Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Jedynie Słuszna i Ortodoksyjna Flota Odwetu rozpaliła swe potężne żagwie z antymaterii, uformowała eskadry, wykonała ostatni przyśpieszeniowy nawrót wokół Chijimo i rzuciła się ku wormholowi jeden przy Chijimo, by zaatakować nieprzyjaciela, który czekał przy Zanshaa.
Sula przyprowadziła pierwszą z kilku ciężarówek do Górnego Miasta i obrała pałac Ngenich na swoją kwaterę główną. Mapy i sprzęt zostały rozłożone na stole w jadalni. Przodkowie Ngenich patrzyli na to z portretów, zszokowani.
Na pałacowym podwórcu, zasłoniętym drzewami i krzakami oraz posągami innych przodków, ciężarówki przemalowano na kolory Floty. Dwa spychacze o ogromnych ostrzach płużnych i kołach większych od Terranina już czekały na swych przyczepach. Członkowie grupy szturmowej Suli zaczęli mocować wokół kabin kierowców płyty prowizorycznych plastikowych pancerzy.
Shawna Spence z dwojgiem pomocników demontowała wnętrza dwóch samochodów, które później miały zostać napełnione środkami wybuchowymi. Jak sugerowały jej obliczenia, cała ciężarówka-bomba byłaby zbyt silna na zaplanowaną akcję, a dwa samochody osobowe są w sam raz.
P.J. Ngeni kręcił się wszędzie, starając się być pomocny, i wchodził wszystkim w drogę.
W mieście zbierały się grupy bojowe, przynajmniej Sula miała taką nadzieję.
Słońce tonęło powoli w sadzawce koloru hemoglobinowej czerwieni, zwiastując koniec pięknego jesiennego dnia. Fragmenty pierścienia Zanshaa żarzyły się na ciemniejącym niebie. W spokojnym powietrzu unosiły się zapachy wielkiego miasta: nieuprzątnięte śmiecie, więdnące kwiaty, gotowane potrawy. Sula kazała swym ludziom zgromadzić się na tarasie domku P.J. i złożyć tam sprzęt alpinistyczny. Długie liny leżały zwinięte obok uprzęży i wciągaczy, które wyniosą ludzi i sprzęt na ścianę płaskowyżu.
Zanim rozpoczęto wspinaczkę, Sula starannie obejrzała okolicę lornetką ze wzmacniaczem światła. Nikt z naksydzkich strażników przy Bramie Wyniesionych nie zauważył niczego w dole. Jej komunikator mankietowy zaćwierkał. Spojrzała na displej i zobaczyła wiadomość tekstową: CZY CHCESZ SPOTKAĆ SIĘ JUTRO PRZY PIEKARNI?
Grupa u podnóża skały była gotowa.
Sula wysłała odpowiedź — O KTÓREJ? — a potem wydała polecenie przerzucenia długich lin przez balustradę. Na końcu każdej liny znajdował się tłumok z uprzężą wspinaczkową i końcem liny asekuracyjnej. Stanowiska asekuracyjne założyli członkowie grupy szturmowej na tarasie.
Odpowiedź brzmiała: 1301. Oznaczało to, że wszystkie trzy liny dosięgły ziemi, nie zawieszając się na gałęziach ani krzakach. Mniej niż trzy minuty później Sula usłyszała szum silnika elektrycznego i po dalszych kilku sekundach pierwsza głowaukazała się nad tarasem. Ciemną twarz przecinał olśniewająco biały uśmiech.
— Cześć, księżniczko — powiedział Patel i dwójka z grupy szturmowej ruszyła, by ująć go pod ramiona i przenieść na kamienny taras. Sprawnie zdjęto mu uprząż i umieszczono na linie, by zsunęła się w dół. Patel poluzował rzemień karabinu i zdjął ciężki plecak. Sula wskazała na pałac Ngenich.
Przejdź przez dziedziniec do dużego domu. Mamy tam trochę jedzenia.
— Dzięki, księżniczko.
Szum silników oznajmił przybycie kolejnych wspinaczy. Silniki wciągaczy dużej mocy podnosiły ich na linie z szybkością piechura, co znaczyło, że wspinaczka wymaga niewielu umiejętności: nie wypaść z uprzęży, odpychać się stopami od ściany i dobrze pilnować urządzenia.
Pierwsza grupa trzydziestu dziewięciu ludzi składała się z samych Bogo Boys, kompletnego oddziału szturmowego. Wśród nich był Casimir, który objął Sulę ramieniem i dał jej gorącego całusa.
