Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 130
Перейти на страницу:

— Ta armia, tutaj, jest moja, jak dobrze rozumie. Ma prawo zastanawiać się, jak jej użyję i czy nie będzie dla niego bardziej niebezpieczna niż wrogowie, których już ma.

— Aa? — powiedział Arigh, zrozumiawszy wreszcie o co chodzi.

Goudeles zdawał się zmartwiony faktem, że sam o tym nie pomyślał, a Gorgidas pochylił głowę w podziwie dla subtelności Skylitzesa.

Oficer zasalutował Arghunowi, wyraźnie zadowolony, że khagan się nie rozzłościł.

— Jeśli więc mogę cię zapytać wprost, jak jej użyjesz?

— Zabiję tylu Yezda ilu się da — powiedział spokojnie Arghun. — Myślę, że Arigh ma rację; Khamorthci zostawią nas w spokoju, kiedy zobaczą, że nie zamierzamy im wyrządzić krzywdy, a jeśli nie, to tym gorzej dla nich. Ale najprostsza droga do Mashiz prowadzi przez Pardraję i właśnie tamtędy zamierzam jechać. — Ukłonił się ambasadorom z Videssos. — Oczywiście, pojedziecie z nami.

— To dla nas zaszczyt — powiedział Skylitzes.

Goudeles z kolei, wyglądał jak człowiek, któremu właśnie wbito nóż w serce. Bardziej nawet niż Gorgidas pragnął powrotu do miasta, a teraz widział, jak chwila ta znowu się oddala z powodu kaprysu tego barbarzyńskiego wodza.

— Tak, to dla nas zaszczyt — wykrztusił w końcu.

— Znowu poćwiczymy szermierkę, Pikridos — zachichotał Skylitzes, doskonale go rozumiejąc. Gryzipiórek nie zdołał całkiem stłumić jęku.

— Ta jurta musi pojechać z nami — powiedział Arigh, z uśmiechem wcierając sól w rany Gou-delesa. — Jakieś stadko koni i lekki namiot do osłony, żeby śnieg nie odkładał się przez noc.

— Śnieg? — powiedział słabo Goudeles.

— Mówcie w moim języku, proszę — burknął Arghun, kiedy nawet jego syn przeszedł na vi-dessański. Gdy dowiedział się już w czym rzecz, pokiwał głową ze współczuciem: — Tak, wiem że śnieg bywa dokuczliwy. Na pewno będzie nam przeszkadzał w jeździe. Ale wyruszymy, gdy tylko klany się zbiorą i powinniśmy się zbliżać do Yezda na wiosnę.

— Niezupełnie o to mi chodziło — powiedział biurokrata i ukrył twarz w dłoniach. Nomadzi każdego roku podróżowali w czasie zimy, pilnując swoich stad. Ale to wcale nie pocieszało Videssańczyków Gorgidas przypomniał sobie o czymś:

— Arigh, będę potrzebował takiej futrzanej czapy jak twoja, takiej z… — pomógł sobie rękami, nie znając odpowiedniego słowa — …nausznikami.

Nomada zrozumiał go bez trudu.

— Będziesz ją miał — obiecał. — Dobrze, że o tym pomyślałeś. Znałem człowieka, który odmroził sobie uszy w czasie zamieci i całkiem sobie jedno odłamał, a zorientował się dopiero, kiedy mu odtajały.

— Cudownie — mruknął Goudeles, prawie bezgłośnie. Gorgidas przypomniał sobie coś jeszcze.

— Avshar ciągle jest na wolności w Pardraji.

To otrzeźwiło j ego videssańskich towarzyszy i nawet Arigha, ale Arghun powiedział j ak inni przed nim:

— Czarownik. Mamy własnych czarowników.

— Poganiaj je, do cholery! — krzyczał Valash.

Viridoviks skinął głową — podniósł się wysoko w siodle i machając rękami wywrzaskiwał galijskie przekleństwa. Stado owiec przyspieszyło odrobinę na moment. Otulone w swoje grube płaszcze brudnej wełny, czuły się w zimnym jesiennym deszczu o wiele lepiej niż ludzie, którzy ich pilnowali.

Burze i deszcze powróciły dwa dni temu, jak to przewidział Lipoxais i dodatkowo utrudniły wycofywanie się pokonanych nomadów. Poza tym brakowało ludzi do popędzania bydła, które wcale się teraz nie spieszyło. Fakt, że Targitaus zatrudnił takiego niezdarę jak Viridoviks, świadczył najlepiej o jego desperacji. Kobiety i ci z chłopców, którzy mogli już dosięgnąć strzemion, także zabrali się do pomocy.

