Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Ala opowiedziała, co mogła — również o dziwnym doświadczeniu z mediatronem — i wysłuchała w zamian opowieści o „dzieciach diun”; Gorbowski czasami coś wtrącał, precyzował, zadawał pytania, ale okazało się, że on tylko sprawdza, czy dobrze zapamiętał starą lekcję.
„Dzieci diun” po raz pierwszy pojawiły się szesnaście lat temu niedaleko uzdrowiska Diuna. Właściwie należałoby powiedzieć „zaczęto je znajdować” — martwe, rozszarpane przez drapieżniki. Hipoteza, że to dzicy turyści, narzucała się sama, tym bardziej że genetyczna analiza identyfikowała ich jako Ziemian. Ale z niewiadomego powodu nikt nie ginął w tych okolicach i to od razu zaniepokoiło najpierw ratowników, a potem i KOMKON. Ustawiono posterunek, przeprowadzono kilka obław na piaskowe wilki, gusmoki i smoki cyryliczne, ustawiono ultradźwiękowe bariery i wkrótce w diunach znaleziono pierwszego żywego człowieka. Był to nagi i bezwłosy mężczyzna o nieokreślonych rysach twarzy; nie potrafił mówić i nie rozumiał kierowanej do niego mowy; co ciekawsze — nie przepuszczały go biobariery. Kilka dni później zachorował na nieznaną chorobę i zmarł. To był cios. Medycy oszaleli. Podobnie biolodzy. Człowiek ten nie miał morderczych limfocytów, a jego układ krwionośny wyglądał jak po mocnym napromieniowaniu. Po dwóch tygodniach z diun wyszła kobieta…
Żyła prawie miesiąc. Pod koniec zaczęła rozumieć poszczególne słowa, zaczęły jej wyrastać włosy.
Ale dopiero czternaste „dziecko diun” było całkowicie zdolne do życia.
Poustawiane wszędzie kamery nie dały odpowiedzi na pytanie, skąd przychodzą ci ludzie. Pewnie, że z dżungli. Poszukiwania „miejsca urodzin” do dziś nie przyniosły efektów, mimo zastosowania najdoskonalszej aparatury.
Potem zaczęły się dziać jeszcze dziwniejsze rzeczy. Znajdy zaczynały nabierać zewnętrznych i wewnętrznych cech konkretnych ludzi. „Przypominali” sobie swoje nazwiska, przeszłość, rodziny, zawody, przyjaciół, znajomych… Wielu żądało — niezbyt natarczywie — żeby pozwolić im wrócić do domów. Jednocześnie, jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało, wszyscy odnosili się z jakimś tępym zrozumieniem do swojej izolacji. Od razu się wyjaśniło, że nazwiska i życiorysy należą do osób, które krótko przedtem zaginęły w różnych (nie zawsze zwyczajnych) okolicznościach.
Tak, sprawa nie była łatwiejsza od „afery podrzutków”. Nie łatwiejsza, nie prostsza i zgoła pozbawiona rozwiązania. Wędrowcy jak zwykle stawiali Ziemię w sytuacji grożącej potężnym szokiem etycznym. Sprawę komplikowała z jednej strony konieczność zachowania najwyższego stopnia utajnienia (łatwo wyobrazić sobie reakcję ludzi dowiadujących się nagle, że ich bliski, który zaginął dwa lata temu w zero-kabinie, znajduje się w izolacji gdzieś w dżunglach Pandory), a z drugiej — zbyt duża liczba już wtajemniczonych osób. Wybrano stary i wypróbowany wariant: informacyjną kurtynę. Różnymi kanałami, włączając także lekką podprogową sugestię w sieci światowej, udało się nastawić opinię publiczną na negatywny, nieufny odbiór wszelkich informacji o Pandorze. Teraz jawiła S1? ona jako planeta legend i plotek, zaludniona przez zwariowanych progresorów i nie mniej zwariowanych naukowców, którzy udają durni, chuliganią i bawią się w dziwny sposób, i dlatego nie należy wierzyć w nic, co dotyczy Pandory…
No i nikt nie wierzył.
Stas
Zupełnie zapomniałem, jakie wstrętne jest latanie na widmie. W tej sprawie zawsze miałem inną opinię od większości Od pierwszych rejsów nicowało mnie, mdliło, potem całymi dniami leżałem plackiem, a weseli koledzy podziwiali nowe (dla nich, rzecz jasna) planety. Teraz też przykleili się do ilu. minatorów, ja również mogłem to zrobić, wystarczyło odwrócić się na bok i ustawić wizor na przejrzystość. Ale nie chciałem. Leżałem na plecach, patrzyłem w sufit i na nic nie miałem ochoty. Frustracja.
