Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Dosiadając swego ogromnego ogiera, Avshar wyglądał między otaczającymi go Khamorthami jak galera wojenna wśród zwykłych łodzi. Swój śmiercionośny łuk przewiesił teraz przez ramię — równie groźną bronią okazał się długi, prosty miecz, który trzymał w dłoni.
— Następny głupiec! — krzyknął, gdy jeden z ludzi Targitausa ruszył na niego. Ostrze ze świstem rozcięło powietrze i utknęło w szyi pechowego nomady. — To za twoją głupotę, i niech Skotos na zawsze pożre twoją duszę!
Viridoviks podniósł głos ponad bitewny zgiełk.
— Avshar!
Głowa księcia czarodziejów obróciła się niczym łeb psa, który właśnie złapał trop.
— Tutaj, ty pachołku! — wrzeszczał Celt. — Chciałeś Skaurusa, ale ja go z chęcią zastąpię!
— I za niego też zginiesz! — Avshar spiął konia, przepychając się obok jednego z własnych żołnierzy. — Z drogi, ścierwo! — Podniósł miecz w geście szyderczego salutu, kiedy zbliżał się do Gala. — Rozzłościsz Varatesha, tak mi się podkładając.
Viridoviks z najwyższym trudem sparował pierwsze uderzenie maga, zbijając płaz miecza tarczą — ostrze rozdęłoby ją na pół. Dosiadając tak potężnego konia, Avshar mógł założyć pod swoje zwykłe szaty pełną zbroję, a jego obita metalem tarcza w kształcie latawca wzorowana była na broni Namdalajczyków. Gotowana skóra, którą musiał się zasłaniać Gal, była przy niej krucha i denka jak pergamin.
Siłą go nie pokonasz — pomyślał Viridoviks — zawracając konia i gotując się do kolejnego starcia, przestraszyć też się go nie uda. Zostawał więc spryt. Przypomniał sobie lekcję, jakiej nauczył się w pojedynku z Varateshem — koń był tak samo ważny jak miecz. W przypadku ogromnego wierzchowca Avshara, który rozbijał kopytami czaszki nomadów walczących na ziemi, twierdzenie to nabierało jeszcze większego znaczenia.
Książę czarodziejów spiął zwierzę ostrogami i runął do ataku na Viridoviksa, który uczynił dokładnie to samo. Gdy się spotkali, uderzenie nie było skierowane na Avshara, ale na ogiera. Gal chciał mu zadać ten sam potężny cios, którym zabił przed chwilą konia banity, ale źle ocenił prędkość, z jaką zbliżał się do niego wierzchowiec maga. Zamiast roztrzaskać czaszkę, miecz oddał spory kawał skóry z jego szyi.
Efekt tego uderzenia był niewiele gorszy od zamierzonego. Ranione zwierzę krzyknęło niemal ludzkim głosem z bólu i zaskoczenia, po czym wykonało jakiś szalony podskok, prawie wyrzucając Avshara z siodła. Wrzeszcząc z wściekłością, czarnoksiężnik musiał chwycić się mocno końskiej grzywy, by nie upaść na ziemię. I chociaż udało mu się utrzymać na grzbiecie ogiera, okaleczone zwierzę nie pozwalało sobą kierować — odbiegło w pełnym galopie, unosząc maga z pola walki.
— Wracaj, łajdaku! — huczał Viridoviks radośnie. — Dopiero zaczęliśmy.
Avshar odwrócił się do niego, wykrzykując jakieś przekleństwo. Przez jedną chwilę pole bitwy zachwiało się i pociemniało w oczach Gala. Potem znaki druidów na jego ostrzu rozjarzyły się złotym blaskiem, odbijając zaklęcie. Wszystko wróciło do normy. Viridoviks z wdzięcznością uścisnął rękojeść, niczym dłoń najlepszego przyjaciela.
Bitwa zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a żadna ze stron nie zdobywała znaczącej przewagi. Wojownicy walczyli niemal bez ustanku, od czasu do czasu pozwalając sobie tylko na chwilę oddechu, czy łyk wody lub kavassu z bukłaka. Słońce przeszło już na południowy zachód, kiedy Vi-ridoviks zdał sobie sprawę, że częściej posuwa się naprzód niż do tyłu.
— Cisnąć ich, cisnąć! — krzyczał Targitaus. — Zaraz się złamią!
Ale kiedy jego ludzie zgromadzili się, by przypuścić ostateczny atak na banitów, ze środka i z lewej strony linii podniosły się okrzyki głoszące najstraszniejszą na stepie wieść.
— Ogień!
