Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Będę walczyć z wyłączeniem jednej ręki – rzekł, machając mieczem. – To będzie sprawiedliwa walka, synu. Chodź.
W głosie Tama pobrzmiewał autorytet – autorytet ojca. Tym samym tonem nakazywał niegdyś Randowi, by wstał z łóżka i poszedł usunąć gnój z obory.
Rand nie mógł nie usłuchać tego głosu. Głosu Tama. Był w niego niemal wbudowany. Westchnął, postępując do przodu.
– Nie potrzebuję miecza, by walczyć. Mam Jedyną Moc.
– To byłoby ważne, gdyby nasze starcie miało cokolwiek wspólnego z walką.
Rand zmarszczył brwi.
– Co…?
Tam ruszył na niego.
Rand odparował niezdecydowanym ciosem. Tam przeszedł do „Piórka na wietrze”, wprawiając miecz w ruch wirowy i wyprowadzając drugie pchnięcie. Rand dał krok w tył, ponownie odparowując cios. Coś w jego wnętrzu zaczęło się wzmagać. Podniecenie. Kiedy Tam zaatakował po raz drugi, Rand uniósł miecz i – instynktownie – złączył ręce.
Tylko że nie miał już drugiej ręki, tak by chwycić rękojeść miecza. To sprawiło, że jego chwyt był słaby, a kiedy Tam uderzył ponownie, o mało nie wytrącił broni z dłoni Randa.
Rand zacisnął zęby, postępując do tyłu. Co powiedziałby Lan, widząc marne popisy jednego ze swoich uczniów? „Co by powiedział? Rzekłby: Rand, porzuć walkę mieczem. Nie możesz jej wygrać. Już nie”.
Następny, mylący atak Tama, nastąpił w prawo. Potem Tam zbliżył się i w udo Randa trafił solidny cios. Tamten cofnął się, czując na twarzy uśmiech. Tam właśnie uderzył go, i to mocno. Nie cofał się przed niczym.
Jak wiele czasu minęło od chwili, gdy Rand starł się z kimś, kto naprawdę chciał go zranić? Zbyt wielu ludzi traktowało go jak zrobionego ze szkła. Lan nigdy tak nie robił.
Rand rzucił się do walki, wypróbowując pozycję „Dzik zbiegający z góry”. Wymieniał z Tamem ciosy przez parę chwil, lecz później uderzenie broni Tama sprawiło, że oręż ponownie o mały włos nie wypadł mu z ręki. Trudno było za sprawą jednej ręki posługiwać się długimi mieczami, wykonanymi dla mistrzów.
Rand ryknął, ponownie próbując przyjąć pozycję, w której zajęte miałby obie ręce, i znowu mu się to nie udało. Jak do tej pory nauczył się, jak żyć bez tego, co utracił – przynajmniej w codziennym życiu. Nie walczył jednak od czasu, gdy doznał fizycznego uszczerbku, choć tego pragnął.
Rand czuł się niczym krzesło, któremu brakowało jednej nogi. Z wysiłkiem utrzymywał równowagę, ale nie wychodziło mu to dobrze. Walczył, wykonując kolejne ciosy, choć z trudem dawał sobie radę pod naporem ataków Tama.
Czym się niepokoił? W walce był ułomny. Ścieranie się z przeciwnikiem nie miało sensu. Rand obrócił się, czując, jak pot płynie mu po czole, i zrzucił opończę. Podjął kolejną próbę, ostrożnie wchodząc na podeptaną trawę, ale i tym razem Tam uzyskał nad nim przewagę, niemal zbijając go z nóg.
„To bez sensu! Dlaczego walczymy, używając jednej ręki? Dlaczego nie znajdziemy innego sposobu? Dlaczego…”
Tam jednak to robił.
Rand kontynuował walkę, broniąc się, ale swą uwagę skierował na Tama. Jego ojciec musiał już wcześniej ćwiczyć walkę jedną ręką. Rand poznawał to po jego ruchach, po sposobie, w jaki – instynktownie – starał się nie chwytać za rękojeść miecza unieruchomioną ręką. Rand powinien był ćwiczyć walkę mieczem jedną ręką. Ręka była w stanie zadać wiele ran, zaś niektóre pozycje były szczególnie ukierunkowane na atakowanie ramienia. Lan polecił mu, by ćwiczył odbijanie chwytów. Prawdopodobnie w następnej kolejności przyszedłby czas na walkę jedną ręką.
– Odpuść to, synu – powiedział Tam.
– Co mam odpuścić?
– Wszystko. – Tam ruszył energicznie, a padające z latarni światło sprawiło, że jego postać rzucała cienie. Rand zaś poszukał pustki. Wszystkie emocje pochłonął płomień, czyniąc go natychmiast pustym i zwartym zarazem.
