Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Nie – odrzekł Rand. – Czuwanie nad moim ojcem. Mam nadzieję, że dobrze się spiszecie.
Wszedł do namiotu, pozostawiając Panny na zewnątrz.
Tam pochylał się nad podróżnym stolikiem, przyglądając się mapom. Rand uśmiechnął się. Tam miał taką samą minę, gdy szukał owcy, która zaplątała się w zaroślach.
– Wyglądasz, jakbyś myślał, że potrzebuję ochrony – rzekł Tam.
Rand zdecydował, że odpowiadanie na ten komentarz byłoby niczym podejście do oddziału łuczników i wyzwanie któregokolwiek żeby go trafił. Zamiast tego położył na stole swój pakunek. Tam rozpoznał owinięty w materiał długi przedmiot. Szarpnął i jego oczom ukazał się majestatyczny miecz w czarno lakierowanej pochwie, ozdobionej wizerunkiem splecionych czerwonych i złotych węży. Tam podniósł wzrok, a w jego oczach znać było zdziwienie.
– Dałeś mi swój miecz – rzekł Rand. – A ja nie byłem w stanie ci go zwrócić. Oto rzecz w zamian.
Tam wysunął miecz z pochwy i oczy mu się rozszerzyły.
– To zbyt wspaniały prezent, synu.
– Nic nie jest zbyt wspaniałe dla ciebie – wyszeptał Rand. – Nic.
Tam potrząsnął głową, wsuwając ostrze z powrotem do pochwy.
– Ten miecz w końcu i tak znajdzie się w kufrze, zapomniany jak poprzedni. Nigdy nie powinienem był przynosić go do domu. Zbyt dużo troski włożyłeś w to ostrze. – Zrobił ruch, świadczący o tym, że chce oddać miecz synowi.
Rand położył swą dłoń na ręku Tama.
– Proszę. Mistrz miecza zasługuje na odpowiednią broń. Weź go, to uspokoi moje sumienie. Światłość wie, iż każdy ciężar, jaki mogę zrzucić z serca, pomoże mi w dniach, które nadejdą.
Tam skrzywił się.
– To chwyt poniżej pasa, Rand.
– Wiem. Spędziłem ostatnio sporo czasu z podejrzanymi typami. Królami, urzędnikami, lordami i damami.
Tam z niechęcią cofnął broń.
– Potraktuj to jako rodzaj podziękowania – rzekł Rand – które składa ci świat. Gdybyś kiedyś nie nauczał mnie o płomieniu i pustce… Na Światłość, Tam. Nie byłbym teraz tutaj. Nie byłoby mnie wśród żywych, jestem tego pewien.
Rand popatrzył na miecz.
– I pomyśleć, że gdybyś niegdyś nie pragnął, bym stał się dobrym łucznikiem, nigdy nie nauczyłbym się tego. To sprawiło, iż pozostałem przy zdrowych zmysłach, gdy nastały ciężkie czasy.
Tam pociągnął nosem.
– Płomień i pustka nie mają nic wspólnego z łucznictwem.
– Tak, wiem. To techniki walki mieczem.
– Z mieczem też nie mają nic wspólnego – rzekł Tam, przypasując broń.
– Ale…
– Płomień i pustka mają związek ze skupieniem się – oznajmił Tam. – I spokojem. Gdybym mógł, nauczałbym o tym każdego człowieka na tej ziemi, niezależnie od tego, czy jest żołnierzem, czy też nie. – Jego twarz złagodniała. – Ale, Światłości, co ja tutaj robię? Robię ci wykład? Powiedz mi, jak wszedłeś w posiadanie tego miecza?
– Znalazłem go.
– To najwspanialsze ostrze, jakie kiedykolwiek widziałem. – Tam wyciągnął miecz ponownie i wpatrywał się w rysy widoczne na metalu. – Jest starożytny. I był używany. W odpowiedni sposób. Ktoś dbał o swą broń, oczywiście, ale nie spoczywała ona w skrzyni z wojennymi trofeami. Ktoś wprawiał to ostrze w ruch. Zabijał za jego pomocą.
– Należał do… bratniej duszy.
Tam popatrzył na syna, szukając jego spojrzenia.
– Cóż, przypuszczam, że powinienem go w takim razie wypróbować. Chodźmy.
– W nocy?
– Jest dopiero wczesny wieczór. To dobra pora. Pole ćwiczebne nie będzie zapełnione ludźmi.
Rand uniósł brew, lecz usunął się na bok, podczas gdy Tam okrążył stół i opuścił namiot. Jego syn podążył za nim, to samo uczyniły Panny Włóczni. Rand skierował się śladem ojca na pobliski teren ćwiczeń, gdzie ścierało się dwóch Strażników. Oświetlały ich latarnie zawieszone na palach.
