Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Pogódź się z tym, powiedział sobie Emilio. Ona nie żyje. — Szanse na to, że wtedy przeżyła, też nie były duże — powiedział na głos, zanosząc kawę do stołu, gdzie opadł na krzesło. John poszedł za nim i usiadł naprzeciwko.
— Miałaby teraz ponad siedemdziesiąt lat.
Emilio pokiwał głową.
— Czyli ze trzydzieści lat mniej ode mnie. Chodzi mi o to, na ile się czuję. — Ziewnął i przetarł oczy ramionami. — Jezu, jestem zmęczony. Tyle czasu wysłuchiwać raportów o zbiorach.
— To dziwne, prawda? Mogliśmy tu w ogóle nie przylecieć, gdybyśmy usłyszeli tę sieczkę, a nie muzykę.
Emilio osunął się, aż jego głowa spoczęła na oparciu krzesła, a podbródek sięgnął piersi.
— Nie, i tak byśmy przylecieli — powiedział, śmiejąc się z mimowolnego użycia przez Johna jezuickiego „my”. — Prawdopodobnie wmówiłbym sobie, że terminarze dostaw to litania do świętych. — Błysnął białkami oczu. — Religia… pobożne życzenie małpy, która mówi! Wiesz, co myślę? — zapytał retorycznie, próbując zapomnieć o jeszcze jednej śmierci. — Zdarzają się różne zasrane przypadki, a my zamieniamy je w baśnie i nazywamy świętymi księgami…
John siedział nieruchomo, milcząc. Emilio spojrzał na niego i zobaczył jego twarz.
— Och, Boże. Wybacz mi — powiedział, podciągając się na krześle. — Emilio Sandoz, trucizna w ludzkim ciele! Nie słuchaj mnie, John. Jestem po prostu zmęczony i cisną mi się na usta same świństwa…
— Wiem — odrzekł John, biorąc głęboki oddech. — I chętnie przyznam, że zdobyłeś czarny pas w kategorii bólu i cierpienia. W porządku? Ale nie jesteś jedynym, który jest zmęczony, i nie jesteś jedynym, któremu cisną się na usta świństwa, i nie jesteś jedynym, który bardzo pragnął, by Sofia nadal żyła! Staraj się o tym pamiętać.
— Przebacz mi, John! — zawołał Emilio, gdy Candotti opuścił mesę. — Chryste… — szepnął znękanym tonem.
Z łokciami na stole, obejmując uzbrojonymi w protezy dłońmi kubek, wpatrywał się w jego wnętrze. Jaki jest rok?, pomyślał. Ile mam teraz lat? Może czterdzieści osiem? Dziewięćdziesiąt osiem? Dwieście? Po chwili zorientował się, że widzi własne odbicie na czarnej, nieruchomej powierzchni kawy: wychudła twarz pożłobiona bruzdami, świadectwo złych lat, pełnych bólu. Dobrze wiedział, że nic nie mogło zachwiać wiary Johna, ale opadł na oparcie krzesła, czując się podle.
— Miła gra, nie ma co — westchnął.
Nienawidząc siebie, Johna, Sofii i wszystkich, których był w stanie sobie przypomnieć, powrócił myślami do pracy, aby w niej znaleźć ucieczkę. Przyszło mu do głowy, że może powinien dać sobie spokój z bezpośrednim odsłuchiwaniem monitorowanych sygnałów radiowych, a zamiast tego skupić się na przesłuchaniu zanotowanych dawniej emisji z większą szybkością, w poszukiwaniu zmian językowych. Dlaczego przedtem o tym nie pomyślałem? Nie działać z myślą o najwyższej skuteczności…
W chwilę później opadła mu głowa i obudził się, otwierając oczy i widząc przed sobą na stole kubek z kawą. Ramiona ciążyły mu, jakby były z ołowiu — nie był w stanie sięgnąć po kubek. Kofeina i tak już na mnie nie działa, pomyślał, prostując się nieco. Czas na kilka magicznych pigułek Carla.
