Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Trzask płomieni przypomniał mu, że to zwycięstwo nie było całkiem jego zasługą. Jakby chcąc mu to jeszcze lepiej uświadomić, Avshar stanął obok niego. Ale czarnoksiężnik tylko machnął ręką na uwięzionych w ogniu wojowników.
— Co chciałbyś z nimi zrobić?
Varatesh gotów był okazać pokonanym wielkoduszność.
— Niech się poddadzą, jeśli zechcą.
Wzruszając ramionami, Avshar zawołał do nomadów zamkniętych w najbliższym ognistym kole.
— Poddajcie się Varateshowi, wielkiemu khaganowi Królewskiego Klanu Pardraja!
Wódz banitów zamrugał ze zdziwienia, słysząc ten nieoczekiwany tytuł. No cóż, przecież nim jestem — pomyślał z dumą.
W tym oku sieci uwięzieni zostali Oitoshyr i trzech czy czterech ludzi z jego klanu. Ich białe czapki były teraz ciemne od kurzu i sadzy. Oitoshyr był ranny, ale nie zamierzał się poddawać.
— Śmierdziel Varatesh, wielki kutas równin — odkrzyknął. — Tak, i ty też, kozi gnoju! Czarodziej spojrzał pytająco na Varatesha. Rozzłoszczony obelgami i odrzuceniem jego wspaniałomyślnej propozycji, splunął na ziemię. Avshar wziął to za odpowiedź i uczynił nieznaczny ruch dłonią. Jedna z płonących ścian stała się najpierw przezroczysta, a potem zniknęła. Varatesh gestem wpuścił do środka setkę bandytów. Szczerząc zęby zajęli się rzezią Białych Lisów, niczym długo wyczekiwaną rozrywką. Minęło jednak sporo czasu, zanim Oityshor dał się zabić.
Potem nikt nie stawiał już oporu i kolejne grupy poddawały się jedna po drugiej. Varatesh był oszołomiony rozmiarami swojego zwycięstwa. Żadne pieśni bardów ani opowieści enaree nie wspominały o bitwie z taką ilością jeńców. Musiało ich być ponad tysiąc — gdy tylko otwierało się następne oczko sieci, jego ludzie całą hurmą wsypywali się do środka niczym rój szarańczy, zabierając pokonanym broń, zbroje, konie i wszystko, co miało jakąś wartość. Wódz banitów zastanawiał się, jak długo będzie mógł utrzymywać taką rzeszę ludzi.
— A niby dlaczego miałbyś ich żywić? — powiedział Avshar. — Niech wrócą do swoich bezużytecznych klanów.
— I następnego dnia znowu będę się musiał z nimi bić? Nie myślałem, że taka z ciebie ufna duszyczka.
Czarownik roześmiał się głośno.
— Dobrze powiedziane! Ale gdybyś mógł się ich pozbyć, a jednocześnie udowodnić swoją wyższość każdemu wodzowi na stepie? — Przerwał czekając na odpowiedź Varatesha.
— Mów dalej — nalegał nomada, zaintrygowany. Avshar znowu się roześmiał.
— Naprawdę dziękuję, ale nie — powiedział Arghunowi Gorgidas, chyba po raz dwudziesty. — Kiedy poselstwo Imperatora będzie wracać do Videssos, pojadę z nimi. Jestem stworzony do życia w mieście, tak jak ty do życia na stepie. Byłbym tak samo nieszczęśliwy, jeżdżąc tu za stadami bydła, jak ty mieszkając w Videssos.
— Porozmawiamy jeszcze o tym — powiedział khagan, tak samo jak w każdym poprzednim wypadku, kiedy Gorgidas odmawiał jego zaproszeniu i nie chciał zostać z Arshaumami.
Arghun oparł się o górę poduszek leżących w videssańskiej jurcie i przykrył nogi kocem z futra królika. Wróciło do nich czucie, ale nie były w pełni sprawne — khagan musiał się podpierać dwoma kijami przy chodzeniu i wciąż nie mógł dosiadać konia.
Jednak wdzięczność, jaką okazywał Grekowi, nie znała granic. Zasypywał go prezentami — długi do kolan płaszcz futra kuny, tak delikatnego, że niemal niewyczuwalnego pod palcami; stado wspaniałych wierzchowców; sokół o krwawo-czerwonych oczach… Gorgidas, który nigdy nie był sokolnikiem, z czystym sumieniem odmówił; świetny łuk i dwadzieścia strzał w pokrytym złoceniami kołczanie… dyskretnie oddał go Skylitzesowi, któremu mógł on się naprawdę przydać; i być może za namową Tolui, spory zapas ziół, uznawanych przez nomadów za lecznicze, każde w małym pojemniku z kości, zatkanym wyciętym z rogu korkiem.