Stanąwszy obok stojaka na drewnianą broń do ćwiczeń, Tam wyjął swój nowy miecz i wykonał parę ruchów. Choć jego włosy już posiwiały, zaś wokół oczu pojawiły się zmarszczki, Tam al’Thor poruszał się niczym jedwabna wstążka na wietrze. Rand nigdy nie widział ojca podczas walki czy bójki. Prawdę rzekłszy, jakaś część jego osoby miała problemy z wyobrażeniem sobie delikatnego Tama al’Thora zabijającego cokolwiek poza kuropatwą na pieczeń.
Teraz to ujrzał. Oblany migocącym światłem latarni, Tam al’Thor zaczął wykonywać cięcia mieczem z łatwością, z jaką wsuwa się na nogi parę butów. Co dziwne, Rand poczuł zazdrość. Nie dokładnie w stosunku do ojca, ale do każdego, kto znał zasady doskonałego władania mieczem. Rand wyciągnął rękę w górę, potem kikut drugiej. Wiele cięć mieczem wymagało użycia dwóch rąk. Walka w taki sposób, jak robił to Tam, nie była tym samym co używanie krótkiego miecza i tarczy, praktykowane przez wielu żołnierzy piechoty. To było coś innego. Rand być może wciąż był w stanie walczyć, ale nigdy nie mógłby zrobić TEGO. Nie bardziej niż człowiek, który nie mając stopy, usiłowałby tańczyć.
Tam wykonał cięcie zwane „zającem, który szuka swej nory” i wsunął miecz do pochwy jednym delikatnym ruchem. Pomarańczowe światło latarni odbiło się w ostrzu miecza.
– Cudowny – powiedział. – Światło, waga, konstrukcja… Czy został wykuty z użyciem Mocy?
– Nie wiem – odrzekł Rand.
Nigdy nie miał okazji walczyć tym mieczem.
Tam wziął z rąk służącego kubek wody. W oddali kilku nowych rekrutów biegało między rzędami pik, ćwicząc do późna w nocy. Każdy moment treningu zaplanowany był precyzyjnie, szczególnie dla tych żołnierzy, którzy nieczęsto byli na pierwszej linii walki.
„Nowi rekruci” – pomyślał Rand, obserwując ich. „Oni także są moim ciężarem. Każdy człowiek, który walczy.”
Znajdzie sposób na to, by pokonać Czarnego. Jeśliby tego nie zrobił, ci ludzie walczyli na próżno.
– Jesteś zmartwiony, synu – zauważył Tam, zwracając służącemu kubek.
Rand zdołał się uspokoić i spojrzał na ojca, który przypomniał sobie zdanie z pewnej książki. „Klucz do przywództwa tkwi w falach wody. Jej tafla nie będzie spokojna, gdy pod powierzchnią trwać będzie chaos. Tym samym nie znajdziesz spokoju i nie będziesz mógł skoncentrować się na podległych ci ludziach, jeśli będąc przywódcą, nie znajdziesz spokoju w samym sobie”.
Tam przyjrzał się synowi, lecz niewiele wyczytał z jego twarzy. Rand zdążył już ukryć emocje pod maską samokontroli. Toteż Tam sięgnął w bok i wyjął ze stojaka jeden z mieczy służących do ćwiczeń. Rzucił go synowi, który pochwycił broń i stanął z jedną ręką umieszczoną za plecami.
– Ojcze – powiedział ostrzegawczo, jako że Tam przygotował drugi miecz – to nie jest dobry pomysł.
– Słyszałem, że całkiem dobrze władasz mieczem – odparł Tam, wykonując mieczem kilka zamachów i sprawdzając jego wagę. – Chciałbym zobaczyć, co potrafisz. Nazwij to ojcowską dumą.
Rand westchnął i wyciągnął w górę drugie ramię, odsłaniając kikut. Ludzie mieli tendencję ześlizgiwać się po nim wzrokiem, jak gdyby widzieli Szarego Człowieka. Nie podobał im się fakt, że ich Odrodzony Smok mógłby mieć jakąś skazę.
Nigdy nie dawał po sobie poznać, jak bardzo czuł się wewnętrznie wyczerpany. Jego ciało było utrudzone niczym kamień młyński, który działał przez pokolenia. Był wciąż dostatecznie silny, by wypełniać swe zadanie i wypełniał je, ale, Światłości, czasami czuł się zmęczony. Dźwiganie na sobie nadziei milionów było cięższe niż podnoszenie góry.
Tam nie poświęcił kikutowi żadnej uwagi. Wyjął chustkę i owinął nią jedną z rąk, po czym mocno ją zawiązał, używając zębów.