Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Jeździec Varatesha odpowiedział mu pogardliwym spojrzeniem. Miał około czterdziestki, dumną, twardą twarz, która mogłaby być nawet przystojna, gdyby nie osadzone zbyt blisko siebie oczy — przysłonięte do połowy ciężkimi powiekami, wyrażały tylko okrucieństwo. Dosiadał pięknego konia i miał na sobie doskonałej roboty zbroję i łuk, zapewne łupy z ostatniej bitwy. Nie przedstawił się, ale odparł z drwiącym uśmieszkiem:
— No śmiało, zabij mnie, zobaczysz wtedy, co się stanie z twoimi drogimi przyjaciółmi. Targitaus jakby nagle opadł z sił. Jego ramiona obwisły bezwładnie. Obserwujący go Viridoviks mógłby przysiąc, że zapadły mu się także policzki.
— Mów dalej — powiedział, a jego głos stał się nagle skrzeczeniem starucha.
— Tak też myślałem — powiedział banita. Ta misja sprawiała mu najwyraźniej przyjemność; zatarł ręce przechodząc do sedna sprawy: — Teraz, kiedy widzieliśmy początek nowego Klanu Królewskiego, pozostałe klany muszą zrozumieć, kto jest kim na Pardraji… poczynając od ciebie i twoich ludzi.
Nic innego nie byłoby chyba w stanie tak gwałtownie przywrócić Targitausa do życia. Twarz po-siniała mu ze wściekłości i ryknął z całych sił:
— Ty bękarcie, ty kozia szczyno, ty żabo!
Była to najgorsza obelga dla Khamortha, i banita odsłonił zęby, z trudem hamując własną złość. Targitaus nie zwracał na niego uwagi.
— Jedź i powiedz Varateshowi, że może mnie pocałować w dupę, bo ja go na pewno nie pocałuję!
Stojący wokół wojownicy poparli go okrzykami.
Czekając aż tumult przycichnie, wysłannik Varatesha mógł się opanować — wódz renegatów nie wybrał byle kogo. Kiedy wrzaski zniżyły się do groźnych pomruków, banita rozłożył ręce w geście pojednania i przemówił najłagodniej jak potrafił:
— Kto mówi o całowaniu w dupę? Wiesz dobrze, że Varatesh jest teraz silniejszy od ciebie. Mógłby cię zgnieść tak łatwo, jak chłopiec zgniata w ręku jaszczurkę.
Viridoviks skrzywił się, słysząc to okrutne porównanie, które pozwalało mu ujrzeć prawdziwą duszę banity, bez względu na to, jak łagodnego tonu używał.
— Ale on tego nie robi. Bo i po co? Tak czy siak, będziecie jego poddanymi. Czemu nie zrobić tego po dobroci?
— I zawiesić Wilka pod waszą bandycką czarną flagą? Nigdy.
— No dobrze — powiedział banita, tonem człowieka, który rezygnuje z zarobku i oddaje swój towar niemal za bezcen. — Zrobi wam nawet prezent.
Targitaus splunął z pogardą.
— Ciekawe, jaki podarunek chciałbym od niego wziąć?
— Odda wam wszystkich więźniów i nie weźmie za nich okupu.
— Kpisz sobie ze mnie — powiedział Targitaus. Ale dojrzał na twarzach swoich ludzi straszliwą, nieprzepartą nadzieję, i kiedy powtórzył — Kpisz — nie był już taki pewny siebie.
— Na mój miecz, nie kpię — powiedział człowiek Varatesha.
Nomadzi zamilkli nagle i spoglądali na siebie pytająco, bo wśród tego wojowniczego ludu, nawet najgorszy renegat zastanowiłby się dobrze, zanim złamałby tę przysięgę. Nie panując już nad sobą, Targitaus wybuchnął:
— Czy jest z nimi Batbaian?
— Tak, i ma się lepiej niż wielu innych.
Przerażenie napełniło serce Viridoviksa, gdy zrozumiał, że Targitaus wierzy bandycie.
— Hej, panie, nie możesz przecież teraz wziąć na serio łgarstw tego śmierdziela, no sam powiedz?! Co warte jest słowo Varatesha albo Avshara?
Kilka głów przytaknęło jego słowom, ale nie było ich wiele. Wiedząc, że jego syn jest w rękach Varatesha i czepiając się tej szansy jak ostatniej deski ratunku, wódz odparł:
— Już raz poszedłem twoją drogą, Vridrish, i zobacz co mi z tego przyszło.
