Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie za często, zdaje się — zamyślił się Viridoviks. — Ciekawe, dlaczego? Mnie się na pewno nic nie stanie, a temu co go opieprzyłem, może i ulży.
Lipoxais oglądnął się na Seirem.
— Cywilizujesz go.
— Hoo! — krzyknął Viridoviks, obrażony. — Co to ja jestem, Rzymianin? Kto by chciał, żeby go cywilizować?
Po chwili zdał sobie sprawę, że enaree użył videssańskiego słowa, które nie miało odpowiednika w języku khamorth.
— Pokazuje, co umie — powiedział do siebie Gal i od razu poczuł się lepiej.
— W porządku, pomyliłem się! — krzyknął Dizabul, waląc pięścią o podłogę jurty. Gdy go zabolała, wytrzeszczył na nią oczy, jakby był to kolejny akt złośliwości. — Czy to powód, żeby mnie traktować jak parszywą owcę? No, czy to jest powód?
Tak — pomyślał Gorgidas — ale nie powiedział tego. Dizabul był w wieku, gdzie „wczoraj” kryło się już we mgle, a „jutro” było niewyobrażalnie daleko. Zdawało mu się, że wszyscy są dla niego okropnie niesprawiedliwi, i że wyrządzają mu straszliwą krzywdę, obarczając go współodpowiedzialnością za to, co zaszło przy uczcie. Ale starsi klanu pamiętali i traktowali go tak, jak czyniliby to z każdym, kto popierał złą stronę. Bolało to młodego księcia szczególnie dlatego, że przyzwyczajony był do pochwał, a nie do nagany.
Czuł się zdesperowany do tego stopnia, że rozmawiał z Grekiem, którego dotąd ignorował. Gor-gidas nie mógłby znieść jego narzekań, ale na szczęście od czasu do czasu Dizabul odrywał się od swojego ulubionego tematu i odpowiadał na jego pytania dotyczące historii i obyczajów klanu. Okazało się, że wcale nie był głupi, tylko zepsuty, a przy tym miał jeszcze ogromną wiedzę. A jego uroda pozwalała Grekowi zapomnieć o młodzieńczej arogancji.
Właściwie był tak pięknym stworzeniem, że Gorgidasa kusiło, by pod pozorem szczerego współczucia, trochę się z nim pobawić. Wtedy zezłościł się na siebie i stał się tak nieprzyjemny dla Dizabula, że chłopiec wpadł w gniew i krzyknął:
— Jesteś taki sam jak cała reszta!
Wyszedł prosto w deszcz, zostawiając Gorgidasa samotnie rozmyślającego nad granicami samokontroli.
Grek i Goudeles poddali się intensywnemu treningowi szermierczemu. Gryzipiórek nigdy nie zapowiadał się na świetnego wojownika, ale Gorgidas zaskoczył Arshaumów swoimi umiejętnościami w posługiwaniu się krótkim rzymskim mieczem — przynajmniej w walce pieszo. „Ponieważ nomadzi”, zanotował, „przyzwyczajeni są do szerokich cięć zadawanych z wysokości końskiego grzbietu, posługują się tym samym stylem walki, gdy stoją na ziemi i dlatego zupełnie tracą głowę, kiedy ich przeciwnik zadaje raczej pchnięcia niż uderzenia ostrzem”.
Grek spuścił litościwą zasłonę milczenia na własne poczynania z szablą i szerokim cięciem.
Mimo to, Skylitzes był zadowolony z jego postępów.
— Nikt nie wziąłby cię za prawdziwego żołnierza, to prawda, ale umiesz przynajmniej tyle, że nie zarżną cię od razu jak owcy.
Oficer odwrócił się do Goudelesa, który rozcierał właśnie kolano. Coś w nim trzasnęło, kiedy próbował się okręcić, uciekając przed ciosem nomady, z którym ćwiczył. Skylitzes przewrócił oczami.
— Co zupełnie nie dotyczy tego tu. Równie dobrze mógłby sobie wytatuować na czole „barania dupa”, a efekt byłby ten sam.
— Hrmmp — wymamrotał biurokrata wciąż siedząc w błocie. — Myślę, że mogę śmiało stwierdzić, iż lepiej sprawuję się na polu, niż którykolwiek z tych barbarzyńców radziłby sobie w kancelarii. A czego ty w ogóle chcesz ode mnie? Nigdy nie twierdziłem, że mam zdolności wojownika.
— Hellen też nigdy tak nie mówił — odparł Skylitzes, wprawiając Gorgidasa w osłupienie. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że Videssańczyk wiedział jak nazywają siebie jego rodacy.