Kłęby gęstego, czarnego dymu wzbiły się w powietrze, zasłaniając renegatów. Twarz Targitausa była purpurowa z wściekłości.
— Cholerne tchórze! Lepiej umrzeć jak prawdziwi mężczyźni, niż tak uciekać.
Wtedy Viridoviks usłyszał okrutny śmiech Avshara i wiedział już, że wszystkie jego nadzieje przepadły. Płomienie biegły po stepie szybciej niż normalny ogień, rozprzestrzeniając się w najdziwniejszych kierunkach. Rżenie koni i ludzkie krzyki znaczyły ślad rosnących i wydłużających się z każdą sekundą ścian ognia. Ale ci, którzy w nim ginęli, byli tylko przypadkowymi ofiarami sprytniejszego pomysłu czarodzieja. Płomienie utworzyły siatkę, w której oczkach uwięzieni byli wojownicy Targitausa i jego sprzymierzeńcy. Kolejne oddziały znikały za płachtami ognia, który przesuwał się po trawie szybciej niż jakiekolwiek zwierzę.
Kiedy już główne siły przeciwnika zostały unieruchomione, w bandytów Varatesha wstąpiły nowe siły, podczas gdy zwykłe klany walczące po ich stronie przyglądały się dziełu Avshara z mieszaniną podziwu i przerażenia. Wszyscy z pasją rzucili się na resztki armii Targitausa, pozostające poza obrębem pułapki. Przy takiej przewadze jaką teraz dysponowali, nie było mowy o równorzędnej walce. Zwycięstwo, które zdawało się być tak blisko, zamieniło się w druzgoczącą klęskę.
Viridoviks próbował odwrócić losy bitwy na własną rękę, przedzierając się przez szeregi wroga w kierunku Avshara. Czarnoksiężnik nie miał już konia, którego zostawił, by łatwiej było mu sterować swoimi czarami. Desperacja Gala płonęła tak jasno jak ogień maga — niewielu banitów odważyło się stanąć mu na drodze.
Varatesh i grupa jeźdźców ruszyła na ratunek Avsharowi, ale on nie potrzebował żadnej pomocy. Rzucił okiem na Viridoviksa, wykonał szybki ruch ręką i posłał w jego kierunku język ognia, który niczym wąż przesuwał się przez trawę. Mimo to Celt nie zawracał przekonany, że jego miecz zneutralizuje zaklęcie. Znaki druidów znowu rozbłysły, kiedy zbliżał się do płomieni.
Ale jego koń nie miał pojęcia o magii i przestraszył się rosnącej przed nim ściany ognia. Spanikowane zwierzę przewracało oczami i choć Gal bez litości wbijał mu ostrogi między żebra, nie odważyło się biec dalej. Próbował odwołać się do Epony, ale celtycka bogini koni nie miała w tym świecie żadnej władzy. Avshar zdawał się być już prawie w zasięgu ręki, a jednak nie mógł do niego dotrzeć.
— Dobra, sam pójdę — burknął Celt, starając się uspokoić konia na tyle, by mógł z niego zsiąść.
Varatesh wybrał właśnie ten moment, by wypuścić ostatnią ze swoich strzał w jego kierunku. Gal nie został nawet draśnięty, ale grot strzały utkwił głęboko w końskim zadzie. Zwierzę zapiszczało i wygięło grzbiet w łuk, o mały włos nie zrzucając z niego Gala. Runęło do przodu, zupełnie nie reagując na manewry jeźdźca. Być może uratowało mu tym życie, gdyż poganiane bólem, prześcignęło wszystkich bandytów, którzy już go dopędzali. Szyderczy śmiech Avshara był jednak szybszy niż konie.
Kiedy w końcu udało mu się zapanować nad przerażonym wierzchowcem, mógł tylko dołączyć do wycofujących się resztek rozbitej armii Targitausa. Renegaci i ich sprzymierzeńcy zostawili ich w spokoju, a sami krążyli niczym muchy nad padliną wokół ścian ognia, płonącego wciąż z taką samą intensywnością, choć powinien już dawno wygasnąć, gdyby jego jedynym pożywieniem była trawa.
Czarny jak sama rozpacz dym zasnuwał jesienne niebo.
Krobyz pokłonił się w siodle, gdy Varatesh przejechał obok niego. Choć ogromnie wyczerpany, wódz banitów rozpromienił się z radości, widząc ten hołd złożony mu przez prawowitego khagana. O to właśnie — powiedział sobie — starałem się przez tyle lat. W końcu mógł zająć miejsce, które należało mu się według prawa i to pomimo tylu wrogów, którzy stali na jego drodze. Usta złożyły się w pogardliwym uśmiechu — zobaczyli dzisiaj jego potęgę.