Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
— A poza tym nie podoba ci się zdecydowanie, kogo McQueen wybrała na dowódcę operacji „Ikar”, zgadza się? — dodał z błyskiem rozbawienia w oczach Pierre.
— No, cóż… — Saint-Just zawahał się przez moment, a nawet zaczerwienił.
A potem prychnął i potrząsnął głową.
— Nie, nie podoba mi się — przyznał. — Jeszcze mniej podoba mi się to, że za jednym zamachem rehabilituje się dwóch oficerów flagowych. To zdecydowanie niewskazany pośpiech.
— Daj spokój! Doskonale wiesz, że to, co się stało, nie było winą Giscarda! A jedynym powodem, dla którego musi zostać zrehabilitowany, był debilny sposób, w jaki Cordelia przedstawiła całą sprawę. Musiał się po prostu znaleźć winny i wypadło, że to on robił za kozła ofiarnego.
— Wiem. — Saint-Just uniósł ręce. — A poza tym Pritchart jest jedną z niewielu komisarzy przydzielonych do starszych rangą oficerów nie obawiających się, że ich podopieczni ulegną czarowi McQueen. Co, przyznaję, znacznie poprawia moje samopoczucie. Pritchart zawsze miała dobrą opinię o jego talentach militarnych i uważa go za politycznie wiarygodnego, ale prywatnie go nie lubi. Skoro więc ostatnio go pochwaliła, musiała mieć naprawdę poważne powody.
— Więc o co chodzi? — zdziwił się Pierre.
— O to, że mnie nie zrozumiałeś. Nie twierdzę, że Giscard zasłużył, by stać się kozłem ofiarnym. Zrobiliśmy go nim, ale nadal nie mamy sposobu poznać czyichś myśli, toteż nie wiemy, jakie to tak naprawdę przyniosło skutki. Uraza, niezadowolenie czy poczucie krzywdy i niesprawiedliwości to poważne motywy. Jeśli dodać do nich publiczne upokorzenie za coś, czemu się nie było winnym, to rzecz może być groźna. Dlatego muszę być wobec niego podwójnie podejrzliwy, mimo że w przeszłości był zawsze godzien zaufania. Bo nie wyklucza to zupełnie ewentualności, że przestanie być lojalny w przyszłości. Ziarno zostało zasiane, a czy i kiedy zakiełkuje, tego nikt nie wie.
— No dobrze: jeżeli mu się powiedzie, zasypiemy go nagrodami i pochwałami. Pomnik mu, cholera, można wystawić, jeśli uznasz to za stosowne. To powinno podziałać jak balsam na jego zranione ego i nic nie wykiełkuje.
— Może tak, a może nie, ale gotów jestem zaryzykować, zwłaszcza że to Pritchart go pilnuje. Znacznie bardziej niepokoi mnie Tourville.
— Tourville? — Pierre dołożył starań, by nie westchnąć. Prawie mu się udało.
— Tourville — potwierdził Saint-Just. — Obaj wiemy, że Cordelia zaplanowała dla niego coś niemiłego, kiedy zabrała go Theismanowi. Najprawdopodobniej za próbę ochrony Harrington przed nią.
— Wiemy, że sądzimy, iż coś podobnego zaplanowała — poprawił go Pierre.
Saint-Just prychnął pogardliwie.
— Rob, nie oszukujmy sami siebie — zaproponował. — Cordelii już nie ma i bardzo dobrze zresztą, więc możemy mówić szczerze. Obaj wiemy, że sprawiało jej przyjemność eliminowanie każdego, kogo uznała za wroga. Choćby całkowicie bezpodstawnie.
— Zgoda, sprawiało jej to przyjemność, i to wielką.
To właśnie była podstawowa różnica między nią a Oscarem. Oscar był bezwzględny i gotów zabić każdego, kogo uznał za zagrożenie, choćby potencjalne, ale nie niszczył osób, których prywatnie nie lubił, tylko dlatego że ich nie lubił. I nie czerpał z tego żadnej przyjemności.
— Fakt, że wielką — przyznał Saint-Just. — Psychopatka jedna i tyle. Natomiast jeśli chodzi o Tourville’a, to ciągnęła go ze sobą tylko po to, by urządzić mu wielki, wredny, publiczny proces pokazowy. I możemy się założyć, że on o tym doskonale wiedział. Właśnie dlatego trzymałem go wraz z załogą tyle czasu.
— Wiem o tym. — Pierre zaczynał tracić cierpliwość i nie całkiem zdołał to ukryć.
