Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Oczywiście, milady.
Wysłała ich w drogę i poszła do skupionych na placu jednostek rezerwowych. Zgiełk przy kolejce cichł.
— Tym razem prowadziła ich policja — zameldował Casimir. — Patrol miejski. Chyba zaczyna im brakować grup desantowych Floty. — Zaśmiał się, a zabrzmiało to jak odgłos łupka osuwającego się po zboczu. — Następną szarżę może poprowadzi patrol zmotoryzowany.
Podniesiona na duchu, Sula poszła na miejsce, gdzie zaparkowano parę pojazdów, i wskoczyła na platformę ciężarówki.
— Zbierzcie się tutaj! — zawołała i zdjęła hełm. Potrząsnęła blond włosami i spojrzała na wojowników. Było ich trzystu czy czterystu, większości z nich nigdy nie widziała na oczy. Byli wśród nich Lai-owni z pierzastymi włosami, niżsi od nich Torminele z wielkimi widzącymi w nocy oczyma, ocienionymi teraz okularami ochronnymi, bladzi, pozbawieni wyrazu twarzy Daimongowie z rozwartymi ustami i okrągłymi, pustymi oczyma, Cree o ogromnych uszach i fioletowych ciałach oraz Terranie, wyglądający bardziej na wścibskich uczniów niż zdeterminowanych żołnierzy.
Sula zaczerpnęła powietrza słodkiego od zapachu porannego kwiecia i krzyknęła w przestrzeń poranka:
— Który z was jest najdzielniejszy?
Po chwili zaskoczenia usłyszała na wpół artykułowane okrzyki i zobaczyła las pięści i uniesionych w górę karabinów.
— Dobrze — powiedziała i zaczęła wskazywać. — Ty, ty i ty tam… — Potem spojrzała na człowieka z paciorkami wokół szyi. — Ty nie, Jeden-Kroku, dla ciebie mam inne zadanie.
Kiedy wybrała kilkunastu — pięciu Tormineli, dwóch Daimongów, trzech Terran i parę Lai-ownów, tak do siebie podobnych, że mogliby być bliźniakami — zaprowadziła ich do hydraulicznych tylnych wrót ciężarówki.
— Potrzebuję najodważniejszych, ponieważ musicie jechać pełnym gazem w górę Bulwaru Praxis i ulicą Jedynie Słusznego Pokoju. Macie jechać, póki wasze pojazdy nie zostaną tak uszkodzone strzałami, że nie będziecie już mogli wprawić ich w ruch.
Naksydzką ciężką broń sterowaną komputerowo zaprogramowano tak, by strzelała do wszystkich poruszających się obiektów.
Plan Suli polegał na dostarczeniu celów, które ściągną na siebie wszystkie pociski przeciwnika, celów, za którymi jej pozostałe siły mogłyby zaatakować.
— Będziecie szarżowali tyłem, tak by tył ciężarówki przyjął na siebie większość uszkodzeń i by to nie było samobójstwo.
Przynajmniej nie tak jawne i nie natychmiastowe — pomyślała.
Uaktywniła funkcję zapisu na swym displeju mankietowym.
— Podajcie swoje nazwiska, by was odnaleziono w historycznych zapisach tej bitwy.
Kiedy podawali swoje nazwiska, w ich głosie dźwięczała duma.
Potem Sula wydała rozkazy reszcie rezerwy. Mieli wsiąść w pojazdy i szarżować ulicami za grupą szturmową. Nie powinni się zatrzymywać ani uciekać pod osłonę, dopóki cała grupa szturmowa nie zostanie zatrzymana albo póki ich pojazdy nie zostaną trafione.
— Ruszajcie na dźwięk klaksonów — powiedziała. Teraz zwróciła się do Jednego-Kroku.
— Wróć do pałacu Ngenich — powiedziała — i przyprowadź tu na plac wszystkie grupy, które tam czekają.
Wiedziała, że może powtarzać tę sztuczkę wielokrotnie, za każdym razem z nowym mięsem armatnim.
Podczas, kiedy czekała na Bulwarze Praxis, a jej armia zajmowała stanowiska, przy kolejce znowu zaczęła się strzelanina. Casimir meldował, że to taka sama taktyka jak poprzednio — ogień przykrywający dla ataku, który jeszcze się nie rozpoczął.
— Czy przypuszczasz, że to wszystko po to, by odciągnąć naszą uwagę od czegoś innego? — zauważył.
