Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Reorganizacja zabrała Naksydom kilka minut, a potem Casimir zameldował, że słyszy, jak chórem krzyczą: „Śmierć anarchistom! Niech żyją nasi wodzowie! Naprzód do Górnego Miasta!”.
Znowu ruszyli naprzód, tym razem lepiej zorganizowani; ustawione na czele siły bezpieczeństwa Floty w zielonkawych pancerzach pomykały po stromym zboczu tak szybko, jak tylko mogły ich nieść wszystkie cztery nogi. Bojownicy Casimira spuścili na nich chmurę ognia, ale Naksydzi dalej atakowali, tratując rannych i umierających. Wtedy dwa działa z antymaterią dały ognia. Przód długiej kolumny zachwiał się i próbowali zawrócić, jednak ci z tyłu nadal pchali ich naprzód. W wyniku zderzenia Naksydzi spadali z torów, koziołkowali po pionowych granitowych płytach i spadali połamani u stóp akropolu. Pozostali przy życiu wycofali się i ukryli.
— Prawdopodobnie wymyślą coś mądrzejszego — powiedział Casimir.
Sula martwiła się, że po nieudanym ataku na kolejkę wróg spróbuje wspiąć się do Górnego Miasta w jakimś innym miejscu, a w tej chwili Sula nie dysponowała siłami, które mogłyby ich powstrzymać. Wysłała więc grupy operacyjne na zwiad w różne punkty skalnego obrzeża miasta — miały obserwować, czy któryś z Naksydów nie zamienił się w kozicę.
Dostała meldunki, że szpital Chwała Higienie został zdobyty. Był strzeżony, ale nienaksydzka, prywatna ochrona szpitala trzymała się na uboczu. Niektórzy ochroniarze nawet dołączyli do lojalistów, ale dysponowali jedynie pistoletami i pałkami obezwładniającymi.
Wzmożony terkot strzałów dochodzący przez otwarte okno jadalni, powiadomił Sulę, że skoordynowana ofensywa na rządowy kompleks rozpoczęła się wcześniej niż planowano. Strzelanina przerodziła się w ciągły huk, a potem przygasała. Słychać było tylko pojedyncze strzały snajperów. Sula jak szalona starała się skontaktować ze swymi jednostkami i dowiedzieć, co poszło nie tak. Wydawało się, że wszystkie grupy przeszły do obrony, skryły się przed ogniem i czekały na rozwój wydarzeń.
— Każ swoim ludziom się ruszyć — powiedziała przez komunikator do jednego z dowódców grup. Był to młody Terranin o cofniętym nieogolonym podbródku i przestraszonym wyrazie twarzy, jakby nigdy się nie spodziewał, że znajdzie się w takiej sytuacji.
Może i się nie spodziewał. Niewiele osób z jej armii brało udział w prawdziwej walce. Ci, którzy wcześniej przekazywali informacje i rozprowadzali kopie „Bojownika”, podkładali bomby pod domy Naksydów albo strzelali do wroga z bezpiecznej odległości, odkryli teraz, jak wygląda prawdziwa bitwa, w której wróg się broni.
— Nooo, ruszyć ludzi będzie trudno — odparł dowódca. — Posuwaliśmy się po ulicy, ale kiedy Naksydzi otworzyli ogień, wszyscy powskakiwali do sklepów i biur. Teraz są rozproszeni. Nie wiem, jak mam ich zmusić, żeby znów ruszyli czy…
— Po prostu wyłaź stamtąd i spędź ich do kupy! — zażądała Sula.
— Nooo, rozumie pani, żeby to zrobić, musiałbym wyjść na ulicę, a tamci mają karabiny maszynowe.
— Wezwij pojazdy, żeby cię osłaniały ogniem!
— Nooo, rozumie pani, te samochody nie chcą podjechać bliżej. Będą ostrzelane, a nie mają pancerzy ani nic takiego.
— Zmuś ich, żeby się ruszyli, ty tchórzliwy sukinsynu! — wrzasnęła Sula. — Albo pojadę tam i osobiście strzelę ci w tę pieprzoną głowę!
— Przestraszona twarz młodego człowieka przybrała wyraz głębokiego oburzenia.
— Jeśli zamierza pani mówić w ten sposób, nie widzę powodów, by kontynuować tę rozmowę.
Sula patrzyła z otwartymi ustami na pomarańczowy symbol końca rozmowy.
— Sukinsyn! — krzyknęła i już podniosła rękę, by wyrzucić jednostkę komunikacyjną przez otwarte okno, ale rozmyśliła się.
