Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
KSIĘGA PIĄTA
Rozdział XXVIII
— Przyszedł towarzysz Saint-Just, towarzyszu przewodniczący — oznajmił sekretarz.
Rob Pierre uniósł głowę znad biurka, gdy do gabinetu wszedł szef bezpieczeństwa Ludowej Republiki. Ani gabinet, ani biurko nie były tymi oficjalnymi i znanymi z publicznych wystąpień, starannie wysprzątanymi i zaaranżowanymi przez speców od propagandy. To był pokój i mebel używane od lat przez Pierre’a do pracy. Stąd faktycznie kierował Ludową Republiką. Sprzęty były tu wygodnie zużyte, a na blacie biurka panował radosny bałagan, który oglądać mogli jedynie najbliżsi sprzymierzeńcy.
Których z roku na rok ubywało.
Dla postronnego obywatela Oscar Saint-Just wyglądał jak zwykle — nijako, niegroźnie i beznamiętnie. Pierre znał go zbyt dobrze, by dać się zwieść — widać było po oczach i zachowaniu, że gość jest nieszczęśliwy. Pierre westchnął, konstatując to — miał uzasadnione podejrzenia, że wie, dlaczego Oscar chciał się z nim zobaczyć, ale miał też cichą nadzieję, że się myli.
Okazało się, że niestety miał rację.
Wskazał gościowi jeden z wysiedzianych foteli przed biurkiem i odchylił oparcie swojego, siadając wygodniej. Przez moment miał przed oczami inne biuro i inne spotkanie z tym samym człowiekiem, który był wówczas podsekretarzem bezpieczeństwa wewnętrznego, czyli drugim po Bogu w bezpiece Legislatorów. Wspomnienie to wywołało mieszane uczucia: z jednej strony zadowolenie z tego, co razem osiągnęli, z drugiej smutek. Spotkanie to było pierwszym krokiem prowadzącym dojazdy na potworze, jakim była Ludowa Republika, co zresztą Pierre od paru lat robił. Gdyby wtedy wiedział choć połowę tego co teraz…
Uśmiechnął się gorzko — i tak zrobiłby to samo. Ktoś musiał, a prawdę mówiąc, on także chciał spróbować. Gdyby nie chciał, nikt nie mógłby go zmusić. A skoro dobrowolnie zasiadł do gry, to należało przestać narzekać na karty, jakie rozdał los, tylko grać nimi najlepiej, jak potrafił.
— Co cię sprowadza? — spytał, jak zwykle nie bawiąc się we wstępy czy inne uprzejmości będące jedynie marnowaniem czasu.
— Musiałem cię raz jeszcze spytać, czy naprawdę chcesz to zrobić — odparł spokojnie Saint-Just.
Jego spokój zresztą o niczym nie świadczył — dokładnie tak samo zachowywał się i mówił, gdy maniacy LeBoeufa zdobywali piętro po piętrze, zbliżając się coraz bardziej do sali, w której znajdował się Komitet. Albo rewolucja nie wykształciła w nim uczucia strachu, albo też połączenia między nim i innymi uczuciami a strunami głosowymi.
— Zakładam, że chodzi ci o dewaluację?
— Nie tylko. To oczywiście także mnie martwi, ale prawdę mówiąc, Rob, znacznie bardziej martwi mnie swoboda, jaką dałeś McQueen.
— McQueen możemy wykończyć, kiedy zechcemy — przypomniał mu Pierre. — Cholera, sam przecież spreparowałeś jej dossier tak, żeby można go było użyć przed Ludowym Trybunałem.
— Wiem, co zrobiłem, i wiem też, że zgodziłem się na jej kandydaturę, poparłem ocenę Fonteina i kazałem nagrywać dosłownie każde wypowiedziane przez nią słowo. I w normalnych warunkach przestałbym się martwić tą sprawą. Ale warunki nie są normalne, o czy wiesz równie dobrze jak ja. Nie podoba mi się… jak dobrze zaczynają się rozumieć ze swoimi podwładnymi, jak swobodnie ze sobą rozmawiają.
Pierre skrzywił się i w ostatnim momencie ugryzł w język. To właśnie paranoja Saint-Justa, zarówno zawodowa, jak i osobista, czyniła go tak niezastąpionym. Nie ufał nikomu, no może z wyjątkiem Pierre’a, ale i tego ten ostatni nie był tak do końca pewien. Jednak mimo tej manii prześladowczej Saint-Just już wielokrotnie dawał dowody przenikliwości. Jego podejrzenia się potwierdzały. Niestety nie zawsze.