Galowi opadła szczęka — ta nagła zmiana frontu i niesprawiedliwość zarzutu zupełnie go zaskoczyły. Ale Targitaus nie poprzestał na tym.
— Więc jak masz teraz czelność mówić mi, co mam robić?
— Ale…
Targitaus uciszył go stanowczym gestem.
— Ciesz się, że to nie twoja głowa ma być tu zapłatą, bo bez wahania wymieniłbym cię na Batbaiana i moich ludzi.
Celt pochylił tylko głowę — na to nie miał już żadnej odpowiedzi.
Postanowiwszy układać się z wrogiem, Targitaus użył wszelkich dostępnych mu środków, by wyciągnąć jak najwięcej z tego targu, choć jego pozycja nie należała do najlepszych. Wykłócał się przy każdym punkcie, wymuszając na nim różne ustępstwa, jak na przykład to, że ze względu na bezpieczeństwo klanu, żaden człowiek Varatesha nie będzie mógł zbliżyć się do obozu z kolumną jeńców.
— Rozumiesz chyba, że wszyscy będą szli na piechotę i bez broni — ostrzegł go banita.
— Tak, tak — przytaknął wódz niecierpliwie. — Gdybym to ja wygrał, też byśmy was złupili.
Kiedy już się na coś zdecydował, jego umysł pracował na pełnych obrotach. Na koniec obaj złożyli odpowiednie przysięgi, wzywając duchy, by pomściły jakiekolwiek odstępstwo od uzgodnionych warunków.
Przygnębiony Viridoviks przyglądał się temu, stojąc za plecami tłoczących się Khamorthów. Niewielu chciało z nim rozmawiać — po raz pierwszy od wielu tygodni czuł się między nimi zupełnie obco. Uśmiech Seirem mówił, że ona nie zapomniała, ale zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie mógł się tym cieszyć, teraz, gdy jej ojciec zwrócił się przeciwko niemu. W pewnym sensie bardziej pocieszyło go kilka zdań, które ostentacyjnie wypowiedział do niego Rambehisht.
— Może to jednak nie ja zwariowałem — powiedział do siebie, skubiąc wąsy. Tymczasem wszystko zostało już ustalone i banita dosiadał swojego konia.
— Jedź szybko — powiedział mu Targitaus. — Poseł nie poseł, długo nie wytrzymamy.
Renegat skinął głową. Lekkim kopnięciem piętą zmusił swego kosmatego, kasztanowego wierzchowca do klusu i podniósł do góry białą tarczę, tak by żaden z patroli Targitausa nie zaatakował go podczas drogi powrotnej. Podmuch wiatru przyniósł jego śmiech, kiedy wyjeżdżał już z obozu.
— Ach tak, więc możemy ich w końcu uwolnić — powiedział Avshar. — Jacyż jesteśmy szlachetni.
Popijał kavass przez trzcinową rurkę, którą wsadził do jednej ze szpar w przyłbicy. Mimo to siorbał jak każdy przyzwoity nomada.
Varatesh upijał się codziennie od dłuższego już czasu. Żałował, że kiedykolwiek wydał rozkazy związane z uwolnieniem jeńców. Trochę za późno na żal — pomyślał.
— Tak, niech sobie idą — powiedział.
Rzecz została dokonana i musiał z tym żyć. Ręce trzęsły mu się jak staruszkowi, gdy podnosił bukłak do ust. Pił nie czując żadnego smaku.
— Idą! — krzyknął zwiadowca wjeżdżając do obozu.
Khamorthci odpowiedzieli mu radosnymi okrzykami. Wszyscy kręcili się kolo swoich namiotów; mężczyźni w pełnym uzbrojeniu, kobiety w najlepszych odświętnych strojach, z bogatymi bughtaqami na głowach i w długich koszulach z farbowanej wełny, przyozdobionych jeszcze falbankami. Pogoda także sprzyjała uroczystemu nastrojowi. Było zimno, ale słonecznie, ostatnia burza przetoczyła się nad obozem w nocy i odeszła na zachód.
Napięcie i strach mieszały się z radością. Żony, córki, bracia zaginionych, wszyscy mieli nadzieję, że ich ukochani znajdą się wśród jeńców i wiedzieli, że nie wszystkie nadzieje się spełnią.
— Wygląda na to, że ci skurwiele powiązali ich ze sobą — opowiadał jeździec. — Idą w szeregach po dwudziestu, jeden obok drugiego.