Nie po raz pierwszy zmuszał się do takiego życia; już dawno odkrył, że może funkcjonować zupełnie nieźle, sypiając tylko trzy lub cztery godziny na dobę. Czuł się podle przez cały czas, ale to nie było dla niego nowością. Ignorujesz to, powiedział sobie w duchu. Przyzwyczaiłeś się do tego pieczenia w oczach, do nieustającego, tępego bólu głowy. Nie chodzi o to, że zapomniałeś o zmęczeniu, o strachu, o żalu, o gniewie, nie chodzi o to, że coś się polepszyło albo stało łatwiejsze. Możesz po prostu pracować mimo to. Po prostu jesteś wciąż na nogach, nie dajesz się…
A dlaczego? Bo gdybyś na chwilę usiadł, pomyślał, ponownie się budząc, gdybyś pozwolił sobie na odpoczynek… No dobra, ale sobie nie pozwalasz. Wgryzasz się w robotę, bo alternatywą jest wkroczenie do miasta umarłych, do nekropolii wewnątrz twojej głowy. Tylu zmarłych…
…Próbował je wyprostować, ułożyć ciała. Była noc, ale ze wszystkich stron napływało światło księżyca, a ciała były prawie piękne. Włosy Annę, srebrne w księżycowej poświacie. Hebanowe członki siostrzyczki tego małego Dodotha… delikatne i kruche… jej doskonały drobny szkielet, tak piękny, choć tak przygnębiający… Ale jej cierpienia już przeminęły, była z Bogiem.
To było najgorsze, wiedział to we śnie. Jeśli Bóg jest wrogiem, to nawet umarli znajdują się w niebezpieczeństwie. Wszyscy, których kochałeś, mogą być z Bogiem, a Jemu nie wolno zaufać, Jego nie wolno pokochać. „Wszystko, co żyje, umiera”, mówił mu Supaari. „Byłoby marnotrawstwem nie zjeść tego”. Ale miasto znowu płonęło, woń spalonego mięsa była wszędzie, a to nie była księżycowa poświata, tylko ogień, ogień i wszędzie byli Jana’atowie, i wszędzie byli umarli, tylu umarłych…
Ktoś nim potrząsał. Obudził się z głośnym westchnieniem, wciąż czując odór śmierci.
— Co? Co się stało? — Usiadł, zdezorientowany, jeszcze nie uwolniwszy się od trwogi. — Co! Cholera, przecież nic mi się nie śniło! — skłamał, nawet nie wiedząc dlaczego. — Czy jest…
— Emilio! Obudź się! — John Candotti stał nad nim, szczerząc zęby w uśmiechu, z twarzą rozjaśnioną jak dynia w Halloween. — Zapytaj mnie, co nowego?
— Och, Chryste, John — jęknął Emilio, opadając na oparcie krzesła. — Jezu! Przestań się zgrywać…
— Ona żyje — powiedział John. Emilio wytrzeszczył na niego oczy. — Sofia. Dziesięć minut temu Frans dorwał ją przez radio…
Sandoz już wstał, już go odtrącał, by biec do sterowni.
— Poczekaj, poczekaj! — krzyczał John, łapiąc go za ramię. — Uspokój się! Przerwała połączenie. Wszystko jest okay! — Twarz mu płonęła, zapomniał o ich krótkiej kłótni. — Powiedzieliśmy jej, że śpisz. Roześmiała się i powiedziała: „To typowe!” Powiedziała, że skoro czekała na ciebie czterdzieści lat, może poczekać jeszcze kilka godzin, więc nie powinniśmy cię budzić. Ale wiedziałem, że mnie zabijesz, więc cię obudziłem.
— Więc ona żyje i ma się dobrze?
— Najwidoczniej. Jej głos brzmiał świetnie.
Emilio oparł się o przegrodę i zamknął oczy. Potem ruszył w kierunku radioodbiornika, pozostawiając za sobą uśmiechniętego Johna.
Kiedy Emilio wszedł do sterowni, wszyscy tłoczyli się już wokół Fransa, który połączył się po raz drugi.
— W jakim języku mówi? — zapytał Emilio.
— Przeważnie po angielsku — odpowiedział Frans i wstał, przekazując konsolę Sandozowi. — Trochę w ruanja.
— Sandoz? — usłyszał, gdy usiadł.
Dźwięk jej głosu przeszył go jak ostrze: był niższy i bardziej chropowaty, ale cudowny.
— Mendes! — krzyknął.
— Sandoz! — powtórzyła i tym razem głos się jej załamał. — Myślałam… nigdy…
Tłumione tak długo emocje przełamały zapory, które do tej chwili oboje uważali za wieczne, ale łkanie wnet zostało przerwane przez śmiech i wzajemne przeprosiny, a potem była już tylko radość i zaczęli się kłócić, jakby nigdy się nie rozstawali, kto zaczął płakać pierwszy.
— W każdym razie — powiedział Emilio, uznając, że wygrała — co ty tam robisz żywa, do jasnej cholery? Odmówiłem za ciebie kadisz!
— No cóż, bardzo mi przykro, ale chyba zmarnowałeś modlitwę za zmarłych…
— I tak się nie liczyła — odpowiedział lekceważąco. — Nie było minianu.