Pierre wiedział, że szef Urzędu Bezpieczeństwa okazjonalnie stawał się przewrażliwiony, a ponieważ nigdy nie należał do zwolenników umiarkowanych metod, dawało to raczej ekstremalne konsekwencje. Oscar postępował zgodnie z zasadą: „Lepiej zapobiegać, niż gasić”, co oznaczało likwidację wszystkich, których podejrzewał, że mogliby choć rozważać zdradę. W ten sposób miał pewność wyeliminowania wszystkich winnych. A że przy okazji ginęli i niewinni… Cóż, nie da się zrobić omletu bez rozbijania jajek.
I nikomu to nie przeszkadzało (jajek naturalnie nie licząc). Pewien stopień nieprzewidywalności powodował, iż rządy terroru okazywały się skuteczniejsze, niż głosiła teoria. Tyle że nie o to już chodziło — jeżeli mieli wygrać tę wojnę, musieli odstąpić od czystego terroru. Oscar sam się z tym zgodził, gdy rozmawiali pierwszy raz o kandydaturze McQueen. Problem sprowadzał się więc do tego, czy obecne zastrzeżenia wynikały z realnych przesłanek, czy z kolejnego napadu przewrażliwienia.
— Co prawda nie jestem specjalistą od spraw wojskowych i nie mam w tej materii doświadczenia — odezwał się po chwili Pierre — ale wydaje mi się, że podobnie jak w polityce, im ktoś lepiej rozumie się z najbliższymi współpracownikami, tym lepsze wyniki osiąga. Pewien stopień zażyłości między McQueen a jej podkomendnymi to w gruncie rzeczy dobry znak. Pamiętaj, że ona jest dowódcą, nie poganiaczem niewolników. Zaraz, daj mi skończyć! Wiem też, że to jest jeden z powodów, dla których jest dla nas tak niebezpieczna. Ale ona zawsze dowodziła w ten sposób i być może dlatego była tak groźnym przeciwnikiem dla Sojuszu. Uważam, że powinniśmy pozwolić jej działać na jej sposób, tak jak zresztą jej obiecaliśmy. Ty i twoi ludzie musicie naturalnie na nią uważać, ale na razie nie podejmować żadnych działań. Jeżeli przekroczy granicę, oczywiście zostanie usunięta, ale póki co dajmy jej szansę udowodnić, że potrafi robić to, po co ją tu ściągnęliśmy.
— A jeśli nie potrafi?
— To znacznie uprości sprawę — odparł spokojnie Pierre. — Jeżeli nie potrafi zwyciężyć, nie będzie istniał żaden powód, dla którego mielibyśmy pozwalać jej na dalsze zyskiwanie poparcia w korpusie oficerskim.
Nie dodał, bo obaj o tym wiedzieli, że wówczas Oscar będzie miał wolną rękę.
— No dobrze — zgodził się po dłuższym milczeniu Saint-Just. — Nie będę udawał uszczęśliwionego, a Fontein i inni komisarze będą jeszcze bardziej nieszczęśliwi, ale zgodziłem się z tobą co do tego, jak bardzo jej potrzebujemy, więc teraz nie będę bawił się w grymaszącego berbecia.
— Tak drastycznie bym tego nie ujął — ocenił Pierre, gotów nawet do wygłoszenia paru komplementów, gdy decyzja została już podjęta. — Jesteś moim psem łańcuchowym i aniołem stróżem równocześnie, Oscar. W większości wypadków ufam całkowicie twojemu instynktowi i wiem, jak jesteś dobry w tym, co robisz. Jeżeli chodzi o Fonteina i resztę, to byłbym zaskoczony, gdyby nie byli nieszczęśliwi. McQueen poważnie ograniczyła ich rolę w sferze operacyjnej, co musi się w pewien sposób odbić na pozostałych. Nikt nie lubi ograniczania swej władzy. To całkowicie normalna reakcja.
— Zdaję sobie z tego sprawę. A podejrzewam, że w przypadku Fonteina po części może to być przewrażliwienie — pamięta, jak skutecznie wywiodła go w pole przed zamachem Lewelerów. Natomiast z założenia komisarze mają być podejrzliwi wobec wojskowych, do których zostali przydzieleni, i nie chcę tego zmieniać. Ani też stwarzać wrażenia, że nie poświęcam ich raportom tyle uwagi, na ile zasługują.