Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
się w promyk, ześliznął się do kąta i zniknął.
Ktoś wziął z parapetu coś metalowego i błyszczącego.
… rubinowe i stalowe sześciany z dołu, i intensywnie brązowe jak czekolada przestrzenie między nimi, i nieprzerwany poślizg — trochę do góry i trochę w dół — nad tym wszystkim — niejasne, na jakiej wysokości — bez ciała i bez sensu…
— Jeśli Popów rzeczywiście jest tam, w kopalniach — rzekł Maksym — to lepiej poczekać na niego. Dlatego że mentoskopia, Leonidzie Andriejewiczu, to… Lepiej jej w ogóle nikomu i nigdy nie serwować, a w naszym wypadku to po prostu niebezpieczne. Niebezpieczne. Tak.
— A ja zawsze uważałem cię za ryzykanta, Maks — powiedział Gorbowski z niezrozumiałym uśmieszkiem.
— To było dawno — odparł Maksym.
— To wstrętne być starym — z goryczą westchnął nagle Gorbowski. — To ohydne siedzieć i czekać, kiedy ci ktoś powie, co i jak. Bardzo bym chciał pójść i sam się dowiedzieć.
Potem długo milczeli.
…dotykając czymś, czego nie miała, wybranych powierzchni, raz lustrzanych, raz matowych, raz nieprzyjemnie fasetowych, a wszystko to miało jakiś dziki sens i aluzję do ratunku…
— Nie chciałem mówić o tym dzisiaj — powiedział w końcu Maksym — ale jak widać to konieczne. Trzeba wypalić diuny. Inaczej będziemy narażeni na coraz to nowe incydenty. Zagrożenie rośnie wykładniczo. O Piotrze i Pawle już pan wie? Przecież to gorsze od wszystkich podrzutków i Wędrowców razem wziętych.
— Myślałem o tym — powiedział Gorbowski zaskakująco lekkim tonem. — Ale jak ty sobie to wyobrażasz… od strony technicznej?
— Zawiesić stary statek ze zwierciadłem. Ze dwadzieścia takich lata na stacjonarnej. Ze stu kilometrów wyjdzie plama o średnicy piętnastu kilometrów. Przy sześciu do ośmiu minut naświetlania…
— Kto będzie sterował statkiem?
— Ja.
— Weźmiesz na siebie taki grzech?
— Wezmę.
— Nie weźmiesz, Maksik. Teraz ci się wydaje, że możesz, a jak przyjdzie co do czego…
— Mogę, Leonidzie Andriejewiczu. Ze strachu ludzie mogą zrobić wszystko. A ja się bardzo boję. Bardzo.
Zamilkli znowu, potem Ali się wydało, że Gorbowski zaczął mówić, ale przerwał mu sygnał wywołania.
— Tak. Słucham. Co? Niemożliwe… Dziękuję, Słoniu. Dobrze. Tak, od razu. Nic nie ruszajcie, aż tam będziemy. Nic…..potrzebna jej, podobna do basenu z zieloną rtęcią, dotyka powierzchni i jakby niewidzialną
trąbą zaczyna wciągać tę rtęć, i oto z niczego zaczynają powstawać zielone ręce z wykrzywionymi skurczem palcami; próbuje te ręce wyprostować i udaje się to, choć nie za pierwszym razem, a w tym czasie rtęcią wypełnia się pewna objętość przestrzeni o kształcie niewidzialnego ludzkiego ciała; zaczyna to widzieć — siebie — jakby ze wszystkich stron jednocześnie — kobieta z rtęci…
— Saszeńko, musimy panią opuścić.
— Nie. — Z trudem rozwarła wargi. — Beze mnie nie macie tam co robić. Proszę o dwie minuty. Muszę zająć się sobą.
Stas
Pewnie kiedyś była to oaza. Budowle na poły zasypane piaskiem, białe, sterczały bez jednej prostej linii. Kopuły, częściowo zapadnięte, przypominały czerepy tysiąc lat temu wymarłych olbrzymów. Łagodny żleb, nieco ciemniejszy od otaczających piasków, skręcał w prawo. Pewnie kiedyś rosły tu palmy i błękitniało jezioro. Ale i teraz mogła tu być studnia, dlatego należało tu zejść.
— Może znajdziemy wodę — cicho powiedział Wadim.
— Tak — odpowiedziałem równie cicho.
Jeśli nie znajdziemy tu wody, to wypijemy resztkę, a za dobę wyschniemy jak figi. Nic nie pomoże.