Groźny pomruk podniósł się między nomadami, ale Targitaus zaraz go uciszył:
— Ważne, że wracają — powiedział. — Sznurów można się pozbyć, tak samo jak wszystkich innych więzów.
Jego ziomkowie przytaknęli mu warknięciami, niczym wilki, które były ich znakiem. Stojąca obok Viridoviksa Seirem zawołała:
— Jak wyglądają?
Ściskała dłoń Gala z całych sił, niemal do bólu. Wiedział, jak bardzo chciałaby zapytać o Batbaiana i podziwiał ją za to, że jednak potrafiła się powstrzymać — gdyby zaczęła, zwiadowca musiałby odpowiedzieć na setki podobnych pytań. Celt oddał uścisk, a Seirem przyjęła to z wdzięcznością.
— Nie podjechałem aż tak blisko — odpowiedział nomada. — Kiedy tylko ich zobaczyłem, zawróciłem i przyjechałem tutaj.
Seirem przygryzła wargę, ale pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Wyjdźmy im na spotkanie! — krzyknął ktoś z oczekujących. Khamorthci ruszali już do przodu, gdy Targitaus osadził ich, mówiąc:
— Zgodnie z umową, mamy ich przyjąć tutaj, i tak zrobimy. Bo teraz jesteśmy słabi, nie możemy więc łamać żadnego punktu. Ale kiedyś… — dodał, i nomadzi przytaknęli, już wypatrując tego dnia.
Oczekiwanie przeciągało się. W końcu w niebo wzbił się ogromny krzyk, kiedy spoza niskiego pagórka o kilkaset jardów od obozu, ukazały się pierwsze głowy. Nie zważając zupełnie na kha-gana, ludzie ruszyli w ich kierunku. On sam truchtał z nimi, nie próbując już nikogo powstrzymywać. Wciąż trzymając się za ręce, Viridoviks i Seirem biegli gdzieś w środku tłumu. Celt mógłby znaleźć się na samym początku, ale zwolnił, gdy nie dotrzymywała mu kroku.
Coraz to więcej uwolnionych jeńców wynurzało się zza wzgórza. Tak jak opowiadał zwiadowca, wszyscy byli ze sobą powiązani. Viridoviks gwizdnął z zaskoczenia, kiedy zobaczył ilu ich jest.
— Nie mówcie mi, że łajdak dotrzymał obietnicy — mruknął. Seirem spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zdał sobie sprawę, że mówi po galijsku. — Nieważne, kochanie — powiedział w języku równin. — Zdaje się, że twój ojciec miał rację i bardzo się z tego cieszę.
— Ja też — odparła, i nagle dodała niemal krzycząc: — Patrz, to Batbaian, tam w pierwszym rzędzie!
Wciąż byli za daleko, by Viridoviks mógł go rozpoznać, ale Seirem nie miała wątpliwości. Zawołała brata po imieniu i wymachiwała rękami jak szalona. Batbaian odwrócił się w ich kierunku. Na pewno dostrzegł Viridoviksa, bo pokiwał głową, na znak że słyszał. Ze związanymi rękami nie mógł ich inaczej pozdrowić.
Kiedy podbiegli bliżej, Seirem wzdrygnęła się nagle, jakby ktoś ją uderzył.
— Jego oko? — wyszeptała.
Jej oczy napełniły się łzami — pod lewą brwią Batbaiana ziała tylko pusta, wypalona dziura, nad którą poruszała się bezużyteczna powieka.
— Och, kochanie, takie rzeczy się zdarzają — powiedział łagodnie Viridoviks. — Chwalmy bogów, że zostało mu drugie, i że będzie się mógł spokojnie wyleczyć w domu.
Dłoń Seirem była teraz zimna, ale zdobyła się na skinienie. Widziała już tyle nieszczęść, jakie niesie ze sobą wojna, że zdawała sobie sprawę z jej okrucieństwa.
Powracający jeńcy byli tego żywym dowodem. Wielu z nich utykało, wielu nosiło na sobie nie zaleczone rany, co najmniej kilkunastu przywiązanych było tylko za jedną rękę.
Seirem rozpoznawała kolejnych nomadów.
— Jest Ellak, na początku drugiej kolumny. Niech duchy mu sprzyjają; też stracił jedno oko. I Bumin, o tam, jego łatwo jest poznać po krzywych nogach, och nie, on też nie ma oka. Tak samo jak Zabergan, i ten wysoki mężczyzna z Cętkowanych Kotów, i Nerseh?