Pochwała oficera nie sprawiła mu jednak żadnej przyjemności. Nienawidził wojny, szczerą i głęboką nienawiścią człowieka, który widział jej za dużo i za dokładnie. Z drugiej strony zaś, zawsze starał się robić wszystko najlepiej jak potrafił. Zdecydowawszy raz, że musi poznać podstawy żołnierskiego rzemiosła, uczył się równie sumiennie jak kiedyś medycyny, choć może nie z takim samym zainteresowaniem.
Aż zamrugał oczami, kiedy nagle zrozumiał, jak Gajusz Filipus mógł uważać wojaczkę za jeszcze jedno rzemiosło, zupełnie niczym stolarstwo czy krawiectwo. Nigdy zapewne nie spodoba mu się ta perspektywa, ale nie była mu już obca.
Roześmiał się głośno nad swoimi przemyśleniami. Kto mógłby przypuszczać, że zrozumienie przychodzi czasem z nauki rzeźnictwa? Przypomniał sobie, co Sokrates powiedział do Ateńczyków: „Bo dla prawego człowieka, życie nie sprawdzone jest nic nie warte”. A Sokrates walczył w falandze, kiedy polis go potrzebowało.
Musiał mówić na głos, bo Goudeles spytał go zaintrygowany:
— Co to takiego?
Przełożył sentencję na videssański.
— Nie najgorsze — powiedział gryzipiórek. — To był tajny agent, ten Sokrates? Gorgidas wyrzucił ręce do góry.
Kiedy wrócili do jurty, Gorgidas wyczyścił dokładnie swoje buty z końskiej skóry, zanim wszedł do środka. Goudeles i Skylitzes zrobili to samo, wiedząc już, że Grek będzie wtedy o wiele milszym towarzyszem. W rezultacie, jurta bez wątpienia była o niebo czystsza niż wtedy, gdy mieszkali w niej nomadzi.
Goudeles podniósł pytająco brew i zwrócił się do Gorgidasa:
— Co zrobisz, kiedy pojedziemy na wschód i trzeba będzie rozbijać namioty na ziemi i błocie?
— Zrobię, co będę mógł — warknął Grek.
Nie uważał, by musiał przepraszać za swoje zasady. Już dawno temu zauważył, że rany goją się lepiej, kiedy utrzymuje się je w czystości, a chorzy pacjenci szybciej wracają do zdrowia, gdy przebywają w wysprzątanych pomieszczeniach. Wziął to za ogólną regułę i starał się do niej zawsze stosować rozumując, że to co pomaga przeciwko chorobie, może także przed nią chronić.
— Zostaw go w spokoju, Pikridos — powiedział Skylitzes. Wyciągnął się leniwie na kocu, wzdychając z rozkoszą. — Miło jest wrócić do suchego i czystego łóżka.
— O bez wątpienia, bez wątpienia — zgodził się Goudeles. — Ale nigdy nie zapomnę twarzy Tolui, kiedy nasz przyjaciel nazwał go brudną kupą końskiego łajna za to, że zostawił trochę błota na dywanie.
Tym razem Grek poczuł lekkie ukłucie wstydu, tym bardziej że szaman przyszedł porozmawiać z nim o ziołach podarowanych mu przez Arghuna.
— No cóż, mimo wszystko uważam, że teraz, gdy wziął to na siebie, jurta jest o wiele przyjemniejszym miejscem niż kiedy były tu nasze dziewuchy — powiedział Skylitzes.
— A niech ci tam będzie. — Biurokrata znowu zajął się swoim kolanem i podwinął nogawkę, by lepiej mu się przyjrzeć. Zaczynało już nabierać ciemnoszarych kolorów. Mimo to, udało mu się uśmiechnąć. — Musisz jednak przyznać, że mają pewną zaletę, której jemu brakuje.
— Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś to tak nazywał — parsknął Skylitzes.
Gorgidas także się roześmiał, ale nie do końca szczerze. Gdy nie miał innego wyboru, radził sobie z kobietami lepiej, niżby kiedykolwiek przypuszczał. Hoelun bardzo mu w tym pomogła, bo tak bardzo chciała go zadowolić, że trudno było jej odpowiedzieć czymś innym, nie mówiąc już o tym, że byłoby to grubiaństwo. Zrozumiał, że brakuje mu jej teraz, kiedy już odeszła. Ale jeszcze bardziej brakowało mu możliwości dogodzenia swej prawdziwej naturze.
— Czyś ty zwariował, żeby tak wjeżdżać do naszego obozu? — krzyczał Targitaus, piorunując bandytę wzrokiem. — Schowaj sobie gdzieś tę swoją białą tarczę. W końcu co mnie obchodzi twoje poselstwo? — Jego ręka sama przesuwała się w kierunku rękojeści miecza.