Pomyślałem, że wyrzuciło nas nie tylko dalej o czterdzieści tysięcy kilometrów, ale i wstecz o czterdzieści wieków. Nigdzie więc w pobliżu nie ma człowieka ani wielbłąda, dlatego że studnie wyschły i szlaki karawan przeniosły się na północ…
U podnóża diuny było jeszcze goręcej, chociaż słońce już dotykało jej grzbietu i za moment powinien tu paść cień. Za kilka lat diuna wpełznie na ruiny oazy, grzebiąc ją na zawsze. Jak pogrzebane tu już są pewnie całe miasta i kraje.
— Studnia, studnia, studnia… — mamrotał Wadim. — Studnia…
— Pewnie tam — powiedziałem.
Widać było tylko ciemniejszy kawałek kamiennego kręgu. Pobiegliśmy w milczeniu. Studnię po brzegi wypełniał piasek.
— Może tam jest pokrywa… — Zupełnie nie byłem przekonany do tego, co mówiłem.
Zaczęliśmy rozkopywać. Rękami. Trudno powiedzieć, jak długo to trwało. Może godzinę.
Potem Wadim powiedział, że pójdzie poszukać czegoś, co ujdzie za łopatę. Zagłębiliśmy się mniej więcej po pierś. Przykucnąłem i zacząłem ryć dalej. Piasek był ubity, zleżały, ale suchy. Zresztą jeśli pode mną jest pokrywa studni, to piasek powinien być suchy. Próbowałem wyczuć, co właściwie jest pod spodem, ale ze zmęczenia nie mogłem.
Wadim nie wracał, a ja nagle jakoś wyraźnie odczułem jego nieobecność. Nigdzie go nie było.
Napięcie i upał spowodowały, że przed oczami miałem mrok, i z mozołem, niszcząc z takim trudem wykonane brzegi leja, wdrapałem się na górę. Łańcuszek powłóczystych śladów ciągnął się do najbliższej kopuły. Po drodze nieco wystawały spod piasku zęby starożytnej ściany. Z niewiadomego powodu od ściany odchodziły trzy łańcuszki: na prawo, na lewo i prosto. Jak w bajce, pomyślałem, pójdziesz prosto — stracisz konia. W plecy walił upał. Powietrze z przodu drżało i migotało.
Pasek bursztynowego koloru przemierzał daleki horyzont.
— Wadim! — Myślałem, że krzyczę, ale krzyk mi nie wychodził. Jakoś było niezręcznie. — Wadiiim!
Milczenie.
— Wadim, niech cię diabli!!!
Już wiedziałem, że odpowiedzi nie będzie.
Ślady doprowadziły mnie do wyłomu w kopule, ale od wyłomu prowadziły już dwa łańcuszki, i wiedziałem, że tak będzie dalej. Zaczęło się to, przed czym ostrzegał Wadim, a czego się niejasno domyślałem.
Wewnątrz kopuły było ciemno. Zakurzony promień nie tyle oświetlał pomieszczenie, ile przeszkadzał cokolwiek zobaczyć. Zresztą prócz piasku nie było tam niczego. Poszedłem więc po śladach, żeby dokądś iść.
Zaczęło już ciemnieć, kiedy natknąłem się na coś ciekawego. Nieco w bok od głównych ruin stała wieża — jak i wszystko tutaj pogrążona w piasku. Jej stożkowy dach z płytek lawy miał coś na kształt dymnika i od tego dymnika wewnątrz wieży prowadziły spiralne schody. Dochodziła stamtąd słaba woń leśni. A gdzie jest pleśń, tam wilgoć, a gdzie wilgoć, tam (nie-kluczone) woda. W sumie nic nie traciłem. Wlazłem do środ-a, stałem chwilę na stopniu — kamiennej belce wmurowanej ścianę — czekałem, aż oczy przyzwyczają się do mroku… I zacząłem schodzić.
Ala
Kabina szczygła jest obliczona na czterech pasażerów, ale ładowało się do niej dziewięć osób: oprócz Ali, Gorbowskiego i Maksyma czworo progresorów, lekarz i cyberator. Ten ostatni prowadził pojazd — na niedużej wysokości, w substratosferze. Obłoki wyglądały jak śnieżne pole. Kilka razy w niebezpiecznej odległości przelatywały gumosmoki i szczekawce, wtedy autopilot rzucał maszyną na boki tak gwałtownie, że „a wbijała się w twardego jak kość Gorbowskiego, który próbował jakoś zamortyzować te zderzenia.
Lot trwał mniej niż godzinę, ale długo nie mogli wylądować, edyny nadający się do tego placyk w pobliżu porzuconych kopalń był zapchany gliderami i śmigłowcami i musieli kołować, póki ich nie poprzesuwano i nie zwolniono wystarczającego do lądowania miejsca.