Wezwała następne jednostki i uzyskała zapewnienie, że będą próbowały ruszyć do przodu. Strzelanina na chwilę się wzmogła, potem znowu ucichła. Wściekłe bębnienie karabinów maszynowych niosło się w porannym powietrzu. Sula wiedziała, że karabiny były zaprogramowane tak, żeby strzelały do wszystkich ruchomych obiektów, wykrytych w pewnym określonym obszarze. Trudno będzie skłonić bojowników, by ruszyli im naprzeciw, dopóki karabiny nie wyczerpią swych zapasów amunicji.
Zastanawiała się nad wysłaniem do akcji własnych rezerw, ale bała się, że również zostaną przygwożdżone. Wszyscy, którym mogłaby zaufać, że zdołają przeprowadzić zwiad, mieli do wykonania jakieś inne ważne zadania. Uświadomiła sobie, że musi to zrobić sama.
Zwinęła mapy i wyszła z pałacu, mijając przy bramie torminelskich wartowników. Kilka grup bojowników, którzy właśnie przybyli, zaparkowało na ulicy, oczekując rozkazów.
— Potrzebuję kogoś, kto mnie podwiezie — powiedziała. Jakiś Lai-own wstał, by otworzyć drzwi swego długiego, fioletowego samochodu, ale wtedy usłyszała znajomy głos.
— Raczej ja, piękna pani.
Sula uśmiechnęła się.
— Jeden-Krok!
Niegdysiejszy włóczęga z Nabrzeża miał na sobie czysty kombinezon i ciężkie buty. Na ramieniu zawiesił Sidneya Model Jeden, a wokół szyi zawiązał sznureczki tanich szklanych paciorków.
Pobiegła do ciężarówki i uścisnęła go.
— Jeden-Krok cię nie widywał — powiedział z wyrzutem. — Śliczna pani była zbyt zajęta.
— Za chwilę będę jeszcze bardziej zajęta.
— Masz. — Zdjął sznureczek paciorków i włożył go na szyję Suli. — Dzięki temu będziesz bezpieczna.
Zamrugała.
— Dzięki.
Każde wsparcie jest dobre — pomyślała.
Wskoczyła na siedzenie pasażera w ciężarówce. Jeden-Krok uruchomił pojazd i wyjechał na zatłoczoną ulicę.
Przez następnych dwadzieścia minut oglądała teren bitwy; rozbite samochody i trupy znaczyły miejsca, gdzie atakujący posunęli się najdalej. Długie proste ulice stanowiły dla wrażej broni idealne pole rażenia. Naksydzi panowali nad ulicą i umacniali swoje pozycje. Trzeba zmienić tę sytuację — pomyślała.
Gdy kończyła objazd, gdzieś w mieście usłyszała odgłosy ogniowej burzy. Zatrzymała się i poczekała na wiadomości.
— Cztery-dziewięć-jeden — odezwał się w jej hełmie głos Casimira — tu Wiatr. Naksydzi coś kombinują. Mnóstwo strzałów z hoteli w dole. Cel jest oczywisty: mamy nie wyściubiać nosa. Słyszę, jak krzyczą, więc wkrótce znowu będzie natarcie.
Sula zapytała, czy jest w kłopotach.
— Mamy się świetnie, kochanie — powiedział. — Rób, co musisz, i nie martw się o nas.
Zapytała, czy może się obyć bez Sidneya.
— Sidneya? Jasne. Dokąd go wysłać?
Kazała go skierować na plac Ashbar, gdzie zgromadziła swe rezerwy. Tam, wśród zapachów kwitnących drzew ayaca, rozwinęła mapy na marmurowej ławce pod posągiem „Oświata Przynosi Radość Ludowi”. Sidney przybył akurat w chwili, gdy strzelanina przy kolejce przeszła w potężny ryk.
— Mieszkasz w Górnym Miesicie, jak obejść te naksydzkie pozycje? — zapytała.
Prócz długich prostych ulic, w Górnym Mieście były również małe spacerowe alejki ze sklepikami, a także przejścia i placyki z tyłu sklepów, przeznaczone dla pojazdów dostawczych. Sula doszła po raz pierwszy do sklepu Sidneya właśnie jedną z takich uliczek. Na jej mapach były zaznaczone, ale trudno było się zorientować, jak się na te uliczki dostać i co tam właściwie jest.
Sidney wskazał znane mu objazdy i wyjaśnił, jaki jest do nich dostęp. Sula wezwała kilku swoich dowódców i przekazała im instrukcje.
— Unikajcie głównych dróg — powiedziała. — Zostawcie pojazdy za sobą i posuwajcie się uliczkami. Można się tam spodziewać Naksydów, ale nie będą mieli przewagi pozycyjnej i zdołacie ich dosięgnąć. Ruszajcie się, a dotrzecie za stanowiska tych ciężkich karabinów i będziecie mogli je zlikwidować. — Spojrzała na Sidneya. — Mógłbyś poprowadzić jedną z grup?