— Coraz lepiej mówisz naszym językiem — kontynuował Arghun.
— Piękne dzięki — odparł Gorgidas, trochę nieszczerze.
Jak większość jego rodaków uważał, że uniwersalna i subtelna greka to jedyny odpowiedni język dla cywilizowanego człowieka. Łaciny musiał się nauczyć, gdy zaczynał służbę w rzymskiej armii, a bez videssańskiego nie mógłby się poruszać w tym świecie. W chwili wspaniałomyślności gotów był przyznać, że każdy z nich miał pewne zalety, ale mowa Arshaumów była naprawdę barbarzyńska. Jak napisał w swoim dzienniku: „Jest to język, w którym można znaleźć więcej słów opisujących stan krowich racic niż ludzkiej duszy. To chyba wystarczy”.
Gdzieś w oddali zahuczał grzmot — Arghun złożył palce w znaku strzegącym od piorunów. Deszcz zaczął bić o mocno naciągnięte pokrycie jurty. Normalnie, o tej porze roku nomadzi jechaliby w kierunku zimowych pastwisk. Tej jesieni jednak, stada bydła pod opieką chłopców i starszych mężczyzn wyruszyły na południe, podczas gdy wojownicy gromadzili się, by pomścić zamach na życie khagana Szarego Konia.
Do jurty podjechał jakiś koń. Wóz zwolnił, by jeździec mógł się nań wdrapać i za sekundę do środka wśliznął się ociekający wodą Arigh. Niedbale zasalutował ojcu.
— Sztandar gotowy — oznajmił. Goudeles mrugnął chytrze do Gorgidasa.
— Proszę, to coś w sam raz do twojej historii. Możesz to nazwać Wojną z Płaszczem Bogoraza. Grek potarł się po brodzie — już prawie zapomniał o dokuczającym mu zaroście.
— Wiesz co, to mi się podoba — powiedział.
Wygrzebał ze swoich rzeczy tabliczkę i stylus, po czym zapisał na niej krótką notatkę. „By zjednoczyć klany Arshaumów zdecydowano, że ich znakiem nie będzie totem żadnego z klanów, lecz symbol powodu, dla którego wyruszyli na wojnę”.
Goudeles mówił do niego po videssańsku, ale Arghun usłyszawszy imię Yezda, poprosił o tłumaczenie. Kiedy Arigh przełożył to na język równin, jego ojciec zaśmiał się ponuro.
— Ha! Gdyby zostało z niego coś więcej, wisiałoby na lancy zamiast płaszcza.
— I słusznie — powiedział Lankinos Skylitzes. Po chwili wahania dodał ostrożnie: — Będziesz tu miał potężną armię, khaganie.
— Tak — odparł Arghun z dumą w głosie. — Nie cieszysz się, że masz takich silnych przyjaciół?
Videssański oficer wyglądał na zakłopotanego.
— Eee? Tak, oczywiście. Ale tak wielka liczba wojowników może zaniepokoić Khamorthów z Pardraji, kiedy będziemy jechać do Pristy.
— Jakby to miał jakieś znaczenie — prychnął Arigh. Przeciągnął palcem po gardle i wydał z siebie charczący głos. — Właśnie to ich spotka jeśli ośmielą się nas tknąć. Mam nadzieję, że spróbują.
Skylitzes przytaknął, ale będąc człowiekiem upartym i konsekwentnym, kontynuował zaczęty temat:
— A jeśli już taka wielka armia dotrze do Pristy, trudno będzie znaleźć wystarczającą ilość okrętów, które mogłyby ją przetransportować do Videssos.
Rozzłoszczony i zdumiony Arigh spytał go głośno:
— Co cię gryzie, Lankinos? Przejechałeś taki szmat drogi, żeby dostać żołnierzy, a teraz ich nie chcesz?
Ale Arghun przyglądał się Skylitzesowi z nowym szacunkiem.
— Nie złość się na niego, synu.
— Czemu nie? — Arigh z oburzeniem spojrzał na Videssańczyka.
— Bo zna się na rzeczy. — Widząc jednak buntowniczą postawę syna, Arghun zaczął mu tłumaczyć: — Przyjechał tu po żołnierzy dla swojego własnego khagana.
— No pewnie — wybuchnął Arigh. — I co z tego?