Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Proszę posłuchać — powiedział znowu ten niby-znajomy. — Temat inwigilacji i interwencji obcych na Ziemi jest na tyle oklepany, że nawet rozmowa o tym jest niepoważna. Tym bardziej że również w tym konkretnym wypadku nie ma najmniejszych dowodów, że ma to jakieś nieziemskie pochodzenie.
— Oczywiście, że nie. — Maksym wzruszył ramionami. — Tak samo jak mieszkańcy Sauły nie mają najmniejszych dowodów na progresorską działalność Ziemian.
— Dyskutujemy o tym już czterdzieści lat — powiedział Gorbowski. — Dawno już doszliśmy do wniosku, że żądanie od siebie nawzajem dowodów jest nieetyczne i nawet niedopuszczalne. Ponieważ, jak celnie zauważył Maksym, właśnie informacja, informacyjne zbiory są podstawowym obiektem oddziaływania. Oprócz tego w wielu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami jednostkowymi, unikatowymi. A więc…
— Mamy zatem moralne prawo do operowania pojęciami czarnej magii, alchemii, możemy zacząć bawić się wirującymi stolikami… Co tam się jeszcze robiło?
— Ożywiali zmarłych.
— O tym właśnie… — Nagle mężczyzna o wąskiej twarzy zamilkł. Rozejrzał się bezradnie.
— To nic, Phil — powiedział Maksym. — Wszystko w porządku. Przyzwyczajaj się. Witamy w krainie Oz.
Teraz Ala przypomniała sobie, dlaczego ten człowiek wydał się jej znajomy. Philip Scheller, kontaktor z niehumanoidami. Jakieś dziesięć lat temu dużo o nim pisano. Zadziwiająca adaptatywność, precyzja i harmonia intelektu.
— Rozumiem Maksyma, który nie chce rozbijać zadania na prostsze elementy i rozwiązywać go po kawałku — powiedział ten z brodą. — To zapewne bardzo zniekształci wynik. Ale z kolei chciałbym, żeby szanowny Maksym zrozumiał i mnie. Nas. Zaproponowano nam tu mieszankę oficjalnej i apokryficznej ksenologii, logicznych zagadek, dziwnych zjawisk psychiki, może nawet patologicznych, i fenomenu, którego mechanizm jest absolutnie niejasny, chociaż obserwujemy go… od ilu?…dziesięciu lat?
— Trochę mniej.
— Nieważne. W tym czasie można było zbadać wszystko do poziomu subpróżniowego.
— Badaliśmy, Peter. Żadnych zagadek. Wszystko jasne. Poza drobiazgiem: skąd się to bierze i po co?
— I kto to wymyślił — cichutko podpowiedział Gorbowski.
— Właśnie.
Ali nagle wydało się, że właśnie coś tu jest nie tak. Jakby miała deja vu. Jakby już piąty raz oglądała ulubione przedstawienie i aktorzy nagle zaczęli mylić dialogi. Może nie mylić — upraszczać. Opuszczać coś. Jakby brodaty Peter nie powinien siedzieć tam, gdzie siedzi, lecz z prawej, i powinien mówić pośpiesznie i niezrozumiale, a tam, między Philem i dziewczyną quasi-biologiem, brakowało kogoś starszego, siwowłosego, z hiszpańską bródką… Wrażenie było tak mocne, że wstała. Nabrała ochoty, by podejść i tego dotknąć, żeby się przekonać.
Zorientowała się, że stoi, a wszyscy patrzą na nią i czekają, co powie.
Rozejrzała się jeszcze raz. Nie dało się odrzucić poczucia dziwnej celowości zachowania.
— Wiecie — powiedziała — że jestem w jakimś stopniu Popowem. Jego odciskiem. Mentalnym zdjęciem. Mówią mi, że to przejdzie, ale jak na razie utrzymuje się. Więc ten wewnętrzny Popów twierdzi, że odpowiedź na zadane przez was pytanie już padła, wyraźna, jednoznaczna, pewna. Padła już nie raz, lecz mnóstwo razy. Ale za każdym razem odpowiedź była jakby zapominana i wszystko zaczynało się od nowa.
— Tak — powiedział Maksym. — A jaka jest ta odpowiedź? — Nie wiem… — Ala straciła pewność siebie. — Nie mogę
tego… otworzyć. Są tam jakby drzwi… Kto to jest Jaszczenko?
Zauważyła, jak Maksym i Scheller wymienili spojrzenia. Gorbowski podrapał podbródek.