A chłopcy patrzyli na Ziemię… Plecy Espady, Wadima, Patricka emanowały cierpieniem.
Aleksander Wasiljewicz przysiadł się do mnie.
— Niech pan się trzyma, Stanisławie.
— Trzymam się. Dość dobrze się trzymam. Wie pan, przez ostatnie trzy godziny przypominam sobie wszystko, co pamiętam o operacjach desantowych, i nie mogę sobie przypomnieć żadnej głupszej. Proszę mi wybaczyć.
— Po pierwsze, to jeszcze nie desant — odpowiedział, zacisnąwszy przedtem lekko wargi. — To zwiad. A prócz tego… Wie pan, nigdy nie dowodziłem operacjami desantowymi. Proszę mnie oświecić.
— Pan jeszcze mnie nie rozgryzł, jak się okazuje. Być może żadnego z nas. Mogę coś powiedzieć, jeśli się mnie poprosi. Albo… coś w tym stylu. Ale sam nie mogę… w sumie niczego. Niczego nie mogę sam. Ani nauczyć. Ani powiedzieć. Ani ostrzec. Rozumie pan? Pan chce zrobić z nas zwiadowców, komandosów, bojowników o sprawę ludzkości…
— Bo po prostu nie mam na kim innym się oprzeć — powiedział cicho Aleksander Wasiljewicz. — Obawiam się, że cała reszta, całe piętnaście miliardów…
— A pan?
— Ja? Nie wiem. Ze mną też coś jest nie tak.
— Tak jak z piętnastoma miliardami?
— Nie, jak z wami. Jak z androidami. Pewnego rodzaju odrzucenie, sekwestracja. Nie odbieram siebie jak części ludzkości. Moja ludzkość to wy. Wie pan, że swego czasu zbyt często musiałem łamać sam siebie. Historia z Ziernickim to też tylko epizod. Wie pan, ilu wspaniałych chłopców musiało przez to przejść? Setki. Gdzie są teraz? Próbowałem ich odnaleźć. Niektórzy istnieją fizycznie. Nie duchowo; same ciało. Syte, zadowolone ciało. A wielu po prostu nigdzie nie ma i nikt nie wie, gdzie się podziali. Być może wy jesteście nimi? To by było sensowne. Pamięta pan, jak sto lat temu zabawiano się maszynową reinkarnacją? Technicznie wszystko się udało, a potem okazało się, że to nikomu niepotrzebne. Owszem, można człowieka zapisać, a potem odtworzyć i pojawi się niby to samo.
— Wędrowcom też nie od razu się udało — powiedziałem.
— Ja nie o tym mówię, Stas, zupełnie o czym innym. Okazało się, że osobowości nie da się zakonserwować, że to nie struktura, lecz proces. Wicher. Współdziałanie z innymi. A kiedy to współdziałanie się przerywa, a przerywa się podczas zapisu, dokładniej rzecz ujmując, zmienia się ono na… współdziałanie z innymi maszynami lub wnętrzem maszyny…
— Tak — odparłem. — Proteza okazała się doskonalsza od żywej kończyny. Ale co my mamy do tego?
— To, że pewnie przeszliście coś podobnego, tyle że wymazano wam to z pamięci. Podobnie tym chłopcom na jakimś innym poziomie również… I wykasowano im to z pamięci…
— Androidom też — powiedziałem.
— Tak. W wyniku tego odstawiono was… nas… w kąt. Zrzucono ze stołu. I choć nie jest to krzywdzące, no, trochę krzywdzące jest… wzbudza podejrzenia.
— Proszę powiedzieć — usiadłem — czy ma pan teorię dotyczącą zachodzących wydarzeń? Uprzedzam, że ja nie mam.
— Mam trzy. Myślę, że dzisiaj, jeśli przeżyjemy, zostanie jedna.
— Czy we wszystkich występują Wędrowcy?
— Ee… tak. W różnym stopniu.
— A jako inicjatorzy w jednej?
— W jednej jako inicjatorzy, w drugiej jako twórcy wykorzystywanej aparatury, w trzeciej jako obiekt oddziaływania.
— Aż tak?
— Tak. Ludzkość występuje jako broń… w walce. To niezbyt °obre określenie…
— Rozumiem. Dalej. W czyjej walce? Innej supercywilizacji?
— Nie, to by był tylko wariant pierwszego przypuszczenia. Proszę posłuchać, Stas, moja teoria jest absolutnie zwariowana i obawiam się, że pan weźmie mnie za schizofrenika.