Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 210
Перейти на страницу:

— Twoi lu­dzie są wię­cej war­ci niż sza­ble i łuki, któ­re dzier­żą w gar­ści — kon­ty­nu­ował do­wód­ca nie­wol­ni­ków.

— Już o tym mó­wi­li­śmy. — La­skol­nyk wzru­szył ra­mio­na­mi. — Są. A pod­ję­li­śmy wal­kę, bo nie było wy­bo­ru. Nie trak­tuj­cie tego jak ofi­cjal­nej po­mo­cy Im­pe­rium.

— Praw­da, nie było i nie po­trak­tu­je­my. — Pore Lun Dha­ro też po­chy­lił się nad sto­łem, uśmiech­nął krzy­wo. Bły­ska­wi­ce wy­ta­tu­owa­ne na jego pier­si wy­chy­nę­ły zza ka­mi­zel­ki krwa­wym śla­dem. — Gdy­by­ście mie­li oka­zję uciec, na­wet by­ście się na nas nie obej­rze­li.

— Za­pew­ne tak. — Ko­lej­ne wzru­sze­nie ra­mion okra­szo­ne gry­ma­sem znie­cier­pli­wie­nia wska­zy­wa­ło, że ge­ne­rał nie ma za­mia­ru tra­cić cza­su na głu­po­ty. — Mam wła­sne obo­wiąz­ki i przy­się­gi. I nie po to tu przy­je­cha­łem.

— Wy­star­czy. — Krwa­wy Ka­hel­le krót­kim ge­stem po­wstrzy­mał ko­czow­ni­ka od ką­śli­wej od­po­wie­dzi. — I tak dzię­ku­ję. Dzię­ku­je­my. Stra­ci­li­by­śmy wię­cej lu­dzi, gdy­by nie wy.

Ka­ile­an do­pie­ro te­raz do­strze­gła, jak bar­dzo ten męż­czy­zna był zmę­czo­ny, jak bar­dzo zmę­cze­ni byli oni wszy­scy. Cały wie­czór i całą noc do­wo­dzi­li, wzmac­nia­li obro­nę, szy­ko­wa­li kontr­atak. W cha­osie, w ciem­no­ściach i dy­mie, zdo­ła­li za­pa­no­wać nad taką masą lu­dzi, nie do­pu­ści­li do upad­ku mo­ra­le, do pa­ni­ki. Ni­ski Bły­ska­wi­ca jeź­dził po ca­łym polu wal­ki, rzu­ca­jąc swo­je szczu­płe siły tam, gdzie prze­ciw­nik uzy­ski­wał choć chwi­lo­wą prze­wa­gę, Kor’ben Ol­he­war oso­bi­ście usta­wił mały ta­bor z kil­ku­dzie­się­ciu wo­zów, któ­rym za­gro­dził dro­gę głów­nym si­łom wro­ga i za­trzy­mał je przez dwie naj­gor­sze noc­ne go­dzi­ny. A saw-Kir­hu do­wo­dził nimi wszyst­ki­mi, zbie­rał mel­dun­ki, wy­sy­łał roz­ka­zy… Kha-dar to­wa­rzy­szył mu przez część nocy i stwier­dził po­tem, że ktoś, kto tak szyb­ko i spraw­nie za­pa­no­wał nad sy­tu­acją, po­wi­nien no­sić błę­kit na płasz­czu.

Rzad­ko sły­sza­ło się taką po­chwa­łę z ust La­skol­ny­ka.

Ale te­raz mach­nął tyl­ko ręką ze znie­cier­pli­wie­niem. Nie ma o czym mó­wić. Zaj­mij­my się waż­niej­szy­mi spra­wa­mi.

— Wie­cie już, kto to był?

Do­wód­cy nie­wol­ni­czej ar­mii wy­mie­ni­li spoj­rze­nia, a Krwa­wy Ka­hel­le zgrzyt­nął zę­ba­mi.