Celt zagonił grupkę zbłąkanych owiec z powrotem do stada. Cieszył się, że Targitaus w ogóle znalazł mu jakieś zajęcie. Z pewnością można było zwalić całą winę na cudzoziemca — tym bardziej że Batbaian nie wrócił ze swoim ojcem. Nikt nie wiedział czy żyje, czy też został pojmany.

Ale Targitaus powiedział tylko:

— To nie twoja wina, walczyłeś dobrze.

Jeśli nawet nie chciał go zbyt często widywać od czasu bitwy, to Viridoviks dobrze to rozumiał i trzymał się od wodza z daleka. Oznaczało to także, że nie mógł spędzać za wiele czasu z Seirem, ale i tak nie miałby do tego okazji — Targitaus nie oszczędzał swojej rodziny, która pracowała równie ciężko jak reszta klanu.

— Wracaj tam, ty mecząca debilna kupo ścierwa i rzygowin! — ryknął Viridoviks na owcę, która próbowała oderwać się od stada. Zwierzę zamęczało z oburzeniem, jakby rozumiejąc wszystkie obelgi Celta.

Valash odjechał od niego, chcąc powstrzymać kolejne niesforne barany. Twarz młodego Kha-mortha wyrażała zmęczenie i zrezygnowanie, kiedy powrócił do Gala.

— To nie jest robota dla dwóch ludzi — powiedział i potrząsnął głową. Krople deszczu oderwały się od jego brody.

— Tak, wiem, ale może już niedługo tego cholerstwa — odparł Viridoviks. — Ten bękart Vara-tesh już by nas chyba nie dopadł, a przy tym deszczu nigdy nie znajdzie naszego śladu.

Po bitwie nikt ich tak naprawdę nie ścigał, a przynajmniej nie tak zaciekle, jak obawiał się tego Celt. Bez względu na to, czy miało to dla niego jakieś znaczenie, Targitaus wycofał się po mistrzowsku.

Słowa Viridoviksa jakby pocieszyły nieco Khamortha, ale Gal przeklął się w duchu, gdy tylko je wypowiedział. Avshar mógł iść za jego mieczem równie łatwo, jak człowiek podążający za światłem pochodni. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby wyrzucić go w błoto, żeby zmylić ewentualną pogoń. Ale zanim jego dłoń dotknęła rękojeści, cofnął ją szybko i splunął na ziemię.

— Skoro ten skurwysyn tego chce, to niech sobie na niego zasłuży.

Ciemność zapadała bardzo szybko w te jesienne wieczory. Gęste chmury pochłaniał resztki światła jeszcze zanim słońce schowało się całkiem za horyzont. Khamorthci zatrzymywali się dopiero wtedy, gdy nie widzieli już przed sobą drogi, a namioty rozbijali niemal po omacku. Obóz był cichy i smutny — tak wielu mężczyzn nie żyło, inni zaginęli, jeszcze inni zostali ranni, a wszyscy — i mężczyźni, i kobiety byli ogromnie zmęczeni.

Owinięty w gruby wełniany koc, Viridoviks przykucnął blisko ognia w namiocie Targitausa. Khagan pozdrowił go burkliwie. W ponurej ciszy jadł właśnie kolację. Jego twarz poznaczona była nowymi zmarszczkami żalu i zmartwienia.

Gal przygotował sobie zimny posiłek z sera i wędzonych kiełbasek z baraniny. Gdy Seirem poczęstowała go jeżynami w miodzie, odmówił.

— Innym razem, kochanie, kiedy będę trochę weselszy. Teraz cała ta słodycz by się we mnie zmarnowała.

Enaree Lipoxais rzucił się zachłannie na jedzenie — gęsty sok spływał mu po brodzie i kleił się do ubrania.

— Jak ty możesz tak jeść? — spytał go Viridoviks. — Jak świnia. Nie staje ci to w gardle, gdy widzisz tych wszystkich mizeraków dokoła?

— Oni mogą mieć też inne rozrywki — odrzekł krótko Lipoxais, wysokim beznamiętnym głosem, a jego tłusta, gładka twarz pozostała nieruchoma niczym maska.

Viridoviks odgryzł wielki kęs kiełbasy i odwrócił głowę, czując jak płoną mu policzki. Oto poznał wreszcie zagadkową naturę enaree i zdał sobie sprawę, że wolałby jej jednak nie odkrywać.

— Nie chciałem zrobić ci przykrości — wymamrotał. Lipoxais zaskoczył go, kładąc mu swą pulchną rękę na ramieniu.

— Chyba powinienem czuć się zaszczycony — powiedział, i figlarna iskierka błysnęła w jego głębokich, ciemnych oczach. — Ile razy przeprosiłeś za swój niewyparzony jęzor?

1 ... 100 101 102 103 104 105 106 107 108 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)