Następny atak o mało co nie rozłupał mu czaszki. Rand zaklął, wykonując pchnięcie „Czapla brodząca w sitowiu”, którego nauczył go Lan. Uniósł miecz, blokując następne uderzenie. Po raz kolejny miał ochotę chwycić za rękojeść ręką, której nie miał. Nie można było w jeden wieczór porzucić zwyczajów, nabytych podczas lat treningów!
„Odpuść to”.
Przez pole przeszedł powiew wiatru, niosąc za sobą zapach umierającej krainy. Mech, pleśń, zgnilizna.
Mech żył. Pleśń też była żywa. Aby drzewo zgniło, życie musiało postępować.
Mężczyzna z jedną ręką wciąż był mężczyzną, a jeśli ręka ta dzierżyła miecz, mężczyzna nadal był niebezpieczny.
Tam wykonał bardzo agresywne pchnięcie „Jastrząb dostrzega zająca”. Natarł na Randa, wymachując mieczem. Tamten wiedział, co nastąpi w ciągu paru następnych chwil, nim jeszcze to się wydarzyło. Zobaczył siebie unoszącego miecz i wykonującego zasłonę, wymagającą użycia miecza w taki sposób, iż zakłócało to równowagę, zwłaszcza teraz, gdy Rand nie miał drugiej ręki. Uderzenie Tama sprawiło, że miecz Randa obrócił się w jego uścisku. Ujrzał, iż zbliża się następny atak, skierowany na jego kark.
Tam zamarł, nie wykonawszy cięcia. Rand przegrał tę potyczkę.
„Odpuść to”.
Rand przesunął uchwyt miecza. Nie rozmyślał dlaczego. Po prostu robił to, co mu się wydawało właściwe. Kiedy Tam znalazł się bliżej, Rand wyrzucił lewe ramię w górę, tak by móc zrównoważyć rękę i jednocześnie skierować miecz na bok. Broń Tama ześlizgnęła się z miecza Randa, lecz nie upuścił jej.
Zamachowe cięcie Tama nastąpiło zgodnie z oczekiwaniem, aczkolwiek uderzyło w łokieć bezużytecznego przedramienia Randa. Jak się okazało, nie aż tak bardzo bezużytecznego. Przedramię skutecznie zablokowało miecz, choć trzask uderzenia sprawił, że Rand odczuł ból.
Tam zamarł, szeroko otwierając oczy – po pierwsze, ze zdumienia, że jego cios został zablokowany, a po drugie, ponieważ, co oczywiste, lękał się zadać silny cios w przedramię Randa. Prawdopodobnie złamał mu kość.
– Rand – zaczął Tam. – Ja…
Tamten postąpił do tyłu, kryjąc swe zranione przedramię za plecami, i uniósł miecz. Odetchnął mocnym zapachem świata rannych, lecz nie martwych.
Zaatakował. „Zimorodek atakuje w pokrzywach”. Rand nie wybrał tego pchnięcia, ono się po prostu zdarzyło. Być może to jego postawa, wyciągnięty miecz czy drugie przedramię ukryte za plecami sprawiły, że najlepsze wydało się właśnie to rozwiązanie.
Tam, czujny, zablokował jego atak i zrobił krok, wchodząc na brązową trawę. Rand zamachnął się w bok, wykonując następną zasłonę. Przestał próbować wyłączać instynkt, a jego ciało poddało się wyzwaniu. Bezpieczeństwo w pustce. Rand nie musiał się zastanawiać, jak tego dokonać.
Walka toczyła się na poważnie. Miecze ścierały się w gwałtownych ciosach. Rand, wciąż ręką za plecami, czuł, jaki powinien być jego następny ruch. Nie walczył tak dobrze jak niegdyś. Nie mógł; niektórych pchnięć nie był w stanie wykonać, podobnie jak nie mógł uderzać z taką siłą jak kiedyś.
Dorównywał Tamowi. Do pewnego stopnia. Każdy szermierz mógł powiedzieć, kto był lepszy podczas walki. Albo przynajmniej stwierdzić, po czyjej stronie była przewaga. Miał ją Tam. Rand był młodszy i silniejszy, ale Tam był bardzo mocnym przeciwnikiem. Niegdyś ćwiczył już walkę jedną ręką. Rand był tego pewien.
Nie przejmował się tym jednak. Rzecz warta koncentracji… stracił ją z oczu. Przy tak wielkiej ilości problemów i ciężarach, jakie dźwigał, Rand nie był w stanie poświęcić się w pełni czemuś tak prostemu jak pojedynek. Teraz zdał sobie z tego sprawę i przyjął to.
Na chwilę nie był już Smokiem Odrodzonym. Nie był nawet synem walczącym z ojcem. Był uczniem ćwiczącym przy boku mistrza.