— Ge­ghij­czy­cy. Pół­noc­ni Ge­ghij­czy­cy. Pod do­wódz­twem Han­ta­ra Seh­ra­wi­na.

— On sam? Tu­taj?

— Oso­bi­ście. Z trze­ma albo czte­re­ma tu­zi­na­mi ma­gów ognia i dwu­dzie­sto­ma ty­sią­ca­mi woj­ska. Mniej wię­cej.

Ka­ile­an nie­wie­le to mó­wi­ło. Za­rów­no na­zwa kra­ju, jak i imię ja­kie­goś tam ge­ne­ra­ła czy księ­cia nie bu­dzi­ły żad­nych sko­ja­rzeń. Ale La­skol­nyk naj­wy­raź­niej wie­dział od razu, o kim mowa. Za­sta­na­wiał się przez chwi­lę. Wresz­cie pod­szedł do sto­łu, się­gnął po jed­ną z map.

— Ge­ghii jest tu. — Pa­lec kha-dara błą­dził po per­ga­mi­nie. — Gra­ni­cę mają z pięć­dzie­siąt, może sześć­dzie­siąt mil stąd. Do­kład­na ta mapa?

— Tak.

— No to pra­wie sześć­dzie­siąt. Jak was tak po­de­szli?

Za­kło­po­ta­nie prze­mknę­ło przez twa­rze wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn. Na­wet Uwa­re Lew opu­ścił wzrok.

— Przez Wa­he­si — mruk­nął wresz­cie. — Uzna­li­śmy, że tam­tej­szy ksią­żę tak się nas boi, że nie mu­si­my się za bar­dzo pil­no­wać od po­łu­dnia. Seh­ra­win zo­sta­wił sło­nie, ar­ty­le­rię, ta­bo­ry, wszyst­ko, co mo­gło go opóź­niać, i po­ma­sze­ro­wał przez to za­sra­ne księ­stew­ko z pie­cho­tą i jaz­dą. Ob­szedł nas od po­łu­dnia, po­tem ru­szył na pół­noc i ude­rzył z za­cho­du, ze stro­ny, z któ­rej nie spo­dzie­wa­li­śmy się ata­ku. A my mie­li­śmy wczo­raj szczę­ście. Dużo wię­cej szczę­ścia, niż na to za­słu­gu­je­my.

La­skol­nyk spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co na czar­no­skó­re­go ol­brzy­ma, ale to Ka­hel-saw-Kir­hu udzie­lił mu od­po­wie­dzi.

— Wiatr ucichł. Za­zwy­czaj o tej po­rze roku wia­try wie­ją z za­cho­du. Dla­te­go Ge­ghij­czy­cy pod­pa­li­li las z tam­tej stro­ny. Gdy­by wia­ło jak przez ostat­nie dni, pło­mie­nie po­żar­ły­by dżun­glę stąd aż po rów­ni­ny dwa­dzie­ścia mil na wscho­dzie. Ale wiatr ucichł i…

— Póź­niej zło­żysz dzięk­czy­nie­nie, Dress. Albo Pani Losu, albo ja­kimś lo­kal­nym du­chom, któ­re nie chcia­ły przy­piec so­bie tył­ków. — La­skol­nyk znów po­chy­lił się nad mapą. — Gdzie ucie­ka­ją nie­do­bit­ki?

— W stro­nę Po­mwe.

— Dla­cze­go tam?

Ka­ile­an stłu­mi­ła uśmie­szek. Męż­czyź­ni w na­mio­cie na­wet nie za­uwa­ży­li, jak jej kha-dar prze­jął przy­wódz­two. Jesz­cze nie do­wo­dził, ale gdy­by rzu­cił ja­kiś roz­kaz, za­pew­ne w pierw­szym od­ru­chu po­bie­gli­by go wy­ko­nać. Na ra­zie tyl­ko słu­cha­li i od­po­wia­da­li na py­ta­nia. Szyb­ko i do­kład­nie. Tak jak Krwa­wy Ka­hel­le te­raz.

