Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— No to co? Proszę opowiedzieć, to ciekawe.
— Nie. Nie, nie. Przepraszam, po prostu… nie mogę teraz. Będzie się pan śmiał.
Wiedziałem, że nie ma się z czego śmiać, ale nie sprzeczałem się. Przez następne trzy godziny nasz stateczek manewrował, podchodząc do starego sputnika Atlas. Napięcie rosło, Espada nie wytrzymał: na głupi dowcip Wadima odpowiedział złością. Co prawda potem opadło nas dziwne rozluźnienie. Jak byśmy lecieli na polowanie…
Ala
Dziewczynki nie chciały odlatywać same, ale Ala nie miała litości:
— Nie. Cierpię na syndrom Tęczy, więc lepiej się ze mną nie kłóćcie. Pobędziecie u ojca, bardzo się ucieszy. Bo jak nie, to pójdziecie do internatu, jak wszyscy! Jasne?
— Jasne…
— Jasne, ale…
Gorbowski odwiózł je do portu. Miał coś stamtąd zabrać czy kogoś tam spotkać. Ala odbierała wszystko jak przez mgłę i czuła, że sama nie jest w stanie jechać. Spać, mimo niesamowitego zmęczenia psychicznego, też nie mogła, dlatego zmroziwszy się pod prysznicem, wsunęła pod język tabletkę hirestu i wyciągnęła się na łóżku pod mediatronem.
…zmieszało się zjawą i nie wiadomo było, jak odnieść się do zdarzeń. Jak w ogóle może do czegoś odnosić się człowiek ciśnięty pół setki lat świetlnych od rodzimej planety i wciśnięty w dziwacznego kształtu skrzynię, której ścianki wolno się zjeżdżają; raz te, raz inne ścianki, a dokoła ciemność bez gwiazd, w skrzyni jest duszno, awaryjne naboje wypluwają tlen o wstrętnym zapachu martwych kwiatów (ślady nie zakończonego rozpadu ozonu i kwadronu) i ratunku nie będzie; a tu nagle pojawia się ze ściany ktoś w bieli i zaczyna wieloznaczną rozmowę z samym sobą, trochę później przychodzą chłopcy bez twarzy o manierach sanitariuszy… Wszystko to w smętnym, hipnotyzującym, rozwlekłym rytmie, jakby panowało tu śródziemnomorskie średniowieczne piekło; słońce nie zachodzi nigdy, wszystko jest w kolorze roztopionego bursztynu i przesuszonego piasku, a skądś dochodzi zawodzący dźwięk zurny. Zurna mnie szczególnie dobijała… Tortura zurny.
Pewnie wymyślili ją Chińczycy.
Zegarek albo szedł, albo stał, albo pokazywał wczorajszy czas. Byłem skłonny wierzyć zegarkowi, a nie swoim odczuciom. Przez dwie godziny starałem się pisać, ale kiedy pewnego razu odkryłem gruby, na wpół zetlały zeszyt wypełniony moimi zapiskami, urwanymi na słowach „charistopodniowy isklunator wieści bardzo hadwajutrotyłinoproponowo… nie myślcie źle…”, zdecydowałem, że to nie jest zajęcie na tutejsze warunki. Zresztą „zdecydowałem” to niewłaściwe słowo. Tam nie dane mi było decydować. Tam się zgadzałem albo nie zgadzałem. A nawet nie tyle; tam znajdowałem siły, żeby zrezygnować z szalonych pomysłów, albo ich nie znajdowałem.
Przecież się tam wieszałem. Zrobiłem pętlę, włożyłem na szyję, skoczyłem z łóżka. I zawisłem, wolno kołysząc się, podnosząc, opuszczając… Ciężar istniał, ale nie dla mnie.
A potem było jeszcze coś podobnego… Ciąłem żyły? Może i żyły. Inne rzeczy zapominało się od razu, wystarczyło przejść obok — tak wyparowują poranne sny. Inne sprawy utkwiły w pamięci jak kamienie…
Kiedy pojawił się Mały, uważałem już siebie za martwego.
4
Stas
Widziałem to już mnóstwo razy w swoich powtarzających się snach: korytarze o przekroju pryzmatu z jedną ścianą ciemnozieloną, drugą srebrzystozieloną, niemal czarną podłogą i świecącym sufitem. Korytarze albo szły nieskończenie prosto, zamykając się punktem perspektywy, albo zbaczały, skręcając… Sputniki Atlas zbudowano jakieś osiemdziesiąt lat temu i istniał plan wykorzystania ich w charakterze kosmicznych uzdrowisk. Akurat wtedy zaczęła się epidemia choroby Schneie-Moora, lekarze długo nie mogli sobie z nią poradzić i liczba osób, których kości przekształciły się w bezy, osiągnęła dziesiątki tysięcy. Ale potem, kiedy trzy sputniki były gotowe, a kolejnych siedem zbudowano, ale jeszcze nie wyposażono, pojawił się Rokuhara ze swoją szczepionką i dla sputników trzeba było znaleźć inne zastosowanie.