— Proszę się nie denerwować, Saszeńko — powiedział. — Sprawa jest bardzo niejasna. Jaszczenko to Kamil. To jego nazwisko. Kamil Jaszczenko. Nie wiadomo dlaczego, mało ludzi je pamięta…
Stas
Siedzieliśmy na werandzie i piliśmy jakąś ziołową nalewkę. Sikorski zapewniał, że te ziółka rozjaśniają myśli. Wyspa była kamienista i mała. Powyginane wichrami sosny trzymały się brzegu tarasu, dalej zaczynał się ocean. Za nami wznosiły się czarne skały. Szare niebo wisiało nisko nad głową. Wiatr z południa przynosił lodowaty antarktyczny zapach.
Święta Helena, malutka wysepka…
To nie była prawdziwa Święta Helena, ale coś z niej było obecne dokoła.
— Jestem zachwycony pańskimi zdolnościami, Popów — powiedział Sikorski, odstawiając ogromny i brązowy kubek z postacią jeźdźca trzymającego kopię. — Szkoda, że nie było pana wtedy z nami. Może nie wydarzyłaby się ta nieprzyjemna sprawa… ze mną. Abałkin by żył, a służba nadal by służyła… — Westchnął. — Wiem, że to nie jest śmieszne. Starcza żarttrofia. Przepraszam. Więc tak, co do najważniejszego… Wszystko, co opowiedział panu Suworow, to prawda. Ale to jest taka niewinna część prawdy, że aż… rodzi czułość. Czułość. W rzeczywistości… — Podniósł się, obszedł dokoła stół, zatrzymał się przede mną. Poruszał się wolno i ostrożnie. — Opowiem panu. I tak się pan dowie, ale może wtedy, kiedy będzie już za późno. Jak na przykład ja. — Zamilkł wpatrzony w lecący niemal po powierzchni wody, zostawiający przerywany ślad piany, malutki pomarańczowy glider. — Do pewnego czasu wszystko było tak, jak powiedział. Do niesławnego dwudziestego dziewiątego.
— Naszego wieku? — sprecyzowałem nie wiadomo po co.
— Co? A, oczywiście, że naszego. Któremuś naszemu hipnogeniście przyszła do głowy myśl przekazania pewnych kierujących funkcji maszynie. Uczynienia z niej arbitra, ponieważ sprzeczności między właścicielami kluczy zaszły zbyt daleko. I cokolwiek pan o tym sądzi, zbudowano maszynę.
— Tę z Massachusetts?
— Właśnie. Właśnie ją, kochaną. Zmontowali, zaprogramowali, uruchomili. Funkcje: zbiór wszelkiej sformalizowanej informacji. Ceclass="underline" upowszechnienie dobra. A w detalach: kierowanie pogodą, transportem i tak dalej. Zapyta pan, dlaczego nie sieć, nie coś prostszego? Po co spłodziliśmy takie monstrum? Odpowiedź: żeby całkowicie wykluczyć możliwość przejęcia sterowania. Zrozumiałe przyczyny.
— Co więc przeszkodziło w złożeniu tego brzemienia na jej barki?
— Nic. — Sikorski popatrzył na mnie jakoś po ptasiemu, bokiem. — Maszyna działa. Już od ponad pięćdziesięciu lat.
— Jak to działa? Przecież wiadomo, że… — Umilkłem. Wszystko zrozumiałem.
— Maszyna działa. Co więcej, jest zbudowana tak, że przejąć od niej sterowanie mogą tylko wszyscy hipnogeniści, cała szesnastka jednocześnie, gdy zbiorą się razem przy pulpicie. To nie zdarzyło się nigdy.
— To znaczy że maszyna działa… I nie da się wkroczyć w jej działanie? Kontrolować jej też nie można?
— W sumie tak. Jedynie sposobami pośrednimi.
— Na przykład?
— No, to najważniejsze. Stas, ilu ludzi aktualnie mieszka na Ziemi?
— Włącznie z Systemem?
— Oczywiście. Z Systemem, z Peryferiami… Ile liczy nasze plemię?
— Według ostatnich danych piętnaście i trzydzieści sześć setnych miliarda.
— Tak. To wszyscy wiedzą. I ludzie powinni umierać od czasu do czasu, prawda? Kremuje się ich, popiół sypie do takich małych urn… Zebrałem dane dotyczące produkcji tych urn. Tak więc, sądząc według tych danych, na Ziemi i w Systemie aktualnie mieszka około jednego miliarda ludzi.