Sula też o tym pomyślała. Próbowała skontaktować się z zespołami umieszczonymi na obrzeżu, ale nie mieli żadnych wieści. Potem włożyła nagłownik i wywołała Macnamarę.
— Tu nic się nie dzieje, milady — zameldował. — W ogóle ani śladu Naksydów. Kilka grup operacyjnych nadal podjeżdża drogą. Zablokowaliśmy drogę ciężarówkami i nie pozwalamy im przejechać, póki ich nie zidentyfikujemy, a następnie kierujemy ich do pałacu Ngenich, jak rozkazałaś.
Kazała Macnamarze, by posyłał ich teraz na plac Ashbar.
— Tak jest, milady.
— Jaki jest stan dział antymaterii? — zapytała. — Czy możesz je ruszyć z zamocowań?
Tak, milady. To są takie same działa, na jakich się szkoliliśmy; możemy je wyjąć z wieżyczek. Będziemy musieli zdjąć, a potem zamocować wielką osłonę przeciwradiacyjną, dlatego to zajmie trochę czasu.
Dobrze. Wyciągnijcie jedno i umieśćcie je z tyłu ciężarówki. Powiedźcie mi, jak skończycie.
Martwiła się o działa antyprotonowe — były niezwyciężone do czasu, aż Naksydzi rozwalą je w proch swymi własnymi działami antyprotonowymi. Wydostać broń z rzucających się w oczy wieżyczek i umieścić ją w bardziej zakamuflowanym miejscu to najlepszy sposób ich ocalenia.
Z przodu nagle rozległy się strzały. Sula nie wiedziała, skąd dochodzą, musiała wiec założyć, że to jedna z grup wysłanych w uliczki natknęła się na wroga. Nie chciała, by Naksydzi posłali tam dodatkowe posiłki, więc uznała, że przyszedł czas na rozpoczęcie następnego ataku.
— Włączcie klaksony! — zawołała. — Idziemy! Samochody, ciężarówki i furgonetki zaczęły trąbić, wydając dźwięki od kokieteryjnego pisku do basowego ryku organów. Szwadron samobójców ruszył, kierując odwróconymi tyłem do przodu dużymi pojazdami. Nawet na tylnym biegu prowadzili w bardzo dobrym tempie. Sula miała nadzieję, że dzięki jeździe wężykiem utrzymają się przy życiu.
Kiedy natarcie osiągnęło zaprogramowaną strefę obronną Naksydów, rozległo się bębnienie — to pociski spadające na ciężarówki. Kawałki pojazdów zaczęły odlatywać i łomotać o jezdnię.
Sula pomyślała, że karabinów maszynowych jest conajmniej trzy, gdyż przynajmniej trzy ciężarówki zostały jednocześnie trafione.
Reszta rezerwy jechała za nimi; karabiny wystające z okien od czasu do czasu ostrzeliwały budynki. Sula pędziła po chodniku, póki nie natknęła się na pierwsze rozrzucone tu ciała. Dała wtedy nura do jakiegoś sklepu, gdzie kule najwyraźniej popsuły kompozycję towarów na wystawie.
Spomiędzy kaset z piórami i papeterii spojrzało na nią pięciu Tormineli.
— Ruszajcie! — krzyknęła. — Jesteście potrzebni! Niech wasza jednostka idzie do przodu i przeskoczy przez oddziały, które wysłałam!
Zdaje się, że Torminele dostrzegli sens takiego działania, gdyż wybiegli ze sklepu, po drodze waląc w okna i drzwi i wołając swych towarzyszy, by do nich dołączyli.
Na Ulicy zapanował hałaśliwy chaos. Zapach spalenizny drapał w gardle. Kule trzaskały nad głowami. Sula przebiegła sprintem bulwar i przeskoczyła trupa, który leżał rozciągnięty w drzwiach sklepu warzywnego.
Coś w jego wyglądzie kazało jej się zatrzymać, nim weszła do sklepu. To był P.J. Ngeni. Trafiono go w pierś i upadł plecami na chodnik. Jego wymyślna myśliwska strzelba leżała w poprzek ciała. Na twarzy miał wyraz smętnego zaskoczenia.
Sula poczuła, jakby przyciśnięto jej do twarzy miękką poduszkę, i z wysiłkiem zaczerpnęła tchu.
Lubiła P.J. Jego uprzejmą życzliwość, głupią zuchwałość i wyczucie towarzyskie. Był uosobieniem wszystkich złudzeń i śmiesznostek starego porządku i wszystkiego, co wojna skazała na zagładę.