— Od­cię­li­śmy ich od po­łu­dnia i wscho­du. Na za­cho­dzie są wzgó­rza z la­sem tak gę­stym, że pta­ki nie la­ta­ją mię­dzy drze­wa­mi, bo nie mają jak roz­ło­żyć skrzy­deł, a za nimi wiel­kie rów­ni­ny, gdzie czar­ne ple­mio­na nie wi­ta­ją lu­dzi z tu­tej­szych księstw kwia­ta­mi. Zo­stał im je­den kie­ru­nek. Pół­noc. A Po­mwe jest po dro­dze.

Po­mwe. Ta na­zwa wy­wo­ły­wa­ła u wszyst­kich gniew. Ka­ile­an nie po­trze­bo­wa­ła Ber­de­tha, żeby go po­czuć. Gorz­ki, kwa­śny, do­ma­ga­ją­cy się ze­msty za po­mor­do­wa­nych.

La­skol­nyk też wy­czuł na­stro­je w na­mio­cie.

— Ilu lu­dzi ma Seh­ra­win? — za­py­tał, nie pod­no­sząc gło­wy znad mapy.

Twarz Ka­he­la-saw-Kir­hu przy­bra­ła ostroż­ny wy­raz.

— Nie wie­my do­kład­nie. Wy­sła­łem za nimi zwia­dow­ców. Naj­wy­raź­niej oca­lił swo­ją gwar­dię, Rude Psy, w sile dwóch ty­się­cy. Dru­gie tyle pew­nie zbie­rze z tych, któ­rzy ucie­ka­ją te­raz przez dżun­glę. Może wię­cej, może mniej… Zo­ba­czy­my.

To „zo­ba­czy­my” po­wie­dzia­ło wszyst­ko o pla­nach nie­wol­ni­ków.

— Pój­dzie­cie za nimi — La­skol­nyk nie py­tał.

— Tak — przy­tak­nę­li jed­no­gło­śnie. Na­wet Uwa­re.

— Ze­msta?

Pore Lun Dha­ro uśmiech­nął się dra­pież­nie.

— Je­śli Po­mwe wpu­ści go za mury…

Ale Krwa­wy Ka­hel­le wes­tchnął i po­krę­cił gło­wą.

— Nie. Nie tyl­ko ze­msta. W Ge­ghii Pół­noc­nym Han­tar Seh­ra­win jako je­dy­ny sku­tecz­nie stłu­mił bunt. Że­la­zem, ogniem i krwią. Nie­wie­lu na­szym uda­ło się w ogó­le wy­rwać z jego księ­stew­ka. Je­śli te­raz go do­bi­je­my, je­śli za­tknie­my jego gło­wę na włócz­ni, po­wsta­nie za­pło­nie tam jak stóg sia­na. Bez księ­cia, bez ar­mii…

Prze­rwał, za­cze­kał, aż ge­ne­rał spoj­rzy na nie­go.

— Ude­rze­nie na Bia­łe Ko­no­we­ryn, na Mia­sto Aga­ra, by­ło­by błę­dem, całe Po­łu­dnie zjed­no­czy­ło­by się w obro­nie Oka. Na­wet Wa­he­si i Bah­da­ra po­sła­ły­by na nas woj­ska. Ale tu­taj jest jesz­cze je­den wiel­ki, peł­no­mor­ski port. W Ge­ghii Po­łu­dnio­wym. A w por­cie są stat­ki, wie­le stat­ków, któ­ry­mi bę­dzie­my mo­gli po­pły­nąć na pół­noc. Do domu. Ge­ghii Po­łu­dnio­we ma mało woj­ska i nie­do­łęż­ne­go wład­cę, więc je­śli znisz­czy­my do koń­ca ar­mię Seh­ra­wi­na, z ła­two­ścią opa­nu­je­my uj­ście Per­sa­lii i zmu­si­my oba te księ­stew­ka do ustępstw.

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)