawda?
— Nie dał się nabrać na zmianę tematu.
— Czy to, o co zapytałem, jest takie kłopotliwe?
— Kłopotliwe?
Wiedziała, że ten dzień kiedyś nadejdzie, ale nigdy nie przewidywała, że stanie się to w takich okolicznościach. Niższe rangą dzieci z haremu Hlavina nie chełpiły się swoim pochodzeniem, ale Rukuei wiedział, kim jest jego ojciec, a może i zdawał sobie sprawę, co Hlavin uczynił, aby zdobyć najwyższy urząd. Czyją hańbę ujawnić najpierw, zastanawiała się Suukmel, ojca czy wuja? Tu nie było niewinnych prócz dzieci zmarłych: Ha’anali i Rukueiego.
— Może zabrałbyś mnie dzisiaj do twojego miejsca na wzgórzu? — zapytała niefrasobliwym tonem, wstając z prymitywnej poduszki pachnącej górskim mchem. Podeszła do otworu wyjściowego, oswajając się ze światłem, patrząc na barwne kształty, które wzięła za wspaniale zdobione mury miejskie, kiedy po raz pierwszy znalazła się w tej dolinie.
Rukuei przyglądał się jej w milczeniu.
— Gorzej niż kłopotliwe?’— zapytał w końcu, sam wstając z posłania.
— Wierzę, że w końcu nauczę się widzieć rzeczy z oddali, zamiast je sobie wyobrażać — powiedziała, potwierdzając jego podejrzenia. — Shetri mówi, że to nie mury i blanki, ale góry!
— Mówi, że potrzeba sześciu dni, aby wspiąć się na ich szczyty. Jak daleko jest to twoje miejsce?
— Wystarczająco, żeby poczuć się samotnie.
Wyszli z namiotu i zaczęli wchodzić na zbocze, z mozołem gramoląc się po zdradliwym piargu. Suukmel starała się patrzyć tylko pod nogi, żeby skupić wzrok na czymś, co widziała dokładnie. Co jakiś czas zerkała do góry, próbując ocenić rozmiary różnych obiektów, ale raz po raz zdumiewała się, kiedy jakieś „drzewo” okazywało się krzaczkiem, wyrastającym o wiele bliżej niż myślała albo kiedy jakaś barwna plama, którą brała za płaszcz oddalonej postaci, nagle wzlatywała w górę i rozpływała się w powietrzu.
— Rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają — powiedziała na głos, kiedy Rukuei pokazał jej, jak usiąść na zwalonym pniu tupy. Kiedy odzyskała oddech, spojrzała przez dolinę, próbując uzgodnić to, co mówiły jej oczy, z tym, co wiedziała o osadzie. — Pięknie wyglądają namioty w tym oświetleniu, prawda? Jak klejnoty w słońcu. Tak sobie myślę… co jest prawdziwe? Piękno namiotów z oddali czy…
— Ohyda, którą skrywają — skończył za nią Rukuei i usiadł obok niej. — O pani, powiedz mi, co jest tak straszne, że może być usłyszane tylko tutaj?
Z początku sprawiało to wrażenie epickiego poematu o bohaterach i potworach, o więzieniach i ucieczkach, o triumfach i tragediach. Opowiadała o przytłaczającej jednostajności niezmiennej tradycji, o świecie, w którym liczyło się tylko to, co zostało postanowione przed wieloma pokoleniami. Próbowała mu uzmysłowić poczucie rezygnacji towarzyszące przeświadczeniu, że nic nie może się zmienić, lęk, że coś się jednak zmieni, strach przed nieznanym i tajemne pragnienie nieznanego.
Poruszony do głębi tą opowieścią, Rukuei dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że Bezimiennym był Supaari VaGayjur i że ów zdrajca był jego wujem, który spłodził córkę z Jholaą Kitheri; że owa córka dorosła i nosi teraz drugie dziecko spłodzone przez Shetriego Laaksa; że Ha’anala ma oczy jego, Rukueiego, ponieważ mają wspólnego przodka. Jeszcze więcej czasu minęło, zanim do niego dotarło, w jaki sposób Hlavin Kitheri został Najdonioślejszym…
— Czy to znaczy, że mój ojciec ich pozabijał? — zawołał. — Wszystkich wymordował? Swoich krewniaków? — Zerwał się i odszedł parę kroków, przeraźliwie wysoki na tych swoich chudych nogach. Taki młody, pomyślałaSuukmel. Taki młody… — Nie wierzę ci! — krzyczał, zataczając ogonem obronny łuk. — To niemożliwe. Nigdy by tego…
— Zrobił to. Zrobił, mój ukochany! Spróbuj zrozumieć! — krzyknęła, równie zrozpaczona jak on. — Twój ojciec był jak błyskawica pośród nocy… cudowny, groźny, niespodziewany i szybki. Zmusili go do tego! To oni chcieli go zabić! Zamknęli go za murami wyższymi od tych gór — powiedziała, machając ręką ku skalnym urwiskom, które nie w pełni rozumiała. — Skazali go na milczenie. On umierał, Rukuei! Pomyśl o muzyce, którą stworzył dla ciebie i innych dzieci! Posłuchaj jej w sercu!
— Pomyśl, że nie byłoby jej, gdyby…
Rukuei rzucił się na ziemię jak dziecko, którym wciąż był. Omiatający dolinę wiatr huczał mu w uszach, przynosząc skrzekliwe śmiechy dzieci goniących się po osadzie, krzyki kobiet, śpiew mężczyzn, zwykły gwar codziennego życia w wiosce. Głuchy na przebijającą z tych odgłosów radość i beztroskę, ujrzał w oddali to, czego nie mogła zobaczyć Suukmeclass="underline" brak środków do życia, żałosną egzystencję na granicy śmierci, nagą nędzę — rodzaj bytowania, na którego określenie nie było jeszcze słów w żadnym z rakhatańskich języków, bo jeszcze nigdy żaden lud nie musiał żyć w tak żałosnych warunkach.