— Julien jest w tylnej straży — powiedział. — Myślę, że dlatego, iż nie chce wjeżdżać na te ścianę.
— Rozumiem go — powiedziała.
Wymieniono pakiety zasilające we wciągaczach. W następnych dostawach był sprzęt: broń, amunicja, środki wybuchowe, graty, których przemycenie w pobliżu chemicznych wąchaczy czuwających na początku jedynej drogi do Górnego Miasta byłoby utrapieniem. Spence i jej drużyna inżynieryjna zaczęła wpychać pakiety materiałów wybuchowych do ogołoconych pojazdów. Między iglicami Górnego Miasta zerwał się chłodny wiatr i Sula zadrżała.
Casimir znikł w ciemnościach. Powrócił po kilku chwilach, niosąc długi płaszcz, którym otulił jej ramiona.
— Z szafy P.J. — szepnął jej do ucha.
— Dziękuję — odpowiedziała i jeszcze raz go pocałowała. Wciąż zerkała przez lornetkę w noc, zwłaszcza na naksydzkie stanowisko ogniowe przy Bramie Wyniesionych. Były tam czujki, ale wydawało się, że interesuje ich głównie ruch nisko w dole, na serpentynowej drodze.
Ostatnie dostawy podjechały na linach statycznych, a potem wciągacze zaczęły znowu windować żołnierzy Suli — skrzydło podziemnej armii imienia lorda dowódcy Eshruga. Bojownicy, głównie Torminele, rekrutowali się przeważnie z Zanshaańskiej Akademii Projektowania. Studenci projektowania przemysłowego stali się bezlitosnymi zabójcami, może dlatego, że byli młodzi i odważni, a może z racji swego pochodzenia torminelskich drapieżników. Teraz będą bardzo użyteczni ze względu na olbrzymie oczy przystosowane donocnego widzenia.
Po skrzydle Eshruga przybyła następna grupa Bogo Boys, a za nią, na samym końcu, Julien. Ale trzech pomocników musiało go wciągać na taras. Był blady i drżał. Dygoczącymi dłońmi zapalił papierosa, a potem pokręcił głową.
— Nigdy więcej nie włożę żadnej z tych uprzęży. Nigdy więcej.
— Jeśli wszystko pójdzie dobrze — odparła Sula — nie będziesz musiał.
Dokonała krótkiej inspekcji swojej armii. Żołnierze leżeli na pałacowych łóżkach, stołach i dywanach, których jeszcze nie zabrano do magazynu. Wielu czyściło i przygotowywało broń. Niektórzy grali w karty. Sidney siedział w antycznym fotelu z daszkiem, w obłoku haszyszowego dymu. Fer Tuga, snajper z Axtattle, chodził, kulejąc, z pokoju do pokoju i patrzył na bojowników z widocznym zdziwieniem. Dotychczas walczył samotnie i teraz widok tylu sprzymierzeńców był dla niego objawieniem.
Sula znalazła P.J. w salonie. Nie wyglądał na modnisia — miał na sobie postrzępiony brązowy pulower i solidne workowate spodnie z siedzeniem obszytym skórą; czasami widziała takie u jeźdźców. Przed nim, na błyszczącym stole z okresu Dwell, leżały rozłożone dwie sztuki broni: długa myśliwska strzelba z kolbą wykładaną kością słoniową i grawerowana srebrem oraz mały pistolet. Czyścił broń starannie i z wielką przesadą. Nawet nie podniósł wzroku, gdy Sula zatrzymała się w drzwiach.
Chciała mu powiedzieć, by zostawił broń w spokoju, poszedł spać i poczekał, aż wojna się skończy i znowu będzie mógł się ubrać w jeden ze swych świetnie skrojonych garniturów i ruszyć do jakiegoś z klubów. Chciała mu powiedzieć, że już udowodnił swą wartość na tysiąc sposobów, że śmierć w walce ulicznej nie sprawi, iż Sempronia Martinez go pokocha. Chciała mu powiedzieć, żeby zjechał kolejką do jakiegoś baru czy restauracji w Dolnym Mieście, znalazł sobie uległą dziewczynę i postarał się wyrzucić z myśli Sempronię.
Chciała to wszystko powiedzieć, ale zrezygnowała. Patrzyła na niego przez chwilę i odeszła bez słowa.
I tak jejsłowa nie miałyby żadnego znaczenia.