Spojrzała na Viridoviksa wystraszonym wzrokiem. On także zdrętwiał, jakby miał pod sercem kawał lodu. Przypomniał sobie, jakie to podarunki dawał Avshar.
Tłum dobiegł w końcu do więźniów i okrzyki radości zmieniły się nagle w okrzyki przerażenia. Kobiety płakały, zawodziły i mdlały, mężczyźni milczeli w osłupieniu. Niektórzy odbiegali na bok, by zwymiotować na błotnistą ziemię. Jeden z wojowników rozciął więzy swojego brata, wyciągnął go z tłumu i zabił. Zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, sam poderżnął sobie gardło i upadł brocząc obficie krwią.
To, co zobaczyła Seirem na początku, to jedyna litość, na jaką było stać Avshara i Varatesha. Prowadzącym poszczególne kolumny zostawiono po jednym oku, by mogli odnaleźć drogę przez step. Wszyscy pozostali byli kompletnie ślepi — z pustych oczodołów zamiast łez spływała tylko ropa albo żółta, gęsta surowica. Minęło sporo czasu, zanim Viridoviks zdał sobie sprawę z rozmiarów tej zbrodni — tysiąc ludzi i pięćdziesiąt oczu.
Lipoxais, którego różowa zazwyczaj twarz była teraz śmiertelnie blada, przechodził od kolumny do kolumny, przykładając lecznicze zioła do twarzy najbardziej okaleczonych nomadów, i co było może nawet ważniejsze, pocieszając ich swoim łagodnym głosem. Ale przy tak wielu ofiarach było to beznadziejne zadanie i wkrótce enaree nie tylko wyczerpał cały zapas lekarstw, ale zupełnie upadł na duchu. Osunął się na kolana i szlochał, wstrząsany głębokimi spazmami człowieka, który nigdy dotąd nie pozwalał sobie na płacz.
— Pięćdziesięcioro oczu! Widziałem to i nie zrozumiałem! Widziałem to!
Krótkie włosy na karku Viridoviksa stanęły dęba, kiedy przypomniał sobie wizjonerski trans Li-poxaisa. Co jeszcze wtedy zobaczył? Drzwi w górze i parę mieczy. Gal wzdrygnął się. Splunął pod nogi, by odegnać złe znaki, nie chcąc mieć już do czynienia z przepowiedniami enaree.
Targitaus rozglądał się dokoła, jak człowiek, który obudził się właśnie ze złego snu, ale rzeczywistość okazała się tylko dalszą częścią koszmaru.
— Mój syn! — jęknął. — M6j klan! Mój… — znowu jęknął, z bólu i ze zdziwienia, złapał się za głowę, a właściwie próbował to zrobić, bo lewa ręka pozostawała bezwładna. Zachwiał się niczym stare drzewo poruszone wiatrem i upadł na ziemię, twarzą do dołu.
Seirem krzyknęła przeraźliwie i rzuciła się do ojca. Borane już przy nim była i rękawem swej odświętnej bluzki delikatnie wycierała błoto z jego twarzy i brody. Lipoxais, wyrwany z własnej, osobistej tragedii, także do nich podbiegł.
— Przetnijcie te sznury, do cholery! — krzyknął Batbaian.
Ktoś machnął szablą rozcinając powróz łączący go z pozostałymi więźniami. Pozbawieni swego jednookiego przewodnika, stanęli w miejscu, bojąc się ruszyć nawet na krok. Batbaian wciąż z zawiązanymi z tyłu rękami, przepchnął się przez tłum i niezdarnie uklęknął przy ojcu.
Prawa strona twarzy Targitausa wciąż wykrzywiona była bólem, podczas gdy lewa obwisła, jakby wykonana była z nadtopionego wosku. Jedna źrenica zrobiła się maleńka, a druga wypełniała niemal całą tęczówkę. Z gardła wodza dobywało się ciche rzężenie. Wszyscy stojący dokoła — rodzina, pozostali Khamorthci i Viridoviks — w straszliwej bezsilności słuchali jak jego oddech staje się coraz słabszy i słabszy, aż w końcu cichnie. Lipoxais zamknął mu wytrzeszczone oczy. Jęcząc cichutko, Borane przytuliła się cała do Targitausa, próbując jeszcze napełnić martwe ciało życiem. Na próżno.