— Nie wiesz. — Saint-Just nader rzadko sprzeciwiał mu się tak zdecydowanie, toteż Pierre zaskoczony spojrzał na niego uważniej. — Wiem, że ci powiedziałem, że musimy go odizolować aż do chwili publicznego ogłoszenia śmierci Cordelii, ale sądziłeś, że tak naprawdę nie mogę się zdecydować, czy go wyeliminować czy nie. Zgadza się?
— Cóż… w sumie to tak.
— W pewien sposób masz rację, ale nie do końca. Odizolowanie jego i załogi było istotne, dopóki wieść o bohaterskiej śmierci Cordelii nie trafiła do mediów. A żaden z nas nie sądził, że to tyle potrwa. Nigdy bym nie uwierzył, jak użyteczna okaże się ta dziwka, kiedy da się wykorzystać jej popularność bez konieczności użerania się z nią osobiście. — Saint-Just uśmiechnął się rozmarzony, ale szybko się otrząsnął. — Ale nawet wtedy nie chciałem go eliminować. Wiem, że te miesiące aresztu pokładowego wkurzyły go niesamowicie, ale nie chciałem go zabijać. Natomiast wychodziło mi, że będę musiał, i tu był cały dylemat. Zdaję sobie sprawę, jak dobrym jest dowódcą i jak go potrzebujemy; to byłoby marnotrawstwo. Natomiast w pewien sposób uważam go za większe zagrożenie od McQueen.
— Poważnie? — zdziwił się Pierre. — Dlaczego?
— Dlatego, że on jest naprawdę inteligentny. Czytałem jego akta i raporty jego komisarza i rozmawiałem z nim z dziesięć razy. Robi, co może, by grać zawadiakę, i doskonale mu to wychodzi, ale jest bystry. I nie ma reputacji zbyt ambitnego tak jak McQueen. Jeżeli zdecyduje, że największe szansę na przeżycie daje mu zorganizowanie jakiegoś spisku czy grupy wsparcia, to inni oficerowie znacznie szybciej dadzą się w nią wciągnąć, niż gdyby proponowała to McQueen. Spójrzmy teraz na sytuację z jego punktu widzenia. Wywinął się od stryczka, ale czy na pewno? Musi się nad tym zastanawiać, i to głęboko. Był pod lupą przez dziewięć standardowych miesięcy i musi zdawać sobie sprawę, że domyślamy się, iż wiedział, co szykowała mu Cordelia. A to oznacza, że wie także, iż będziemy obserwowali go znacznie uważniej niż dotąd, pomimo iż wypuściliśmy go wraz ze sztabem i okrętem z aresztu. Wniosek jest prosty i on go zna: jeżeli powinie mu się noga lub jeśli choć trochę przekroczy granicę, nie będziemy mieli wyboru i trafi pod ścianę. A więc musi rozważać, czy nie opłaca mu się połączyć sił z kimś takim jak McQueen choćby w zwykłej samoobronie. Albo też zorganizować coś na własną rękę. Bo jedno ci mogę zagwarantować: nie da się zabić potulnie i bez walki.
Pierre długą chwilę przyglądał mu się w milczeniu i z namysłem, nim wreszcie potrząsnął głową z ulgą i uznaniem.
— Jestem naprawdę wdzięczny losowi, że to ty kierujesz Urzędem Bezpieczeństwa — powiedział szczerze. — Ja bym zwariował od samego rozważania takich pokrętnych spraw. Chcesz mi powiedzieć, że Lester Tourville przejdzie ze swymi okrętami na stronę wroga czy coś tym stylu?
— Oczywiście, że nie — zachichotał Saint-Just. — Ale jak sam właśnie powiedziałeś, moim zadaniem jest przewidzieć taką możliwość i zrobić, co tylko się da, by nie zaszła. Bardziej prawdopodobne jest, że Tourville przypomina Theismana. To większy ekstrawertyk i znacznie bardziej barwna osobowość, ale z założenia apolityczna i skoncentrowana na dobrym wypełnianiu obowiązków, czyli walką z wrogiem, niż na zwiększaniu swej prywatnej władzy. Ale należy pamiętać, że teraz nie lubi nas bardziej niż Theisman, bo ma znacznie więcej powodów. Wiem, że w tej chwili są niezastąpieni, ale mam zamiar dokładnie obu pilnować.
— Miło, że wiesz, że są niezastąpieni — odetchnął Pierre.
— Cieszę się, że ci sprawiłem przyjemność. — Saint-Just rozsiadł się wygodniej i dodał: — A teraz, skoro już znasz moje obawy w tej sprawie, chcę cię zapytać jeszcze raz, czy naprawdę jesteś zdecydowany przeprowadzić i dewaluację, i obniżkę Stypendium?
— Jestem — odparł zwięźle Pierre.