…Pomieszczenia były wypełnione azotem, temperatura utrzymywała się na poziomie pięciu stopni, maszerowaliśmy w maskach i naciągniętych na kompensacyjne kombinezony swetrach, szarych i jednakowych, z jakiegoś zestawu specwyposażenia. Prowadziły nas czujniki mionowego oddziaływania. Za nami zostały ze trzy kilometry korytarzy i sal w amfiladzie. Szedłem i myślałem, że architekci przeszłości mieli swoje dziwactwa, bo my inaczej rozumiemy słowo „przytulny”.
Najpewniej zacumowaliśmy nie przy tej śluzie co trzeba. Wątpliwe, by adresaci zielonych kontenerów z Tagory wlekli je Bóg wie gdzie tymi korytarzami.
— Pewnie tutaj — któryś już raz powiedział Aleksander Wasiljewicz, zatrzymując się przed dwuskrzydłowymi, przesuwnymi wrotami z anodowanego tytanu. — Jak uważa desant?
Desant nic nie uważał. Wrota wyglądały na nie do sforsowania. W dodatku z tamtej strony mogli na nas czekać niezadowoleni z naszego wtargnięcia, enigmatyczni spiskowcy. Albo potwory z innej planety. Albo próżnia. Co prawda czujniki, mój, Espady i Aleksandra Wasiljewicza, wspólnie (chyba po raz pierwszy dzisiaj) wskazywały właśnie tam, za tę przegrodę.
— Nawet jeśli to tu… — zaczął Wadim, a ja z góry wiedziałem, co powie: że nie otworzymy, nie wejdziemy, nie znamy klucza, zamka, szyfru, sposobu, napędu… Rzeczywiście niczego o tych wrotach nie wiedzieliśmy, a w moich snach niemal umieraliśmy pod tymi wrotami, zrozpaczeni, wypróbowawszy wszystko, łącznie z jakąś strzelaniną i jeszcze nie wiadomo czym. I wtedy zrobiłem to, czego nigdy we śnie nie próbowaliśmy: po prostu podszedłem do drzwi, przyłożyłem gołe ręce do zimnego metalu i zacząłem przesuwać płytę, pokonując tylko jej masę, a nie opór jakichś mechanizmów. Jakąś minutę nic się nie działo, na Ziemi płyta ważyłaby kilka ton i nawet tutaj, w sprzyjającym grawipolu, na pewno ważyła z pół tony, a ja ledwie dziesięć kilo, ale waga się nie liczyła, podłoga stała się dużą przyssawką, nogi nie ślizgały się, przyłożyłem się jeszcze, Wadim wcisnął się z dołu, pomagał… I ruszyła, kochaniutka, ruszyła sama, poszła — już, teraz nawet jej nie zatrzymamy.
— O rany! — powiedział ktoś, kto zajrzał w szczelinę przed nami.
— Ostrożnie! — rozległ się głos Aleksandra Wasiljewicza, a potem zapachniało z tyłu czymś rozżarzonym i szorstkim. Obejrzałem się: lśniący wicher wpadł do sputnika, roztrącając nas. To był rozgrzany słońcem piasek, to było światło słońca, to był straszliwy, ryczący huragan! Skrzydło odsuwało się i przede mną otwierał się widok na spływający w dół piaskowy stok, wzlatujący na spotkanie lekki biały piasek i różowa-we słońce wysoko i nieco z prawej, a wszystko to sputnik wsysał w siebie jak ogromny odkurzacz! Powlókł mnie ten strumień, a ja wczepiłem się w skrzydło wrót, Wadim wczepił się we mnie, za plecami ktoś wrzeszczał: „Do tyłu!” i „Ostrożnie!” — a podłoga nagle zapadła się pod moimi stopami. Ciężar podchwycił nas, zwaliliśmy się, chwytając siebie nawzajem — po-turlaliśmy się po stoku…
Ala
Wypiła trzy szklanki wody jedną po drugiej, a i tak nie zaspokoiła pragnienia. W lustrze widniał ktoś wściekły i niespecjalnie znany. Chyba już wszystko wywietrzało z pamięci, zresztą nie miała już sił. Ze wstrętem zerknęła na otwarty notes. Nie. Po prostu nie chcę.